piątek, 28 sierpnia 2026

Kto i dlaczego ma obsesję?

Obsesja Natashy Preston to moje pierwsze spotkanie z autorką. Nie miałam za dużych oczekiwań co do tej książki. Na wątek z nagrywaniem vlogów i działalności w social mediach trafiłam po raz pierwszy i byłam ciekawa jak autorka go wykorzysta w tej powieści, która sądząc po opisie zapowiadała się trochę mrocznie. 

Connie jest sławna. Ale nie jest to dla niej powód do dumy, wręcz przeciwnie. Mama regularnie nagrywa vlogi z udziałem jej i jej siostry, które stały się bardzo popularne. Pod nieobecność mamy i siostry, które wyjeżdżają na dwa tygodnie, dziewczyna zostaje sama z poczuciem, że dzieje się coś niepokojącego. W okolicy giną nastolatki. Czuje, że jej też może coś grozić.

Miało być mrocznie, a nie było. Nie było nawet przyzwoicie na tyle, żebym czytała z jakimkolwiek zainteresowaniem.  Naprawdę dawno się tak nie wynudziłam podczas czytania książki. Przez dwie trzecie lektury nie działo się praktycznie nic ciekawego. Zastanawiam się jak to możliwe, że mimo to dobrnęłam do końca. Owszem, główna bohaterka opowiada nam o swoich lękach, które nie są bezzasadne, ale całość skupia się tylko na tym. Na jej lękach, poczuciu bezradności i w dużej mierze tylko domysłach, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. W trakcie pojawił się jeden wątek, który zaczęłam śledzić z zainteresowaniem, ale to wszystko. I plus za zakończenie - zostało ciekawie rozegrane. To zdecydowanie za mało, by uznać książkę za choć trochę interesującą. 

Sama główna bohaterka w moim odczuciu taka nijaka. Nawet nie powiem, że irytująca, bo żadnych emocji we mnie nie wzbudziła. Przez większą część lektury jest tylko mowa o jej lęku w związku z tym, że została sama w domu na czas podróży mamy i siostry. Przypuszcza też, że ktoś ją śledzi i może chcieć zrobić krzywdę. Mamy tylko przypuszczenia, które ani trochę nie są przekonujące. 

Sam styl pisania całkiem przyjemny, więc czytało mi się dobrze, ale fabuła ani trochę nie wciąga. 

Myślę, że ta historia mogłaby być o wiele lepsza, bo sam pomysł na fabułę był ciekawy. Liczę na to, że trafię jeszcze na lepsze książki tej autorki, bo nie chcę się zniechęcać po przeczytaniu tej jednej. 


Moja ocena: 4/10

Natasha Preston, Obsesja

Ilość stron: 320

Wydawnictwo Feeria Stories

Data premiery: 11.03.2026 

wtorek, 25 sierpnia 2026

Dziecko to mistrz zachwytu i zachwycania

Jak już wspominałam wcześniej, w macierzyństwie nieustannie coś mnie zaskakuje. Czas spędzony z dzieckiem, choć bywa trudny, to jest też wyjątkowy. Po części dlatego, że każda chwila, którą przeżywamy, jest ostatnią. Dziś masz przed sobą niesforną i energiczną dwulatkę, ale nim się obejrzysz będzie już dorosła. Gdybyś miała jednak wybrać tylko jedną rzecz, którą w spędzaniu czasu z dzieckiem lubisz najbardziej, co by to było? Ja osobiście mam takich rzeczy mnóstwo.

