piątek, 4 września 2026

Lekcja pierwsza: nie ufaj nikomu

Na mojej skroni pulsuje żyła. Dopuszczam możliwość, że rzuci się na mnie i mnie zabije, zanim dokończymy tę rozmowę. Zanim mój mąż przyzna się, że robił to, co robił, gdy go obserwowałam. Jakaś część mnie chciałaby, żeby tak się stało. 
Przyznam, że czasem, gdy mam zły dzień lubię sięgnąć po taką mroczną historię pełną ciemnych charakterów i wydarzeń, które mogą wstrząsnąć. Pozwala mi to nabrać dystansu i choć może to nienajlepszy sposób, by ogarnąć złe samopoczucie, to w pewien sposób daje ukojenie, w końcu zawsze mogło być gorzej. Okazało się, że "Nauczyciele" to właśnie jedna z takich historii, choć wcale się na to nie zapowiadało.

Eve i Nathaniel to na pozór przykładne małżeństwo. Oboje pracują jako nauczyciele. I tylko oni wiedzą, że ich związek już od dawna nie jest taki jak powinien być. Jakby tego było mało, do ich grup trafia Addie - uczennica znana w liceum Caseham ze skandalu - plotkowano wtedy, że ma romans z nauczycielem. Jest jednak coś jeszcze gorszego, co Addie ukrywa. Eve niepokoi się, że nie można jej ufać i przestrzega przed nią męża. Czemu ta szesnastolatka ma opinię dziewczyny, która przynosi problemy?
Jestem taką szczęściarą. Mam piękny dom, satysfakcjonującą pracę i męża, który jest miły, łagodny i niesamowicie przystojny. A jednak gdy Nate wyprowadza samochód na drogę i włącza się do ruchu, kierując się w stronę szkoły, mogę myśleć jedynie o tym, że mam nadzieję, że jakaś ciężarówka przejedzie na czerwonym świetle, zmiecie naszą hondę i zabije nas oboje na miejscu. 
Kiedyś zdarzyło mi się obejrzeć "Trudne sprawy" czy "Szkołę". Tu mamy kombinację właśnie takich dramatów na miarę tych seriali, ale w zdecydowanie lepszym i wydaniu i z głębszym przekazem. No i jest to thriller, więc trochę Wami wstrząśnie. Trochę to mało powiedziane, bo w tej książce naprawdę źle się dzieje i niejedno życie jest zagrożone.

Sądząc po opisie historia może wydawać się nieco banalna i przewidywalna - tu się po części zgodzę. Do pewnego momentu akcja toczy się dokładnie tak, jak bym się tego spodziewała, gmatwa się dopiero nieco później. Nie zepsuło mi to jednak radości z czytania. Autorka prowadzi narrację bardzo ciekawie. Książka ma to coś, co po prostu zmusza, by czytać dalej. Może to, że autorka nie próbuje na siłę budować napięcia, po prostu powoli wprowadza nas w historię bohaterów, cały czas pozostawiając jakieś niedopowiedzenia. Gdy już myślimy, że więcej się nie wydarzy, nagle zmienia się wszystko.

Dużym plusem dla mnie jest też narracja pierwszoosobowa z różnych perspektyw. Mamy tu też perspektywę Addie, czyli szesnastolatki. Zawsze ostrożnie podchodzę do książek, gdzie mamy nastolatkę czy nastolatka jako narratora, bo bywa, że jest sztucznie albo nudno. Tutaj jednak bohaterka była dość przekonująca.

Kolejnym plusem były dla mnie bardzo przekonujące portrety psychologiczne bohaterów. Każda z postaci była naprawdę przemyślana i odwzorowana z dbałością o każdy szczegół. Nate - przystojny nauczyciel angielskiego i poeta, z pozoru miły i oddany uczniom, jednak jak każda z postaci w tej książce skrywa coś więcej. Eve - nielubiana przez uczniów, surowa i wymagająca nauczycielka matematyki - kto z nas nie miał takiej w szkole?  Jednak nawet ona okazuje się być nieprzewidywalna. I Addie - uczennica, która oddałaby wszystko, by być w szkole niewidzialna, jednak ani trochę jej to nie wychodzi. Problemy, których doświadcza w środowisku szkolnym cierpliwie znosi, bo wie, że nie to jest najgorsze. Można powiedzieć, że każda z postaci nie do końca jest tym, kim się wydaje. Lubię takich bohaterów, których zachowania ciężko przewidzieć.

Może nie wybitna historia, gdyż jak wspominałam, z początku trochę przewidziałam, co będzie się działo, ale naprawdę bardzo dobra. I zdecydowanie na długo zapada w pamięć. Na pewno przeczytam więcej książek tej autorki, bo ta pozycja bardzo wyróżnia się spośród thrillerów psychologicznych, które do tej pory poznałam. Czy pozostałe jej książki też są dobre, czy lepsze?


Moja ocena: 8/10

Freida McFadden, Nauczyciele

Ilość stron: 434

Wydawnictwo Czwarta Strona

Data premiery: 27.08.2025 


wtorek, 1 września 2026

Po to tak naprawdę zostałam mamą, czyli o przesypywaniu piasku słów kilka

Często chodzimy z córką na plac zabaw. Zawsze to chwila odpoczynku dla rodzica, a dziecko może się wybiegać przed drzemką. I ostatnio, gdy tak sobie siedziałam i patrzyłam, coś do mnie dotarło.

Niby to tylko huśtawka, zjeżdżalnia, piaskownica i czasem jeszcze karuzela, ale dzieci potrafią tam wymyślać naprawdę przeróżne zabawy. Najbardziej lubię, gdy dzieci bawią się w dużej grupie, wszystkie razem, starsze angażują młodsze. Czasem jednak zdarza się,  że jesteśmy same. Jednego razu córka wymyśliła, że będzie nosić piasek z piaskownicy wiaderkiem i wsypywać na karuzelę. A gdy już coś wymyśli, ma zajęcie na dłuższy czas, więc nie ingeruję i nie przeszkadzam. I gdy tak siedziałam na tej karuzeli, a ona biegła z wiaderkiem piasku patrząc wprost na mnie, w końcu dotarło do mnie, czym jest to całe macierzyństwo. Ta radość, zapał i niewinne oczy, gdy Twoja pociecha biegnie w Twoim kierunku. Uświadomiłam sobie, że to właśnie po to zostałam mamą. By codziennie na nowo doświadczać czegoś, co dla tego małego człowieka jest w danej chwili najważniejsze. Nawet jeśli na ten moment jest to tylko przesypywanie piasku z miejsca w miejsce. Bo dla niej to w tym momencie wszystko. Za kilka lat to już będą inne aktywności i problemy. Teraz ten maluch chce, by być z nim w tym jego małym świecie. I zawsze patrzy z taką ufnością, że cokolwiek innego zaprząta Twoją głowę, w tym momencie przestaje się liczyć. 

Może to właśnie to jest sensem macierzyństwa? Chwile, gdy uświadamiasz sobie, jak bardzo ten mały człowiek na Tobie polega. Nie tylko, gdy płacze i jest mu źle. Chce żebyś mu towarzyszyła we wszystkim, co postanowi. Dostrzegała małe sukcesy, była wsparciem, po prostu była obecna. I byś w tej zwyczajnej codzienności zawsze umiała spojrzeć z zachwytem na człowieka, którego stworzyłaś. I tym samym codziennie na nowo utwierdzała się w przekonaniu, że to najlepsze co mogłaś w życiu zrobić.

piątek, 28 sierpnia 2026

Kto i dlaczego ma obsesję?

Obsesja Natashy Preston to moje pierwsze spotkanie z autorką. Nie miałam za dużych oczekiwań co do tej książki. Na wątek z nagrywaniem vlogów i działalności w social mediach trafiłam po raz pierwszy i byłam ciekawa jak autorka go wykorzysta w tej powieści, która sądząc po opisie zapowiadała się trochę mrocznie. 

Connie jest sławna. Ale nie jest to dla niej powód do dumy, wręcz przeciwnie. Mama regularnie nagrywa vlogi z udziałem jej i jej siostry, które stały się bardzo popularne. Pod nieobecność mamy i siostry, które wyjeżdżają na dwa tygodnie, dziewczyna zostaje sama z poczuciem, że dzieje się coś niepokojącego. W okolicy giną nastolatki. Czuje, że jej też może coś grozić.

Miało być mrocznie, a nie było. Nie było nawet przyzwoicie na tyle, żebym czytała z jakimkolwiek zainteresowaniem.  Naprawdę dawno się tak nie wynudziłam podczas czytania książki. Przez dwie trzecie lektury nie działo się praktycznie nic ciekawego. Zastanawiam się jak to możliwe, że mimo to dobrnęłam do końca. Owszem, główna bohaterka opowiada nam o swoich lękach, które nie są bezzasadne, ale całość skupia się tylko na tym. Na jej lękach, poczuciu bezradności i w dużej mierze tylko domysłach, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. W trakcie pojawił się jeden wątek, który zaczęłam śledzić z zainteresowaniem, ale to wszystko. I plus za zakończenie - zostało ciekawie rozegrane. To zdecydowanie za mało, by uznać książkę za choć trochę interesującą. 

Sama główna bohaterka w moim odczuciu taka nijaka. Nawet nie powiem, że irytująca, bo żadnych emocji we mnie nie wzbudziła. Przez większą część lektury jest tylko mowa o jej lęku w związku z tym, że została sama w domu na czas podróży mamy i siostry. Przypuszcza też, że ktoś ją śledzi i może chcieć zrobić krzywdę. Mamy tylko przypuszczenia, które ani trochę nie są przekonujące. 

Sam styl pisania całkiem przyjemny, więc czytało mi się dobrze, ale fabuła ani trochę nie wciąga. 

Myślę, że ta historia mogłaby być o wiele lepsza, bo sam pomysł na fabułę był ciekawy. Liczę na to, że trafię jeszcze na lepsze książki tej autorki, bo nie chcę się zniechęcać po przeczytaniu tej jednej. 


Moja ocena: 4/10

Natasha Preston, Obsesja

Ilość stron: 320

Wydawnictwo Feeria Stories

Data premiery: 11.03.2026 

wtorek, 25 sierpnia 2026

Dziecko to mistrz zachwytu i zachwycania

Jak już wspominałam wcześniej, w macierzyństwie nieustannie coś mnie zaskakuje. Czas spędzony z dzieckiem, choć bywa trudny, to jest też wyjątkowy. Po części dlatego, że każda chwila, którą przeżywamy, jest ostatnią. Dziś masz przed sobą niesforną i energiczną dwulatkę, ale nim się obejrzysz będzie już dorosła. Gdybyś miała jednak wybrać tylko jedną rzecz, którą w spędzaniu czasu z dzieckiem lubisz najbardziej, co by to było? Ja osobiście mam takich rzeczy mnóstwo.

Wczoraj podczas przygotowywania kolacji, córka, jak to zwykle bywa, chciała pomóc. Układała więc pokrojone warzywa na blaszce siedząc na blacie kuchennym. Ja w tym czasie patrzyłam, jaką radość sprawia jej każdy kolejny kawałek, który bierze do rączki i z jakim zapałem je układa. Choć było ich na tyle dużo, że mogłaby się znudzić i iść do innej zabawy, to nie przerywała sobie, dopóki nie ułożyła wszystkich. Gdybym miała wybrać, co najbardziej kocham w spędzaniu czasu z dzieckiem, to byłoby właśnie to. Małe rączki dziecka, które chcą zaangażować się we wszystko, co robisz, nawet jeśli to jeszcze ponad jego możliwości. Zapał, jaki towarzyszy każdej wykonywanej przez nie czynności. Radość z tego, co robi, nawet jeśli to są tylko proste rzeczy. Stuprocentowe zaangażowanie i skupienie. Dziecko wykonując daną czynność jest tylko tu i teraz, nic poza tym się nie liczy, włada w to całe serce. I jeszcze ta ciągła chęć naśladowania wszystkiego, co robisz. Przy dosłownie każdej czynności. Niesamowite, a czasem bywa zabawne. 

Jemy śniadanie, słońce świeci i zapowiada się ładny dzień. Mała siedzi naprzeciwko i zadowolona wybiera kawałki owoców z owsianki. Złapałam się na tym, że coraz częściej dostrzegam takie małe, pozornie nic nie znaczące drobiazgi. Nauczyłam się żyć wolniej i doceniać małe rzeczy. To chyba dzięki niej. Dzieci są mistrzami w zachwycie nad małymi rzeczami. Ulubiona przekąska, coś nowego, co znajdzie na spacerze, czy zwyczajna sytuacja, o której opowiada potem z takim zachwytem, jakby przeżyła coś niezwykle fascynującego. Najpiękniejsze, co może być. 

Idziemy się usypiać. Córka od jakiegoś czasu zabiera ze sobą do sypialni dwa pluszaki, jednego bierze ze sobą do łóżka, a drugiego mi daje i każe z nim spać. Oprócz tego bierze jeszcze dwie butelki wody - da siebie i dla mamy. Kocham też to, że choć takie małe dziecko, skupia się głównie na swoich potrzebach, myśli też o Tobie. Że idąc do sypialni, niesie dwa pluszaki i jednego oddaje Tobie, myśląc, że też będziesz go potrzebować. Oprócz swojej butelki wody, próbuje złapać też Twoją, choć jest cięższa. Bo skoro ono będzie chciało pić przed snem Ty pewnie też. Mało tego, opiekuje się nawet lalką czy pluszakiem i to najlepiej jak potrafi. Przytula, całuje, usypia, czyta książeczki. Wzruszają mnie takie drobiazgi, które dzieci robi same z siebie, choć nikt ich tego nie uczy.

To tylko kilka losowych przykładów, bo jest ich znacznie więcej i nie sposób wymienić wszystkiego, nawet nie będę próbować. Co Wy najbardziej doceniacie w czasie spędzonym z dziećmi?

piątek, 21 sierpnia 2026

Jak bardzo można skrzywdzić dziecko?

Ludziom się wydaje, że czas leczy rany i te zadane w serce prędzej czy później zawsze się goją. Tylko co w sytuacji, gdy tragedia, której doświadczamy, dosłownie nam to serce rozrywa? Niby jak poskładać je do kupy po takiej traumie? 
Po książki tego autora już dawno nie sięgałam, bo zawsze miałam po nich niedosyt, czegoś mi tam brakowało. Gdy zobaczyłam "Porzucone dziecko", uznałam, że to jest ten moment, by spróbować ponownie.

Kornel jako dziecko doświadczył chyba wszystkiego, co najgorsze, a potem został wywieziony z dala od domu i porzucony. Obecnie jest autorem bestsellerowych reportaży, ma nastoletnią córkę, a jego żona jest chora na raka. Do Cisowic, małej miejscowości w sąsiedztwie Bieszczad, gdzie znajduje się dobre hospicjum, sprowadza go choroba żony, ale także... chęć zemsty za wszystkie traumy, których doświadczył jako dziecko. I co najbardziej niepokojące - wydaje się być zdolny do wszystkiego. 

Pielęgniarka wręczyła mi otuloną ręcznikiem Patrycję: różowiutką, grzecznie śpiącą dziewczynkę z gładziutką skórą. Wydawała się tak delikatna, że bałem się jej dotknąć, by jej nie uszkodzić. Wreszcie przemogłem się i przyłożyłem czubek palca do wierzchu jej malutkiej dłoni. I nagle ogarnął mnie chłód, a w sali zgasło światło. Stałem tam sam z córką i nasłuchiwałem biegających w mroku bestii. Rechotały triumfalnie, dając mi do zrozumienia, że tak naprawdę nigdy się od nich nie uwolniłem. One zawsze we mnie były: przyczajone na dnie duszy, czekające na idealny moment, by ponownie zaatakować i odrzuć mnie z nadziei na to, że kiedyś będę mógł normalnie żyć. 
Książka w moim odczuciu bardzo dobra. Znalazłam w niej to, co lubię najbardziej, czyli powody do zastanowienia nad kilkoma istotnymi kwestiami. Porusza bowiem bardzo ważny i ciężki temat jakim są dziecięce traumy, a z drugiej strony odpowiedzialne, czy raczej w tym przypadku nieodpowiedzialne rodzicielstwo, które może mieć zgubne konsekwencje. Zwraca uwagę na to, że każdy z nas, a dziecko w szczególności, do życia potrzebuje zaspokojenia potrzeb takich jak miłość i bezpieczeństwo. I gdy tego nie doświadcza, a zamiast tego doświadcza całego wachlarza negatywnych emocji i lekkomyślnych i krzywdzących zachowań rodziców, ciągnie się to potem za nim przez całe życie. Temat ważny, bo o takich rodzicach wiele się teraz słyszy. Nasuwa się więc pytanie - czy stajemy się coraz bardziej nieczuli na krzywdę, szczególnie krzywdę dzieci, które w żaden sposób przed tym się nie obronią?