Wczoraj podczas przygotowywania kolacji, córka, jak to zwykle bywa, chciała pomóc. Układała więc pokrojone warzywa na blaszce siedząc na blacie kuchennym. Ja w tym czasie patrzyłam, jaką radość sprawia jej każdy kolejny kawałek, który bierze do rączki i z jakim zapałem je układa. Choć było ich na tyle dużo, że mogłaby się znudzić i iść do innej zabawy, to nie przerywała sobie, dopóki nie ułożyła wszystkich. Gdybym miała wybrać, co najbardziej kocham w spędzaniu czasu z dzieckiem, to byłoby właśnie to. Małe rączki dziecka, które chcą zaangażować się we wszystko, co robisz, nawet jeśli to jeszcze ponad jego możliwości. Zapał, jaki towarzyszy każdej wykonywanej przez nie czynności. Radość z tego, co robi, nawet jeśli to są tylko proste rzeczy. Stuprocentowe zaangażowanie i skupienie. Dziecko wykonując daną czynność jest tylko tu i teraz, nic poza tym się nie liczy, włada w to całe serce. I jeszcze ta ciągła chęć naśladowania wszystkiego, co robisz. Przy dosłownie każdej czynności. Niesamowite, a czasem bywa zabawne. 

Jemy śniadanie, słońce świeci i zapowiada się ładny dzień. Mała siedzi naprzeciwko i zadowolona wybiera kawałki owoców z owsianki. Złapałam się na tym, że coraz częściej dostrzegam takie małe, pozornie nic nie znaczące drobiazgi. Nauczyłam się żyć wolniej i doceniać małe rzeczy. To chyba dzięki niej. Dzieci są mistrzami w zachwycie nad małymi rzeczami. Ulubiona przekąska, coś nowego, co znajdzie na spacerze, czy zwyczajna sytuacja, o której opowiada potem z takim zachwytem, jakby przeżyła coś niezwykle fascynującego. Najpiękniejsze, co może być. 

Idziemy się usypiać. Córka od jakiegoś czasu zabiera ze sobą do sypialni dwa pluszaki, jednego bierze ze sobą do łóżka, a drugiego mi daje i każe z nim spać. Oprócz tego bierze jeszcze dwie butelki wody - da siebie i dla mamy. Kocham też to, że choć takie małe dziecko, skupia się głównie na swoich potrzebach, myśli też o Tobie. Że idąc do sypialni, niesie dwa pluszaki i jednego oddaje Tobie, myśląc, że też będziesz go potrzebować. Oprócz swojej butelki wody, próbuje złapać też Twoją, choć jest cięższa. Bo skoro ono będzie chciało pić przed snem Ty pewnie też. Mało tego, opiekuje się nawet lalką czy pluszakiem i to najlepiej jak potrafi. Przytula, całuje, usypia, czyta książeczki. Wzruszają mnie takie drobiazgi, które dzieci robi same z siebie, choć nikt ich tego nie uczy.

To tylko kilka losowych przykładów, bo jest ich znacznie więcej i nie sposób wymienić wszystkiego, nawet nie będę próbować. Co Wy najbardziej doceniacie w czasie spędzonym z dziećmi?

piątek, 21 sierpnia 2026

Jak bardzo można skrzywdzić dziecko?

Ludziom się wydaje, że czas leczy rany i te zadane w serce prędzej czy później zawsze się goją. Tylko co w sytuacji, gdy tragedia, której doświadczamy, dosłownie nam to serce rozrywa? Niby jak poskładać je do kupy po takiej traumie? 
Po książki tego autora już dawno nie sięgałam, bo zawsze miałam po nich niedosyt, czegoś mi tam brakowało. Gdy zobaczyłam "Porzucone dziecko", uznałam, że to jest ten moment, by spróbować ponownie.

Kornel jako dziecko doświadczył chyba wszystkiego, co najgorsze, a potem został wywieziony z dala od domu i porzucony. Obecnie jest autorem bestsellerowych reportaży, ma nastoletnią córkę, a jego żona jest chora na raka. Do Cisowic, małej miejscowości w sąsiedztwie Bieszczad, gdzie znajduje się dobre hospicjum, sprowadza go choroba żony, ale także... chęć zemsty za wszystkie traumy, których doświadczył jako dziecko. I co najbardziej niepokojące - wydaje się być zdolny do wszystkiego. 