Jest jeszcze drugi, nie mniej ważny temat - chęć zemsty takiego właśnie skrzywdzonego dziecka. Przez całą lekturę z niepokojem patrzymy, jak ta potrzeba zemsty dojrzewa i podpowiada bohaterowi rozwiązania jego zdaniem idealne, które planuje zmienić w czyny. I zadajemy sobie pytanie - do czego człowiek z tak wyniszczoną psychiką jest zdolny? Czy istnieje zemsta doskonała? 

Kornel jest bohaterem ciekawym i nieprzewidywalnym. Doświadcza szeregu różnych emocji i przechodzi przez najróżniejsze - w tym też te najgorsze wydarzenia życiowe. O wszystkim się dowiadujemy, ale nie od razu. Autor długo pozostawia to w tajemnicy, stopniowo odkrywając przed nami karty. Umiejętnie manipuluje czytelnikiem i jego emocjami. Podobała mi się ta ciągła niepewność i ciekawość, co będzie dalej.

Byłabym skłonna ocenić lekturę wysoko, ale znalazłam kilka mankamentów. Pierwsze, co mi się nie spodobało, to narracja z punktu widzenia małego dziecka, która sprawia, że początkowo czyta się dziwnie. Dla mnie trochę abstrakcyjne było łączenie w narracji z przeszłości języka małego dziecka i człowieka dorosłego. Na szczęście miało to miejsce tylko na początku książki. Mam też trochę zarzutów do głównego bohatera. Momentami w moim odczuciu jego działania były nieco naciągane i abstrakcyjne. Nawet mając wzgląd na jego traumy, momentami nie potrafiłam mu współczuć, a wręcz odpychało mnie to, co robi. 

Mimo tych mankamentów, ogółem książka wypada naprawdę dobrze. Jest to mocna historia, można nawet powiedzieć jazda bez trzymanki. Porusza trudne i jednocześnie bardzo istotne życiowe kwestie, a oprócz tego jest to historia z morałem.  A do tego kończy się tak, że wręcz wymusza sięgnięcie po kolejną część, czyli w najlepszy możliwy sposób - nie wiem jak Wy, ale ja lubię takie tajemnicze zakończenia. 


Moja ocena 7/10
Marcel Moss, Porzucone dziecko
Ilość stron: 351
Wydawnictwo: Filia
Data premiery: 24.09.2025

wtorek, 18 sierpnia 2026

Dziecko dla świata, czyli o sztuce przeżywania ostatnich razów

Gdy na świecie pojawia się nasze maleństwo, cieszymy się tą chwilą, jakby miała ona trwać wiecznie. Albo wręcz przeciwnie - gdy pojawiają się trudności, trudniej nam się cieszyć, próbujemy tylko się nie załamać i z utęsknieniem czekamy, aż ten ciężki dzień czy etap się wreszcie skończy. Tak czy inaczej, nikt nie przygotował nas na to, że to wszystko kiedyś się skończy. 

Jak już wcześniej wspominałam, w byciu mamą nieustannie coś mnie zaskakuje. Ostatnio spacerowałyśmy z córką i jej zabawkową spacerówką. Pierwszy raz wpadła na to, żeby zabrać ją na spacer, a jako że kreatywności u tego dziecka nie ma końca, wspieram ją w realizacji wszystkich pomysłów - o ile to, co chce zrobić jest bezpieczne i w granicach normy. Wyszłyśmy więc i biegała w szalonym tempie ciągnąc przed sobą spacerówkę przez godzinę, z zapałem pokonując wszystkie schody i podjazdy po drodze. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko jest już sprawnie fizycznie i skłonne do ryzyka. Ale uświadomiłam sobie coś jeszcze, a mianowicie, że na taką zamianę ról też nie byłam przygotowana. Przecież jeszcze dosłownie chwilę temu to ja prowadziłam wózek, a ten maluch grzecznie siedział. Macierzyństwo to niezliczona ilość zarówno pierwszych jak i "ostatnich razów", na które nigdy nie będziemy gotowi.

Bo chwile z małym dzieckiem, nie tylko te pełne zachwytów, ale też te trudne, mijają szybciej, niż jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić. Kiedyś nie będzie już ciągłego marudzenia malucha, że chce wyjść na spacer. Tej energii, dzięki której maluch nieustannie się wierci i pełno go wszędzie. Ciągłego wołania "mama", gdy tylko zaczniesz przygotowywać posiłek. Ciągłych wybuchów złości, gdy coś idzie nie po jego myśli. Proszenia kilkanaście razy dziennie o jeszcze jedną książeczkę. Głośnego śmiechu, gdy udało mu się coś nabroić i tego badawczego spojrzenia, po którym już wiesz, że coś kombinuje. Zabawek porozrzucanych w najdziwniejszych miejscach. Piasku wszędzie i brudnych po całym dniu zabawy stópek. Beztroskich spacerów i rytuałów, które są tylko Wasze. Radości i absolutnej fascynacji, gdy nagle przez przypadek odkrywa coś nowego. Ulubionego pluszaka, którego zabiera wszędzie i nieraz już zaginął i się odnalazł. Wygłupów i łaskotania. Małych rączek, które wyciąga do Ciebie niezliczoną ilość razy dziennie z miliona różnych powodów. Pierwszych nieporadnych słów, które tak rozczulają. Oczu wpatrzonych w ciebie z wyrazem całkowitego zaufania. 

Nim się obejrzymy, ten mały człowiek już nie będzie słodki i mały. Gdzieś trafiłam na stwierdzenie, że dzieci rodzimy nie dla siebie, a dla świata. Piękne to, ale i okrutne zarazem. Musimy pogodzić się z tym, że wszystko dane jest nam tylko na chwilę. Nikt nas nie przygotował na to, że kiedyś ten maluszek, to nasze drugie serce na dwóch nogach, pójdzie w świat i będzie żyć własnym życiem. Na razie jednak wolę o tym nie myśleć. Czy też Was to przeraża? Jak sobie z tym radzicie?

piątek, 14 sierpnia 2026

O tym, do czego może prowadzić desperacja

Cierpienie związane z przeszłością jest najgorsze, bo tak jak ona nie odwracalne. W pewnym momencie człowiek nabiera do niego dystansu, ale ono wciąż w nim tkwi. Nie da się go wyrwać z korzeniami..

"Desperatka" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Alicji Sinickiej, chodź już  wcześniej planowałam przeczytać coś tej autorki. Na pewno jeszcze nie raz będę miała okazję, bo pierwsza lektura okazała się pozytywnym zaskoczeniem.

Inę znaleziono martwą w jej sypialni. Okoliczności są niejasne, choć śledczy skłaniają się ku temu, że było to samobójstwo. Tylko jej siostra Adela, choć łączyła je niezbyt udana relacja, zaczyna drążyć temat. Im więcej udaje jej się dowiedzieć, tym bardziej uświadamia sobie, że niewiele na temat Iny wiedziała. Choć z trudem jej to przychodzi, postanawia poznać okoliczności śmierci siostry, jakie by nie były. Czy mogła targnąć się na własne życie? Czy jednak znalazł się ktoś, kto życzył jej śmierci i upozorował samobójstwo? Z czym Ina mierzyła się przed śmiercią?

Choć wątek samobójstwa w thrillerach czy kryminałach to nie jest nic wyjątkowego, niech Was nie zwiedzie sam opis fabuły, bo w tej lekturze znajdziecie więcej wątków, które zostały poruszone w naprawdę ciekawy i przekonujący sposób. Na pierwszym planie mamy relację siostrzaną. Tutaj jest ona bardzo skomplikowana, bo jedna z sióstr jest tą lepszą, a druga jest czarną owcą w rodzinie. Jedna nieustannie jest w cieniu drugiej, co prowadzi do pogorszenia relacji i odbija się na życiu jednej i drugiej. Autorka poruszyła w tej lekturze też problem hazardu, a raczej uzależnienia od hazardu i jego wyniszczających konsekwencji. Bardzo zainteresował mnie też problem relacji między pracownikami oraz między pracownikami a przełożonymi, w których konflikty są nieodłącznym elementem i bardzo mocno odbijają się na sytuacji bohaterów. 