Pielęgniarka wręczyła mi otuloną ręcznikiem Patrycję: różowiutką, grzecznie śpiącą dziewczynkę z gładziutką skórą. Wydawała się tak delikatna, że bałem się jej dotknąć, by jej nie uszkodzić. Wreszcie przemogłem się i przyłożyłem czubek palca do wierzchu jej malutkiej dłoni. I nagle ogarnął mnie chłód, a w sali zgasło światło. Stałem tam sam z córką i nasłuchiwałem biegających w mroku bestii. Rechotały triumfalnie, dając mi do zrozumienia, że tak naprawdę nigdy się od nich nie uwolniłem. One zawsze we mnie były: przyczajone na dnie duszy, czekające na idealny moment, by ponownie zaatakować i odrzuć mnie z nadziei na to, że kiedyś będę mógł normalnie żyć. 
Książka w moim odczuciu bardzo dobra. Znalazłam w niej to, co lubię najbardziej, czyli powody do zastanowienia nad kilkoma istotnymi kwestiami. Porusza bowiem bardzo ważny i ciężki temat jakim są dziecięce traumy, a z drugiej strony odpowiedzialne, czy raczej w tym przypadku nieodpowiedzialne rodzicielstwo, które może mieć zgubne konsekwencje. Zwraca uwagę na to, że każdy z nas, a dziecko w szczególności, do życia potrzebuje zaspokojenia potrzeb takich jak miłość i bezpieczeństwo. I gdy tego nie doświadcza, a zamiast tego doświadcza całego wachlarza negatywnych emocji i lekkomyślnych i krzywdzących zachowań rodziców, ciągnie się to potem za nim przez całe życie. Temat ważny, bo o takich rodzicach wiele się teraz słyszy. Nasuwa się więc pytanie - czy stajemy się coraz bardziej nieczuli na krzywdę, szczególnie krzywdę dzieci, które w żaden sposób przed tym się nie obronią?

Jest jeszcze drugi, nie mniej ważny temat - chęć zemsty takiego właśnie skrzywdzonego dziecka. Przez całą lekturę z niepokojem patrzymy, jak ta potrzeba zemsty dojrzewa i podpowiada bohaterowi rozwiązania jego zdaniem idealne, które planuje zmienić w czyny. I zadajemy sobie pytanie - do czego człowiek z tak wyniszczoną psychiką jest zdolny? Czy istnieje zemsta doskonała? 

Kornel jest bohaterem ciekawym i nieprzewidywalnym. Doświadcza szeregu różnych emocji i przechodzi przez najróżniejsze - w tym też te najgorsze wydarzenia życiowe. O wszystkim się dowiadujemy, ale nie od razu. Autor długo pozostawia to w tajemnicy, stopniowo odkrywając przed nami karty. Umiejętnie manipuluje czytelnikiem i jego emocjami. Podobała mi się ta ciągła niepewność i ciekawość, co będzie dalej.

Byłabym skłonna ocenić lekturę wysoko, ale znalazłam kilka mankamentów. Pierwsze, co mi się nie spodobało, to narracja z punktu widzenia małego dziecka, która sprawia, że początkowo czyta się dziwnie. Dla mnie trochę abstrakcyjne było łączenie w narracji z przeszłości języka małego dziecka i człowieka dorosłego. Na szczęście miało to miejsce tylko na początku książki. Mam też trochę zarzutów do głównego bohatera. Momentami w moim odczuciu jego działania były nieco naciągane i abstrakcyjne. Nawet mając wzgląd na jego traumy, momentami nie potrafiłam mu współczuć, a wręcz odpychało mnie to, co robi. 

Mimo tych mankamentów, ogółem książka wypada naprawdę dobrze. Jest to mocna historia, można nawet powiedzieć jazda bez trzymanki. Porusza trudne i jednocześnie bardzo istotne życiowe kwestie, a oprócz tego jest to historia z morałem.  A do tego kończy się tak, że wręcz wymusza sięgnięcie po kolejną część, czyli w najlepszy możliwy sposób - nie wiem jak Wy, ale ja lubię takie tajemnicze zakończenia. 


Moja ocena 7/10
Marcel Moss, Porzucone dziecko
Ilość stron: 351
Wydawnictwo: Filia
Data premiery: 24.09.2025

wtorek, 18 sierpnia 2026

Dziecko dla świata, czyli o sztuce przeżywania ostatnich razów

Gdy na świecie pojawia się nasze maleństwo, cieszymy się tą chwilą, jakby miała ona trwać wiecznie. Albo wręcz przeciwnie - gdy pojawiają się trudności, trudniej nam się cieszyć, próbujemy tylko się nie załamać i z utęsknieniem czekamy, aż ten ciężki dzień czy etap się wreszcie skończy. Tak czy inaczej, nikt nie przygotował nas na to, że to wszystko kiedyś się skończy. 

Jak już wcześniej wspominałam, w byciu mamą nieustannie coś mnie zaskakuje. Ostatnio spacerowałyśmy z córką i jej zabawkową spacerówką. Pierwszy raz wpadła na to, żeby zabrać ją na spacer, a jako że kreatywności u tego dziecka nie ma końca, wspieram ją w realizacji wszystkich pomysłów - o ile to, co chce zrobić jest bezpieczne i w granicach normy. Wyszłyśmy więc i biegała w szalonym tempie ciągnąc przed sobą spacerówkę przez godzinę, z zapałem pokonując wszystkie schody i podjazdy po drodze. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko jest już sprawnie fizycznie i skłonne do ryzyka. Ale uświadomiłam sobie coś jeszcze, a mianowicie, że na taką zamianę ról też nie byłam przygotowana. Przecież jeszcze dosłownie chwilę temu to ja prowadziłam wózek, a ten maluch grzecznie siedział. Macierzyństwo to niezliczona ilość zarówno pierwszych jak i "ostatnich razów", na które nigdy nie będziemy gotowi.

Bo chwile z małym dzieckiem, nie tylko te pełne zachwytów, ale też te trudne, mijają szybciej, niż jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić. Kiedyś nie będzie już ciągłego marudzenia malucha, że chce wyjść na spacer. Tej energii, dzięki której maluch nieustannie się wierci i pełno go wszędzie. Ciągłego wołania "mama", gdy tylko zaczniesz przygotowywać posiłek. Ciągłych wybuchów złości, gdy coś idzie nie po jego myśli. Proszenia kilkanaście razy dziennie o jeszcze jedną książeczkę. Głośnego śmiechu, gdy udało mu się coś nabroić i tego badawczego spojrzenia, po którym już wiesz, że coś kombinuje. Zabawek porozrzucanych w najdziwniejszych miejscach. Piasku wszędzie i brudnych po całym dniu zabawy stópek. Beztroskich spacerów i rytuałów, które są tylko Wasze. Radości i absolutnej fascynacji, gdy nagle przez przypadek odkrywa coś nowego. Ulubionego pluszaka, którego zabiera wszędzie i nieraz już zaginął i się odnalazł. Wygłupów i łaskotania. Małych rączek, które wyciąga do Ciebie niezliczoną ilość razy dziennie z miliona różnych powodów. Pierwszych nieporadnych słów, które tak rozczulają. Oczu wpatrzonych w ciebie z wyrazem całkowitego zaufania. 

Nim się obejrzymy, ten mały człowiek już nie będzie słodki i mały. Gdzieś trafiłam na stwierdzenie, że dzieci rodzimy nie dla siebie, a dla świata. Piękne to, ale i okrutne zarazem. Musimy pogodzić się z tym, że wszystko dane jest nam tylko na chwilę. Nikt nas nie przygotował na to, że kiedyś ten maluszek, to nasze drugie serce na dwóch nogach, pójdzie w świat i będzie żyć własnym życiem. Na razie jednak wolę o tym nie myśleć. Czy też Was to przeraża? Jak sobie z tym radzicie?

piątek, 14 sierpnia 2026

O tym, do czego może prowadzić desperacja

Cierpienie związane z przeszłością jest najgorsze, bo tak jak ona nie odwracalne. W pewnym momencie człowiek nabiera do niego dystansu, ale ono wciąż w nim tkwi. Nie da się go wyrwać z korzeniami..