Sam rozwój wydarzeń też był bardzo zajmujący. Tak bardzo, że książkę przeczytałam w mgnieniu oka. Sporo tam intryg między bohaterami, trochę fałszywych tropów, ale najbardziej podobało mi się to, że niejednokrotnie był dreszczyk grozy. Historia naprawdę opowiadana była w taki sposób, że momentami przeraża i to bardzo mocno. W tej historii nie będziecie mieli chwili oddechu, bo tempo jest szybkie, a autorka ma lekkie pióro, przez co czyta się błyskawicznie.

Jedyne, czego mi tu zabrakło, to jakieś mocne wow. Sama tematyka bardzo ciekawa, lektura naprawdę na poziomie, ale obawiam się, że na długo ze mną nie zostanie. Nie powiem, że nie zrobiła na mnie wrażenia, bo jest to mocna historia, dotyka ciężkich tematów, szokuje, Dobra książka i świetna rozrywka, ale zabrakło mi w niej "tego czegoś".

Myślę, że jest to świetna pozycja, jeśli nie boicie się trudnych tematów i jesteście gotowi się z nią zmierzyć. Na pewno nie będziecie się przy niej nudzić.


Moja ocena 7/10
Alicja Sinicka, Desperatka
Ilość stron: 336
Wydawnictwo WAB
Data premiery: 21.05.2025

wtorek, 11 sierpnia 2026

Macierzyństwo to też sztuka odpuszczania

Jako świeżo upieczona mama zawsze starasz się robić wszystko idealnie. Wszystko musi być idealnie czyste, wyprasowane, sterylne. Potem, gdy zaczyna się rozszerzanie diety, posiłki muszą być smaczne pełnowartościowe, ładnie się prezentujące, jak te ze zdjęć na Instagramie. Dziecko musi jeść książkowo i tylko to, co wartościowe. Żadnych "zapychaczy" i przekąsek, których dietetycy nie polecają, typu chrupki kukurydziane. I można tak wymieniać i wymieniać jeszcze przykłady naszych założeń, z jakimi startujemy w wychowanie dziecka? Ile z nich zostaje z nami na dłużej? 

Ostatnio trafiłam na tekst, który dał mi nieco do myślenia. Mianowicie była mowa o tym, że w obecnych czasach macierzyństwo jest dużo trudniejsze niż kiedyś. A wszystko to dlatego, że kiedyś rządziły inne zasady, a dziś inne. Punktem wyjścia, który został tam wymieniony, było to, że kiedyś dziecko od rana do wieczora biegało po podwórku, brudziło się, bawiło swobodnie, robiło to, na co miało ochotę. W obecnych czasach natomiast zabiera się dzieciom "podwórka", które autor tekstu utożsamiał z taką niczym nieograniczoną swobodą poznawania świata, w zamian to dziecko sadza się na kanapie, dostaje telewizor, smartfon czy tablet, na którym ogląda bajkę, tym samym nie wymagając uwagi i zaangażowania rodzica. Kiedyś wychowanie nie było tak wymagające, dziecko miało podwórko i było szczęśliwe. Dziś, choć czasem angażujemy już najmłodsze dzieci w najróżniejsze, często drogie, zajęcia rozwojowe czy sensoryczne, wcale nie oznacza to, że dzieci rozwijają się lepiej. I zamiast dać takiemu dziecku spokój i czas na samodzielny, swobodny rozwój, wozimy potem od jednego specjalisty do drugiego, czekamy w kolejkach i udręczeni narzekamy jakie to macierzyństwo jest ciężkie. A nasi znajomi patrząc na to, nie chcą decydować się na dzieci. 

Pomyślałam, że może i ten autor ma trochę racji. W kwestii ekranów się nie wypowiem, bo moje dziecko ekranów dziecko nie ogląda i nie będzie oglądać jak najdłużej. Ale postanowiłam zwrócić uwagę na to, jak wpływa na moje dziecko czas spędzany na świeżym powietrzu. Nie jest tajemnicą, że dzieci po zabawie na świeżym powietrzu śpią lepiej. Gdy mam dużo czasu i spędzam większość dnia z dzieckiem na podwórku - a zdarza się to, gdy jesteśmy u moich rodziców na wsi - mała po takim dniu przesypia całą noc bez wybudzania się, co na co dzień się nie zdarza. Stąd moje przypuszczenie, że to właśnie to "podwórko", o którym wcześniej była mowa odgrywa tu kluczową rolę. 

Druga kwestia - w obecnych czasach podejście do wychowania się bardzo zmieniło. A co za tym idzie, więcej oczekuje się od młodych rodziców. My sami jako rodzice, też więcej od siebie oczekujemy. Każdy zna słynne powiedzonko rodziców i dziadków - "kiedyś tego nie było i też było dobrze", które jest odpowiedzią na wszystkie kwestie, z którymi starsze pokolenie się nie zetknęło w kwestii wychowania dziecka. Przykładem niech będą słodycze w diecie dziecka. Dziś żelazną zasadą jest, że dziecko do roku nie może spożywać cukru ze ze względu na jego szkodliwy wpływ na mały organizm. Zaleca się też unikanie spożycia cukru przynajmniej do drugiego, a nawet do trzeciego roku życia dziecka. A kiedyś? Większość babć pewnie zgodzi się z tym, że kiedyś nie istniała granica wieku, od której w diecie dziecka może pojawić się cukier. Takie przykłady można wyliczać i wyliczać. Nie tylko w kwestii rozszerzania diety. Obecnie dużo jest nowych wytycznych, które często są punktem spornym - jak nosić niemowlaka, jak powinno wyglądać łóżeczko, czy raczej jak nie powinno, czy podawać dziecku smoczek i kiedy odsmoczkować, jak i kiedy odpieluchować malucha, czy chodzik jest szkodliwy czy nie, i tak dalej, i tak dalej. Czasem mam wrażenie, że na każdym kroku jest jakieś "ale". Że na wszystko co robię, są jakieś normy, które powinnam spełnić. I że jest ich więcej, niż jestem w stanie przyswoić. I o tym właśnie chciałam dzisiaj mówić. 

O tym, że często próbujemy trzymać się założonych przez siebie norm, jakby to one wszystko definiowały. Jakbyśmy bez nich byli złymi rodzicami. Dopiero z czasem zaczynamy rozumieć, że rodzicielstwo to nie konkurs, kto zrobi wszystko idealnie. To nie jest też wyścig, kiedy dziecko zacznie chodzić i mówić, i jak szybko się rozwija w porównaniu do rówieśników. Że choć będziesz się starać, nie zawsze wszystko wyjdzie i to jest w porządku. Że jeśli bobas raz ominie drzemkę, naprawdę nic się nie stanie. Że jeśli raz przesunie się pora posiłku, czy dziecko w ogóle go odmówi, też świat się nie zawali. Że nie jest możliwe, żeby w swoim życiu nie zjadł choć trochę piasku, czy bakterii. Że nie każdy posiłek musi być idealny czy zjedzony do końca, bo nawet jeśli bobas uzna, że przez jakiś czas do przeżycia wystarczy mu woda i ogórki, to też jest w porządku. 

Nazwałam to sztuką odpuszczania. Dopiero gdy nauczyłam się odpuszczać w niektórych kwestiach i nabrałam dystansu do tego, co robię jako mama, mogę się tak naprawdę cieszyć z bycia mamą. Nie krytykujmy się same przed sobą za każdą drobnostkę. Skupiajmy się na tym, co istotne. Macierzyństwo to nie są sztywne zasady. Bardzo często macierzyństwo to sztuka kompromisów i skutecznych negocjacji. Zrozumieć drugiego człowieka to sztuka, ale zrozumieć człowieka, który mówi w sobie tylko znanym języku, potrzebuje naszej pomocy, by radzić sobie z emocjami i często ma niekontrolowane wahania nastroju, to już wyższa szkoła jazdy. Dlatego nie jest możliwe, by wszystko szło idealnie. Dajmy sobie i dziecku prawo do bycia nieidealnymi. Wtedy możemy być spokojniejsze i szczęśliwsze. 