"Desperatka" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Alicji Sinickiej, chodź już  wcześniej planowałam przeczytać coś tej autorki. Na pewno jeszcze nie raz będę miała okazję, bo pierwsza lektura okazała się pozytywnym zaskoczeniem.

Inę znaleziono martwą w jej sypialni. Okoliczności są niejasne, choć śledczy skłaniają się ku temu, że było to samobójstwo. Tylko jej siostra Adela, choć łączyła je niezbyt udana relacja, zaczyna drążyć temat. Im więcej udaje jej się dowiedzieć, tym bardziej uświadamia sobie, że niewiele na temat Iny wiedziała. Choć z trudem jej to przychodzi, postanawia poznać okoliczności śmierci siostry, jakie by nie były. Czy mogła targnąć się na własne życie? Czy jednak znalazł się ktoś, kto życzył jej śmierci i upozorował samobójstwo? Z czym Ina mierzyła się przed śmiercią?

Choć wątek samobójstwa w thrillerach czy kryminałach to nie jest nic wyjątkowego, niech Was nie zwiedzie sam opis fabuły, bo w tej lekturze znajdziecie więcej wątków, które zostały poruszone w naprawdę ciekawy i przekonujący sposób. Na pierwszym planie mamy relację siostrzaną. Tutaj jest ona bardzo skomplikowana, bo jedna z sióstr jest tą lepszą, a druga jest czarną owcą w rodzinie. Jedna nieustannie jest w cieniu drugiej, co prowadzi do pogorszenia relacji i odbija się na życiu jednej i drugiej. Autorka poruszyła w tej lekturze też problem hazardu, a raczej uzależnienia od hazardu i jego wyniszczających konsekwencji. Bardzo zainteresował mnie też problem relacji między pracownikami oraz między pracownikami a przełożonymi, w których konflikty są nieodłącznym elementem i bardzo mocno odbijają się na sytuacji bohaterów. 

Sam rozwój wydarzeń też był bardzo zajmujący. Tak bardzo, że książkę przeczytałam w mgnieniu oka. Sporo tam intryg między bohaterami, trochę fałszywych tropów, ale najbardziej podobało mi się to, że niejednokrotnie był dreszczyk grozy. Historia naprawdę opowiadana była w taki sposób, że momentami przeraża i to bardzo mocno. W tej historii nie będziecie mieli chwili oddechu, bo tempo jest szybkie, a autorka ma lekkie pióro, przez co czyta się błyskawicznie.

Jedyne, czego mi tu zabrakło, to jakieś mocne wow. Sama tematyka bardzo ciekawa, lektura naprawdę na poziomie, ale obawiam się, że na długo ze mną nie zostanie. Nie powiem, że nie zrobiła na mnie wrażenia, bo jest to mocna historia, dotyka ciężkich tematów, szokuje, Dobra książka i świetna rozrywka, ale zabrakło mi w niej "tego czegoś".

Myślę, że jest to świetna pozycja, jeśli nie boicie się trudnych tematów i jesteście gotowi się z nią zmierzyć. Na pewno nie będziecie się przy niej nudzić.


Moja ocena 7/10
Alicja Sinicka, Desperatka
Ilość stron: 336
Wydawnictwo WAB
Data premiery: 21.05.2025

wtorek, 11 sierpnia 2026

Macierzyństwo to też sztuka odpuszczania

Jako świeżo upieczona mama zawsze starasz się robić wszystko idealnie. Wszystko musi być idealnie czyste, wyprasowane, sterylne. Potem, gdy zaczyna się rozszerzanie diety, posiłki muszą być smaczne pełnowartościowe, ładnie się prezentujące, jak te ze zdjęć na Instagramie. Dziecko musi jeść książkowo i tylko to, co wartościowe. Żadnych "zapychaczy" i przekąsek, których dietetycy nie polecają, typu chrupki kukurydziane. I można tak wymieniać i wymieniać jeszcze przykłady naszych założeń, z jakimi startujemy w wychowanie dziecka? Ile z nich zostaje z nami na dłużej? 