Czy u Was też takie podejście się sprawdza? Co robicie zgodnie z zasadami, a co odpuszczacie?

piątek, 7 sierpnia 2026

O czym może opowiadać fiolet?

Całe życie czekała na nie wiadomo co. Na jakiegoś księcia z bajki, który podaruje jej cały świat. A ona przecież nie potrzebuje całego świata. Wystarczyłby jej mały skrawek. Chciałaby tylko stąd wyjść i poczuć, że ma całe życie przed sobą. Chciałaby położyć się w swoim łóżku, poczuć zapach świeżej pościeli, włączyć film i jeść popcorn. I dzielić z kimś ten moment. Z kimś, kto nigdy nie podniesie na nią głosu. Z kimś, kto okaże jej czułość i zawsze będzie miał czas oraz chęć, by przygotować jej kanapkę z serem i pomidorem. 

Zdążyłam już polubić bohaterów serii "Kolory zła" Małgorzaty Sobczak i jakże miłym zaskoczeniem było dla mnie, gdy zobaczyłam na półce w Empiku "Fiolet". Wielotomowe serie mają mają to do siebie, że albo z kolejnym tomem autor wyczerpuje pomysły i robi się coraz mniej ciekawie, albo przeciwnie - każdy tom wydaje się nawet lepszy niż poprzedni. Ku mojemu zadowoleniu, "Kolory zła" to ten drugi przypadek. Po raz kolejny dostajemy od autorki coś, nad czym naprawdę warto się pochylić. Każda część tej serii jest w jakiś sposób zaskakująca, więc poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko. A jednak się udało. 

I tym razem znani z poprzedniej serii śledczy z Sopotu oraz prokurator Bilski, znany z rozwiązania najtrudniejszych dotąd spraw, będą się mierzyć z głośną sprawą. Przed budynkiem Opery Leśnej w Sopocie porzucono nagie ciało kobiety, która w dłoń miała wciśnięta monetę. Obok leżały złożone starannie jej obrania oraz torebka z rzeczami. I kwiat hibiskusa. Kto tym razem zakłócił spokój mieszkańców i wstrząsnął Trójmiastem? Przy okazji tej sprawy zetkniemy się też z grupką młodzieży z sopockiego ośrodka wychowawczego oraz kobietą cierpiącą na neurogenną utratę wzroku. Co ich łączy ze sprawą zabójcy? Co chciał nam przekazać zabójca, który, można powiedzieć, śmieje się w twarz policji? Czy uda się w porę go zatrzymać?
Po kilku kilometrach zrównał się ze zmiażdżonym na bocznej barierce pojazdem. Medycy właśnie wyciągali ze środka kobietę. Oczy miała zamknięte, a z czoła ciekła jej krew. "Może przeżyje, a może ktoś dziś umrze za życia na wieść o jej śmierci. Jakie to wszystko jest dziwne", myślał Leopold, jadąc dalej. "Wydaje nam się, że wszystkie nasze sprawy są takie ważne, że rzeczywistość załamie się, jeśli czegoś nie zrobimy, jeśli coś zawalimy, jeśli czemuś nie sprostamy. Wszystkiego się boimy, a najbardziej tego, co pomyślą o nas inni. A tymczasem któregoś dnia wjeżdżamy na obwodnicę, by okrążyć miasto, i okrążamy własne życie. Już nigdy do niego nie wracamy, a rzeczywistość nie załamuje się mimo to, że pewne rzeczy pozostają nieukończone. Mimo to, że my zostajemy nieukończeni. Tak po prostu.
Bohaterowie dalej są tacy, jakimi ich zapamiętałam. Kita i Pająk, dwóch policjantów, z których pierwszy ma specyficzny sposób bycia i specyficzne poczucie humoru, a dowcipami na każdą okazję rzuca jak z rękawa, a drugi bardziej spokojny i ułożony, ale razem tworzą zgrany zespół. I oczywiście prokurator Bilski, przystojny, bystry, w pełni zaangażowany w to, co robi. Oraz jego partnerka - Anna Górska - inteligentna, uparta i niezłomna. Bohaterów mamy tu jeszcze więcej, mimo to nie zlewają się, jak to bywa w powieściach z dużą liczbą bohaterów. Tutaj każda postać jest przemyślana, na swoje cechy charakterystyczne, można ją lubić albo nie, ale ma się wrażenie, że czytamy o kimś rzeczywistym.

Autorka nie zawodzi nas jeśli chodzi o tempo akcji. Zaczyna się dobrze, potem jest jeszcze lepiej. Nie sposób nie wspomnieć o opisach, które trochę to tempo zwalniają, ale pozwalają nam być razem z bohaterami w samym środku wydarzeń. Autorka ma przyjemny styl odpisywania - opisy nie są długie, tworzą klimat i sprawiają że lektura jest płynna. A co do samych wydarzeń - jest ciekawie - od samego początku, potem wciągamy się jeszcze bardziej. Momentami dostaniecie gęsiej skórki, momentami się pośmiejecie. Będziecie powoli łączyć w całość rozsypankę, w której z pozoru nic do siebie nie pasuje, i typować sprawców, ale na próżno. Ten, który to zrobił, jest najmniej oczywisty. Nie do końca mnie przekonało jednak samo zakończenie, nie wybrzmiało jakoś mocno, sam wątek przeszłości sprawcy chciałabym poznać jeszcze lepiej, bo jak dla mnie nie został dość rozwinięty. 

Powieść jest naprawdę wielowymiarowa. Dużo w niej symboliki. Dużo stawia pytań. Między innymi - skąd bierze się w człowieku zło? Sami spróbujcie sobie na to odpowiedzieć. Tu nic nie będzie proste i jednoznaczne. 


Moja ocena 9/10
Małgorzata Oliwia Sobczak, Fiolet 
Ilość stron: 510
Wydawnictwo WAB
Data premiery: 17.06.2026

piątek, 31 lipca 2026

Bunt dwulatka - dlaczego moim zdaniem to mit?

Bywało, że zanim jeszcze urodziłam dziecko, trafiałam na różne treści i rolki o macierzyństwie. Czy to humorystyczne czy takie, w których mamy po prostu szczerze opowiadają o macierzyństwie, a przynajmniej taki jest ich zamysł. Obecnie staram się od tego całkowicie odciąć i skupić na własnym przeżywaniu tego, czego doświadczam, bez porad ludzi z internetu. Nie jest to łatwe, bo obecnie algorytmy Facebooka czy Instagrama usilnie podrzucają treści na podstawie zauważonego przez nas wyszukiwania, czy chwilowego skupienia na czymś uwagi. Ale powiedziałam dość. Będę na przekór aplikacjom, które podrzucają nam rzekomo interesujące nas treści, by tylko jak najdłużej zatrzymać naszą uwagę. 

Ale wracając do tematu - niedawno trafiłam na rolki, w których mama dwulatka opowiada o buncie. W jednej opisuje, że kocha być mamą, ale w skrócie - przez bunt dwulatka możliwe że "wyląduje w psychiatryku". W innej z kolei niby żartobliwie ukazuje pięć minut dla mamy, podczas gdy tata "walczy o życie ze zbuntowanym dwulatkiem". 

Szczerze? Nie rozumiem tej nagonki na bunt dwulatka i wylewania swoich frustracji na forum publicznym. Nie tylko w temacie buntu dwulatka zresztą. Przez dwa lata dużo już widziałam takich treści - jak nie skok rozwojowy to ząbkowanie, jak nie ząbkowanie to bunt roczniaka czy dwulatka, a to nie chce jeść, choruje, nie daje spać w nocy. Wszystko to daje do myślenia mniej więcej tyle, że macierzyństwo niby jest super, ale dziecko to chodzący problem. I żeby nie było - ja wcale nie neguję tych odczuć. Bo nikt nigdy nie powiedział, że macierzyństwo będzie łatwe. Ale czy doczekaliśmy czasów, że ze wszystkiego trzeba teraz zdawać relacje na forum publicznym? Bo dziecko kichnęło, ma temperaturę czy nie spało w nocy - pyk zdjęcie i trzeba się tym podzielić z obserwującymi. A może dziecko po prostu potrzebuje spokoju i  rodzica obok, a nie nagłaśniania połowy tego, co robi w internecie?

Wrócę jednak jeszcze do buntu dwulatka. Co mówi na ten temat literatura? "Bunt dwulatka, czyli potoczna nazwa kryzysu rozwojowego przypadającego na około drugi rok życia dziecka, to naturalny, a wręcz pożądany okres w życiu, wynikający z intensywnego dojrzewania dziecka – jego układu nerwowego, sfery poznawczej i emocjonalnej. W tym okresie dziecko zaczyna dostrzegać swoją odrębność, uczy się wyrażać swoje zdanie, by później, za kilkanaście lat stać się samodzielnym człowiekiem. Jest to okres przeżywania skrajnych emocji, co w połączeniu z jeszcze nie do końca rozwiniętą umiejętnością ich kontrolowania prowadzi do częstych i zaskakujących rodziców wybuchów złości".

Zatem nie trzeba być naukowcem, żeby stwierdzić, że bunt dwulatka jest buntem dwulatka tylko z nazwy. Nazwano go kryzysem rozwojowym, a jako rodzice niejednego takiego "kryzysu" doświadczamy. Nie lubię szufladkowania wszystkiego i prób nadania nazwy zachowaniom dziecka. Wystarczy mi wiedza, że małe dziecko ma niedojrzały układ nerwowy, nie umie samo regulować emocji i potrzebuje w tym naszej pomocy jako rodzica. I tyle. Nie szukałam dla każdego "złego" zachowania nazwy, wytłumaczenia, nie próbowałam na siłę przypisać go do jakiegoś potencjalnego kryzysu, który może w tym okresie wystąpić. Maluch krzyczy? Złości się? Rzuca przedmiotami? Rzuca się na podłogę i próbuje ją ugryźć? To jest w porządku, w końcu kto z nas się nie złości? My jedynie umiemy już to opanować - a i to nie zawsze - dziecko nie. Przesadnie reaguje na odmowę i zanosi się płaczem? Dziecko ma swoje powody, by to robić - nie oceniajmy, nie negujmy, nie dawajmy się wciągnąć w kolejną "kłótnię". Z czasem zauważalne są pewne schematy w jego zachowaniu i wiele takich kłótni da się sprytnie uniknąć, czy w najgorszym wypadku szybko załagodzić, zanim przejdzie to w niekończące się morze łez i burzę z piorunami. W wielu przypadkach ta burza staje się łagodniejsza, gdy malucha potraktujemy z należną mu wyrozumiałością czy po prostu przytulimy. 

Mamo! Więcej wiary w swoje dziecko, ono nie potrzebuje mamy, która na wszystko znajdzie naukowe czy medyczne określenie. Potrzebuje tylko Twojej obecności i poczucia bezpieczeństwa. Pamiętaj, że nawet jeśli jest ciężko, wszystko jest do przejścia. Bo każdy z nas kiedyś był na tym etapie. A nasi rodzice też nie musieli być specjalistami w każdej dziedzinie, żeby wiedzieć co jest ważne w wychowaniu dziecka. W końcu żyjemy i mamy się dobrze. 

_______

1. Definicja z artykułu, w którym podane są źródła literatury:

https://1000dni.pl/dziecko-1-3-lata/co-wiesz-o-buncie-dwulatka-i-trzylatka-czy?gad_source=1&gad_campaignid=22762040384&gbraid=0AAAAADst8WWri8OWZuBFnW2h5eAVOqZJi&gclid=CjwKCAjwyabTBhBFEiwAM3mNUAZuRU4YaWvATB3VLN4_omxw6s5gZ-EtCA-SZBaxMPQzrBZpi1w_LxoC3IIQAvD_BwE


wtorek, 28 lipca 2026

Co się stało z moim mózgiem? - kilka dowodów na to, że mamy są wyjątkowe

Nieobce jest Wam zapewne stwierdzenie, że mózg kobiety w trakcie ciąży się zmienia. Robiono badania, które dowiodły m. in. że zmniejsza się nawet do 5% ilość istoty szarej w obszarach odpowiedzialnych za emocje i relacje, co ułatwia dostosowanie się do roli matki, wyostrza empatię oraz pomaga w odczytywaniu potrzeb dziecka. Zmienia się także poziom neuroprzekaźników (oksytocyny i prolaktyny), co objawia się trudnościami z koncentracją i gorszą pamięcią. Naukowcy twierdzą, że te zmiany zachodzące w mózgu nie są bez powodu - mają umożliwić młodej mamie nawiązanie lepszej relacji ze swoim dzieckiem. A zatem wszystkie te zmiany mają służyć lepszemu przygotowaniu do macierzyństwa. To tak w skrócie, bo nie będzie to artykuł naukowy. Ale skłoniło mnie to do zastanowienia, czy przyjmując, że to prawda, zauważam coś, czego nie doświadczałam zanim zostałam mamą?

I muszę przyznać, że coś w tym jest, bo niejednokrotnie łapię się na tym, że jako mama funkcjonuję o wiele inaczej, niż gdy nie miałam jeszcze dziecka. Oto kilka rzeczy, które wcześniej były mi obce. 

1. Zapominanie vs. zapamiętywanie

Czasami zastanawiam się, czy zamknęłam mieszkanie na klucz lub wyłączyłam gaz, ale z łatwością, o jaką nigdy bym się nie podejrzewała zapamiętuję wierszyki, by potem, gdy mała nie chce jeszcze zasypiać, opowiedzieć jej jeszcze jakiś wierszyk - bardzo ułatwia to sprawę z zasypianiem, a co za tym idzie bardzo ułatwia mi życie. Jeśli tak dalej pójdzie, niedługo będę recytować chociażby cały dorobek Tuwima i Brzechwy. Chyba jednak to twierdzenie o utracie pamięci nie jest do końca prawdziwe?

2. Rozumienie bez użycia słów

Każda mama spędzając najwięcej czasu ze swoim dzieckiem rozumie je najlepiej. Na początku płacz jest jedynym narzędziem komunikacji i uczymy się go właściwie odczytywać, aż opanujemy to do perfekcji. Może wydawać się, że ten etap jest najtrudniejszy. Nic bardziej mylnego. Potem okazuje się, że jesteśmy zmuszone stworzyć całkowicie nowy słownik. Dowiadujemy się że chociażby samo "ba-ba" może mieć kilka znaczeń w zależności od kontekstu. Do tego dochodzi też czasem język migowy, który też musimy się uczyć rozumieć. Bo mały człowiek, porozumiewając się w tym wymyślonym rzez siebie języku, patrzy ci wyczekująco w oczy i właśnie zrozumienia oczekuje. Nie mówiąc już o tym, że irytuje się, gdy musi kilka razy powtórzyć, a gdy okaże się, że go nie rozumiemy, może być to dla niego rozczarowaniem tak dużym, że skwituje to głośnym płaczem. Sytuacja wygląda nieco inaczej, gdy nasza pociecha zacznie mówić. Ale potem z kolei okazuje się, że może rozmawiać zawsze, o każdej porze i bez ustanku. Sami zdecydujcie więc, który etap jest najłatwiejszy.  

3. Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość

O tym już pisałam, ale w tym kontekście nie sposób o tym nie wspomnieć. Sięgając pamięcią wstecz, widzę jak bardzo musiałam tę cechę wypracować. Nie, nie wypracować, to zasługa tego małego człowieka. Nic tak nie wzmacnia cierpliwości jak przebywanie z dzieckiem. Tłumaczenie po kilka razy, codziennie tej samej rzeczy, by potem ono spojrzało ci w oczy i z radością zrobiło dokładnie przeciwnie, niż powiedziałaś. Cierpliwość i opanowanie - tylko to może nas uratować.

4. Miłość zdefiniowana na nowo

Tu też się pewnie powtórzę, ale nie da się w tym kontekście nie wspomnieć o miłości. Skoro nasz mózg zmienia się na potrzeby bycia matką, to może chemia w mózgu też ma w tym jakiś udział? Tak czy inaczej kochamy, jak nigdy do tej pory nie byłyśmy zdolne. Więź z dzieckiem jest czymś, czego nie sposób opisać. 