Ostatnio trafiłam na tekst, który dał mi nieco do myślenia. Mianowicie była mowa o tym, że w obecnych czasach macierzyństwo jest dużo trudniejsze niż kiedyś. A wszystko to dlatego, że kiedyś rządziły inne zasady, a dziś inne. Punktem wyjścia, który został tam wymieniony, było to, że kiedyś dziecko od rana do wieczora biegało po podwórku, brudziło się, bawiło swobodnie, robiło to, na co miało ochotę. W obecnych czasach natomiast zabiera się dzieciom "podwórka", które autor tekstu utożsamiał z taką niczym nieograniczoną swobodą poznawania świata, w zamian to dziecko sadza się na kanapie, dostaje telewizor, smartfon czy tablet, na którym ogląda bajkę, tym samym nie wymagając uwagi i zaangażowania rodzica. Kiedyś wychowanie nie było tak wymagające, dziecko miało podwórko i było szczęśliwe. Dziś, choć czasem angażujemy już najmłodsze dzieci w najróżniejsze, często drogie, zajęcia rozwojowe czy sensoryczne, wcale nie oznacza to, że dzieci rozwijają się lepiej. I zamiast dać takiemu dziecku spokój i czas na samodzielny, swobodny rozwój, wozimy potem od jednego specjalisty do drugiego, czekamy w kolejkach i udręczeni narzekamy jakie to macierzyństwo jest ciężkie. A nasi znajomi patrząc na to, nie chcą decydować się na dzieci. 

Pomyślałam, że może i ten autor ma trochę racji. W kwestii ekranów się nie wypowiem, bo moje dziecko ekranów dziecko nie ogląda i nie będzie oglądać jak najdłużej. Ale postanowiłam zwrócić uwagę na to, jak wpływa na moje dziecko czas spędzany na świeżym powietrzu. Nie jest tajemnicą, że dzieci po zabawie na świeżym powietrzu śpią lepiej. Gdy mam dużo czasu i spędzam większość dnia z dzieckiem na podwórku - a zdarza się to, gdy jesteśmy u moich rodziców na wsi - mała po takim dniu przesypia całą noc bez wybudzania się, co na co dzień się nie zdarza. Stąd moje przypuszczenie, że to właśnie to "podwórko", o którym wcześniej była mowa odgrywa tu kluczową rolę. 

Druga kwestia - w obecnych czasach podejście do wychowania się bardzo zmieniło. A co za tym idzie, więcej oczekuje się od młodych rodziców. My sami jako rodzice, też więcej od siebie oczekujemy. Każdy zna słynne powiedzonko rodziców i dziadków - "kiedyś tego nie było i też było dobrze", które jest odpowiedzią na wszystkie kwestie, z którymi starsze pokolenie się nie zetknęło w kwestii wychowania dziecka. Przykładem niech będą słodycze w diecie dziecka. Dziś żelazną zasadą jest, że dziecko do roku nie może spożywać cukru ze ze względu na jego szkodliwy wpływ na mały organizm. Zaleca się też unikanie spożycia cukru przynajmniej do drugiego, a nawet do trzeciego roku życia dziecka. A kiedyś? Większość babć pewnie zgodzi się z tym, że kiedyś nie istniała granica wieku, od której w diecie dziecka może pojawić się cukier. Takie przykłady można wyliczać i wyliczać. Nie tylko w kwestii rozszerzania diety. Obecnie dużo jest nowych wytycznych, które często są punktem spornym - jak nosić niemowlaka, jak powinno wyglądać łóżeczko, czy raczej jak nie powinno, czy podawać dziecku smoczek i kiedy odsmoczkować, jak i kiedy odpieluchować malucha, czy chodzik jest szkodliwy czy nie, i tak dalej, i tak dalej. Czasem mam wrażenie, że na każdym kroku jest jakieś "ale". Że na wszystko co robię, są jakieś normy, które powinnam spełnić. I że jest ich więcej, niż jestem w stanie przyswoić. I o tym właśnie chciałam dzisiaj mówić. 