5. Menu godne mistrza kuchni

Wiele czynności robię szybciej i lepiej, niż zanim zostałam mamą. Numer jeden, oczywiście przygotowanie posiłków. A co za tym idzie nieodłączne pytanie, które każda z nas słyszy w głowie pewnie codziennie lub nawet kilka razy dziennie - "co dziś na śniadanie/obiad/kolację?" Z czasem jako mamy zaczynamy mieć w głowie coraz więcej przepisów na posiłki, które się sprawdzają, a przy tym są szybkie i proste w wykonaniu. I przede wszystkim - nie bez powodu ktoś stwierdził, że macierzyństwo to w dużej mierze smażenie placków czy naleśników - może dlatego, że są chętnie zjadane i nie zajmują dużo czasu. Nie myślałam, że kiedyś dojdę w tym do takiej wprawy, a nawet będę znać po kilka awaryjnych przepisów, które dziecko zawsze chętnie zje.

6. Wbudowany planer wszystkiego

Na początku macierzyństwa jesteśmy chodzącym chaosem. Cała dotychczasowa rutyna przestaje istnieć, gdy pojawia się mały człowiek. To on wymusza zbudowanie jej na nowo. Śpimy niewiele, jemy od czasu do czasu, ugotowanie posiłku to coś, co jest ponad nasze możliwości. A chwila da siebie to coś, czego często zwyczajnie nie ma. Z czasem jednak wszystko zaczyna się zmieniać. Czy raczej my adaptujemy się do nowych warunków. W końcu wypracowujemy całkiem nową rutynę. Taką która odpowiada zarówno nam i dziecku. Bez problemu planujemy każdy dzień tak, by znaleźć czas na wszystko, co chcemy zrobić, jak też czas na odpoczynek. Uczymy się wybierać, co jest najważniejsze. Jak nigdy przedtem zaczynamy rozumieć, że czasem trzeba odpuścić, bo w ograniczonym czasie nie da się zrobić wszystkiego. I świat się przez to nie zawali. 

7. Mniejsze zapotrzebowanie na sen

Śpimy różnie, w zależności od tego jak śpi dziecko. I czy trafimy na malucha, który lubi spać czy nie. Czasami nie śpimy w ogóle, czasami w znikomych ilościach, czasami dłużej, ale wtedy często z wybudzeniami co jakiś czas. Są też podobno rodzice, którzy dość szybko zaczynają przesypiać noce. Pewne jest jedno - każdy z nas chciałby należeć do tej ostatniej grupy. Zmierzam do tego, że kiedyś sypiałam zwykle od ośmiu do dziesięciu godzin i bywało, że byłam niewyspana. Obecnie, nie licząc naprawdę bardzo krótkiego epizodu przesypiania całych nocek, choć bywa, że obudzę się kilka razy w nocy, nawet nie śmiem pomyśleć, że jestem niewyspana. Czuję się wyspana i w pełni sił, a nawet jeśli nie, zwykle kawa poprawia ten stan. A kiedy i to nie pomaga - patrzę na swoje dziecko i już wiem, że siły mi nie może zabraknąć. Swoją drogą - jak one to robią, że ruszają się od kiedy otworzą oczy, do momentu gdy zasną, nie narzekając na zmęczenie, przeciwnie gimnastykując się tak, że dorosły po godzinie takiej zabawy nie miałby już sił?

8. Większe zapotrzebowanie na kofeinę

Coś, z czym nie da się dyskutować. Kawa przestaje być tylko kawą. Zaczyna być wsparciem emocjonalnym i lekarstwem na gorsze momenty. Choć bywa, że ciężko znaleźć na nią chwilę, a co gorsza, ciężko wypić w całości ciepłą, i tak się nie poddajemy. 

Te i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy to nieodłączna część bycia mamą. Czy coś jeszcze dodałybyście do tej listy?

piątek, 24 lipca 2026

Gdy wyrok okaże się niesłuszny

Największe potwory zawsze wydają się takie nieszkodliwe. Miłe, a nawet pociągające. Ona nie zamierza jednak popełnić tego błędu i poddać się złu, jakkolwiek pięknie będzie wyglądało. Nie, zło umie się kamuflować, jest podstępne i dlatego tak często cię zaskakuje.

Zachęcona pierwszym spotkaniem z autorką, które było udane - po przeczytaniu "Dziewczyny z pokoju 12", nie wahałam się sięgnąć po jej kolejną książkę. Czy i tutaj się nie zawiodłam?

Jess cały czas żyje w cieniu tragedii, jaką było zabójstwo jej matki, gdy ona była jeszcze mała i nie mogła pamiętać sprawcy. Gdy po latach spotyka się z nią człowiek podejrzewany przed laty o to zabójstwo, mimo początkowego lęku bierze sprawy w swoje ręce i postanawia dowiedzieć się, co takiego ten człowiek wie w sprawie śmierci matki. Zwłaszcza, że ten twierdzi, że wie, kto to zrobił. Im bardziej angażuje się we własne śledztwo, tym więcej informacji na temat jej własnej rodziny wychodzi na światło dzienne. Niekoniecznie takich informacji, które chciałaby usłyszeć... Czy doprowadzi ją to w końcu do odpowiedzi, czy tylko bardziej skomplikuje życie?

Tyle się słyszy o ludziach, którzy popełniają straszliwe zbrodnie, choć są uczynnymi sąsiadami, dobrymi mężami czy żonami. Filarami lokalnych społeczności. Co to znaczy? Ludzie udają, abyśmy uwierzyli, że są lepsi niż naprawdę.

Jedyne, co mi się w tej książce spodobało i sprawiło, że dotrwałam do końca to sposób opowiadania. Sama historia jest opowiedziana w taki sposób, że może zainteresować. Narracja jest dwutorowa - z perspektywy zamordowanej matki i z perspektywy Jess, co sprawia, że czyta się szybko. Niespiesznie, strona po stronie autorka dawkuje nam napięcie, by pod koniec zszokować rozwiązaniem historii. Podrzuca też kilka fałszywych tropów, które rzeczywiście mogą zmylić. Mnie jednak ta historia ani trochę nie przekonała.

Po pierwsze, sam zarys fabuły już wydał mi się nieco abstrakcyjny. Przebrnęłam przez początek, który niesamowicie się dłużył, dopiero z czasem coś się zaczęło dziać, choć nie tyle, bym zdołała się wciągnąć. Wychodzi na jaw coraz więcej nowych faktów, ale sama główna bohaterka jest nieco irytująca z tym obsesyjnym poszukiwaniem prawdy i ciągłym wypytywaniem jednego członka rodziny po drugim. Brakuje mi u niej tej warstwy emocjonalnej, która w thrillerach psychologicznych jest istotna. Ciężko wczuć się w jej postać. Momentami miałam wrażenie, jakby te całe poszukiwania nie dotyczyły jej osobiście. Podobnie zresztą jak z drugą bohaterką - matką Jess - druga postać, której ani nie polubiłam ani nie znienawidziłam, dobrnęłam jedynie do końca, by poznać zakończenie. A i pojawił się jeszcze człowiek, przed laty uznany za winnego zbrodni. Naprawdę chciałam mu współczuć, czy choć trochę się przejąć jego losem. Mimo że nieco się dowiadujemy o nim i o jego przeszłości, pozostał dla mnie postacią zupełnie bezbarwną, podobnie jak reszta bohaterów. 

Sama historia, choć może wydać się szokująca, mi wydała się odrobinę naciągana. Nie mówię, że była to całkowicie nieudana lektura, bo czytało się nawet przyjemnie, nie mam zarzutów do samego stylu autorki, a to duży plus, ale ani fabuła, ani bohaterowie nie byli dla mnie przekonujący. 


Moja ocena 6/10

Kathryn Croft, Zanim wydasz wyrok

Ilość stron: 376

Wydawnictwo Mova

Data premiery: 28.01.2026 

poniedziałek, 20 lipca 2026

Dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy

Dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy. Jak niewiele potrzeba, by taki był. Wystarczy, że obudzisz się z tą myślą, że przeżyjesz wyjątkowy dzień. 