O tym, że często próbujemy trzymać się założonych przez siebie norm, jakby to one wszystko definiowały. Jakbyśmy bez nich byli złymi rodzicami. Dopiero z czasem zaczynamy rozumieć, że rodzicielstwo to nie konkurs, kto zrobi wszystko idealnie. To nie jest też wyścig, kiedy dziecko zacznie chodzić i mówić, i jak szybko się rozwija w porównaniu do rówieśników. Że choć będziesz się starać, nie zawsze wszystko wyjdzie i to jest w porządku. Że jeśli bobas raz ominie drzemkę, naprawdę nic się nie stanie. Że jeśli raz przesunie się pora posiłku, czy dziecko w ogóle go odmówi, też świat się nie zawali. Że nie jest możliwe, żeby w swoim życiu nie zjadł choć trochę piasku, czy bakterii. Że nie każdy posiłek musi być idealny czy zjedzony do końca, bo nawet jeśli bobas uzna, że przez jakiś czas do przeżycia wystarczy mu woda i ogórki, to też jest w porządku. 

Nazwałam to sztuką odpuszczania. Dopiero gdy nauczyłam się odpuszczać w niektórych kwestiach i nabrałam dystansu do tego, co robię jako mama, mogę się tak naprawdę cieszyć z bycia mamą. Nie krytykujmy się same przed sobą za każdą drobnostkę. Skupiajmy się na tym, co istotne. Macierzyństwo to nie są sztywne zasady. Bardzo często macierzyństwo to sztuka kompromisów i skutecznych negocjacji. Zrozumieć drugiego człowieka to sztuka, ale zrozumieć człowieka, który mówi w sobie tylko znanym języku, potrzebuje naszej pomocy, by radzić sobie z emocjami i często ma niekontrolowane wahania nastroju, to już wyższa szkoła jazdy. Dlatego nie jest możliwe, by wszystko szło idealnie. Dajmy sobie i dziecku prawo do bycia nieidealnymi. Wtedy możemy być spokojniejsze i szczęśliwsze. 

Czy u Was też takie podejście się sprawdza? Co robicie zgodnie z zasadami, a co odpuszczacie?

piątek, 7 sierpnia 2026

O czym może opowiadać fiolet?

Całe życie czekała na nie wiadomo co. Na jakiegoś księcia z bajki, który podaruje jej cały świat. A ona przecież nie potrzebuje całego świata. Wystarczyłby jej mały skrawek. Chciałaby tylko stąd wyjść i poczuć, że ma całe życie przed sobą. Chciałaby położyć się w swoim łóżku, poczuć zapach świeżej pościeli, włączyć film i jeść popcorn. I dzielić z kimś ten moment. Z kimś, kto nigdy nie podniesie na nią głosu. Z kimś, kto okaże jej czułość i zawsze będzie miał czas oraz chęć, by przygotować jej kanapkę z serem i pomidorem. 

Zdążyłam już polubić bohaterów serii "Kolory zła" Małgorzaty Sobczak i jakże miłym zaskoczeniem było dla mnie, gdy zobaczyłam na półce w Empiku "Fiolet". Wielotomowe serie mają mają to do siebie, że albo z kolejnym tomem autor wyczerpuje pomysły i robi się coraz mniej ciekawie, albo przeciwnie - każdy tom wydaje się nawet lepszy niż poprzedni. Ku mojemu zadowoleniu, "Kolory zła" to ten drugi przypadek. Po raz kolejny dostajemy od autorki coś, nad czym naprawdę warto się pochylić. Każda część tej serii jest w jakiś sposób zaskakująca, więc poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko. A jednak się udało. 

I tym razem znani z poprzedniej serii śledczy z Sopotu oraz prokurator Bilski, znany z rozwiązania najtrudniejszych dotąd spraw, będą się mierzyć z głośną sprawą. Przed budynkiem Opery Leśnej w Sopocie porzucono nagie ciało kobiety, która w dłoń miała wciśnięta monetę. Obok leżały złożone starannie jej obrania oraz torebka z rzeczami. I kwiat hibiskusa. Kto tym razem zakłócił spokój mieszkańców i wstrząsnął Trójmiastem? Przy okazji tej sprawy zetkniemy się też z grupką młodzieży z sopockiego ośrodka wychowawczego oraz kobietą cierpiącą na neurogenną utratę wzroku. Co ich łączy ze sprawą zabójcy? Co chciał nam przekazać zabójca, który, można powiedzieć, śmieje się w twarz policji? Czy uda się w porę go zatrzymać?
Po kilku kilometrach zrównał się ze zmiażdżonym na bocznej barierce pojazdem. Medycy właśnie wyciągali ze środka kobietę. Oczy miała zamknięte, a z czoła ciekła jej krew. "Może przeżyje, a może ktoś dziś umrze za życia na wieść o jej śmierci. Jakie to wszystko jest dziwne", myślał Leopold, jadąc dalej. "Wydaje nam się, że wszystkie nasze sprawy są takie ważne, że rzeczywistość załamie się, jeśli czegoś nie zrobimy, jeśli coś zawalimy, jeśli czemuś nie sprostamy. Wszystkiego się boimy, a najbardziej tego, co pomyślą o nas inni. A tymczasem któregoś dnia wjeżdżamy na obwodnicę, by okrążyć miasto, i okrążamy własne życie. Już nigdy do niego nie wracamy, a rzeczywistość nie załamuje się mimo to, że pewne rzeczy pozostają nieukończone. Mimo to, że my zostajemy nieukończeni. Tak po prostu.
Bohaterowie dalej są tacy, jakimi ich zapamiętałam. Kita i Pająk, dwóch policjantów, z których pierwszy ma specyficzny sposób bycia i specyficzne poczucie humoru, a dowcipami na każdą okazję rzuca jak z rękawa, a drugi bardziej spokojny i ułożony, ale razem tworzą zgrany zespół. I oczywiście prokurator Bilski, przystojny, bystry, w pełni zaangażowany w to, co robi. Oraz jego partnerka - Anna Górska - inteligentna, uparta i niezłomna. Bohaterów mamy tu jeszcze więcej, mimo to nie zlewają się, jak to bywa w powieściach z dużą liczbą bohaterów. Tutaj każda postać jest przemyślana, na swoje cechy charakterystyczne, można ją lubić albo nie, ale ma się wrażenie, że czytamy o kimś rzeczywistym.

Autorka nie zawodzi nas jeśli chodzi o tempo akcji. Zaczyna się dobrze, potem jest jeszcze lepiej. Nie sposób nie wspomnieć o opisach, które trochę to tempo zwalniają, ale pozwalają nam być razem z bohaterami w samym środku wydarzeń. Autorka ma przyjemny styl odpisywania - opisy nie są długie, tworzą klimat i sprawiają że lektura jest płynna. A co do samych wydarzeń - jest ciekawie - od samego początku, potem wciągamy się jeszcze bardziej. Momentami dostaniecie gęsiej skórki, momentami się pośmiejecie. Będziecie powoli łączyć w całość rozsypankę, w której z pozoru nic do siebie nie pasuje, i typować sprawców, ale na próżno. Ten, który to zrobił, jest najmniej oczywisty. Nie do końca mnie przekonało jednak samo zakończenie, nie wybrzmiało jakoś mocno, sam wątek przeszłości sprawcy chciałabym poznać jeszcze lepiej, bo jak dla mnie nie został dość rozwinięty. 

Powieść jest naprawdę wielowymiarowa. Dużo w niej symboliki. Dużo stawia pytań. Między innymi - skąd bierze się w człowieku zło? Sami spróbujcie sobie na to odpowiedzieć. Tu nic nie będzie proste i jednoznaczne. 


Moja ocena 9/10
Małgorzata Oliwia Sobczak, Fiolet 
Ilość stron: 510
Wydawnictwo WAB
Data premiery: 17.06.2026