Niedawno były moje urodziny. To specyficzny dzień w roku, kiedy dostajemy prezenty, życzenia od znajomych, często robimy przyjęcia, zapraszamy kilka najbliższych osób, by spędziły go razem z nami, czy chociaż planujemy jakiś wypad, coś innego, czego na co dzień nie robimy. Wszyscy, którzy pamiętają, że to nasze urodziny, są dla nas życzliwi. My też myślimy o sobie jakoś inaczej, w końcu to wyjątkowy dzień.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego to tak wygląda? Po co to wszystko robimy? Dla mnie to rocznica urodzin, ale też przypomnienie, że minął już kolejny rok. Kolejny rok, czyli kolejna szansa na zrobienie mnóstwa ciekawych rzeczy właśnie dobiegł końca. I pora się zastanowić, czego chcę w następnym roku swojego życia, jeśli dane będzie mi go przeżyć. Kiedyś, gdy byłam młodsza, pisałam list do siebie, w którym się z tego czasu rozliczałam, i otwierałam go ponownie za rok, by powspominać. 

Wydaje mi się, że robimy to wszystko po to, by z tego dnia jak najwięcej dobrych rzeczy zapamiętać. Bo tak już z nami jest, że chcielibyśmy pamiętać tylko same dobre rzeczy. Niesamowite jak potrzebujemy pretekstu, by dany dzień był wyjątkowy. Tymczasem mamy 365 dni w roku czasem zwyczajnych, przeciętnych. Takich, które szybko mijają, często w spokoju, i mało który z nich zapamiętujemy jako wyjątkowy. Czemu nie uczynić ich wszystkich wyjątkowymi? Czemu nie obudzić się jutro z myślą "dzisiaj w końcu zrobię to, co tak długo odkładałam", czy w końcu kupić coś, co było na Twojej liście życzeń. Czasami mała przyjemność, o której na co dzień nie mamy czasu pomyśleć, może uczynić dzień wyjątkowym. 

czwartek, 16 lipca 2026

"Ciemiężyca" jako studium toksycznych relacji

Współczułam mu i próbowałam zrozumieć, co sprawia, że dla niektórych ludzi jedynym celem życiowym jest gnębienie innych. Jak to działa? I dlaczego ich ofiarami zazwyczaj są najbliżsi? Dlaczego za zamkniętymi drzwiami domów i mieszkań rozgrywają się największe dramaty? Dlaczego ci, którzy powinni się wspierać, urządzają sobie nawzajem piekło?

"Ciemiężyca" to moja pierwsza książka tej autorki, ale na pewno nie ostatnia.

Mamy tu trójkę bohaterów, trzy różne historie życiowe, które w pewnym momencie się splatają. Anka po latach wraca do rodzinnego domu, by zaopiekować się matką, która złamała nogę. Robi to niechętnie przez wzgląd na to, jak wygląda ich relacja. Anka pamięta dawne krzywdy, a żal który pozostał, podczas każdej z rozmów z matką powiększa się, zamiast uciszać. W takich okolicznościach swojego życia poznaje Bartka, przewodnika tatrzańskiego, którego małżeństwo jest na skraju rozpadu przez chorobliwie zazdrosną żonę. Dołącza do nich jeszcze Chrystian, młody barman, który uwikłał się w toksyczną relację z szefową. Chcąc sobie nawzajem pomóc, wpadają na pewien pomysł i zawierają układ. Czy rzeczywiście na nim skorzystają?

Policjanci wyszli, przystanęli na ganku i spojrzeli na Giewont.

- Patrz, jak tu pięknie. - Lasak westchnął. - Takie piękno wokół tych domów, a w środku tyle zła i brudu. Nie masz czasem dość?

Trójka bohaterów, trzy różne historie, opowiadane z różnych perspektyw. Opowiedziane zostały w taki sposób, że miałam wrażenie, że czytam o rzeczywistych, nie zmyślonych postaciach. Anka, na początku nieco irytująca ze swoim dziwnym uzależnieniem od toksycznej matki, zyskała przy lepszym poznaniu. Bartkowi i Chrystianowi nie mam nic do zarzucenia. Cała trójka to ciekawie stworzone postaci, ich tragedie przeżywamy wraz z nimi, ich emocje stają się naszymi emocjami. Lektura jest przez to naprawdę poruszająca i niełatwa. Z każdą stroną bardziej niepokojąca. Napięcie nie ustępuje aż do końca. Nie jest to historia, którą zapomnicie chwilę po odłożeniu książki. Ona wwierca się w głowę i porusza najbardziej czułe struny. I jednocześnie zmusza nas do głębokich refleksji. Takich lektur właśnie potrzeba. 

Książka jest niepokojąco rzeczywistym obrazem tego, co robią z nami toksyczne relacje i toksyczni ludzie. Że tam, gdzie powinna być miłość, a wkrada się coś innego, może być czasem tylko o krok od dramatu. Że czasem właśnie bliskie osoby mogą zgotować nam najgorsze piekło. Codziennie, niestrudzenie, raz za razem, może nie do końca zdając sobie z tego sprawę, wbijać szpilki, aż doprowadzają do ostateczności. Potrzeba właśnie takich lektur. Takich, które uczulają, że choć ludzka psychika potrafi znieść bardzo dużo, każdy ma swoje granice. Takich, które uczulają na to, że nawet na najmniejsze zło nie można pozostać obojętnym. Bo wszystko ma swoje konsekwencje.

"Ciemiężyca" ma wszystko, co powinien mieć dobry thriller psychologiczny. Jeśli nie boicie się mocnych historii, to z pewnością jest coś dla Was. 


Moja ocena 10/10

Maria Gąsienica-Zawadzka, Ciemiężyca

Ilość stron: 428

Wydawnictwo Otwarte

Data premiery: 18.06.2025

poniedziałek, 13 lipca 2026

Macierzyństwo to momenty, w których czas zwalnia

Jak opisać macierzyństwo komuś, kto tego nie doświadczył? Dla mnie macierzyństwo to same sprzeczności. Śmiech i łzy. Radość i smutek. Sukcesy i porażki. Droga wybrukowana miłością do kogoś małego, kto jeszcze nie do końca rozumie ten świat, ale już rozumie czym jest ta miłość.

Czasem mam łzy w oczach, patrząc na te małe stópki, gdy mała wybierze książeczkę, gramoli się i siada obok mnie na kanapie. Chciałabym, by zawsze były takie małe, ale wiem, że musi urosnąć jak każdy z nas. Czasem też wzruszam się, gdy jeszcze nie do końca wybudzona, cieniutkim głosikiem mówi "mama" i śpi dalej. Jeśli "mama" to pierwsze słowo po przebudzeniu, to mogę czuć się wyjątkowo. Nawet jeśli potem usłyszę je jeszcze ze sto razy i niekoniecznie będzie wtedy miło. Czasem po prostu patrzę na nią w losowym momencie dnia i nie dowierzam, że stworzyłam kogoś wyjątkowego. A innym razem myślę, że jest taka mała i bezbronna i robię rachunek sumienia, czy dostatecznie o nią dbam. 

Kiedyś nie do pojęcia było dla mnie, że wychowanie człowieka może być tak trudne, a jednocześnie takie proste. Małe dziecko chce tylko być bezpieczne i kochane. No może jeszcze najedzone i ciągle czymś zajęte. Nigdy nie przestaje dotykać, eksperymentować, interesować się każdym napotkanym przedmiotem. Gdy tylko wyjdzie na spacer, ma wszystko, czego mu potrzeba. Goni ptaki, zrywa trawę, podziwia mrówki, znajduje patyk i niesie ze sobą przez całą drogę to cenne znalezisko. Nie pozwala ci iść za szybko. Nawet gdy usiądzie na murku i zatrzyma się na chwilę, szuka dla siebie czegoś interesującego. Zatrzymujesz się więc i siadasz obok. I czas w końcu zwalnia. Przestajesz myśleć o liście rzeczy do zrobienia na dziś. Przestaje cię interesować, która jest godzina. Siadasz i zachwycasz się perspektywą wielkiego świata, jaką ma ten mały człowiek. Perspektywą świata, w którym każdy robak, źdźbło trawy czy patyk jest tak interesujący, że warto się nad nim pochylić. I myślisz, że gdyby nie ten mały człowiek, wielu rzeczy nie byłoby ci dane dostrzec. Przytulasz to małe ciałko i po prostu jesteś tu i teraz. Zimny poranek przestaje być zimnym porankiem. Nawet pochmurny dzień może być pełen ciepła i radości. Nigdy nie pojmę - jak te dzieci to robią?

Macierzyństwo to same sprzeczności. Nieważne jak byłoby trudne czy wymagające. Koniec końców liczą się i tak tylko te dobre momenty. Właśnie takie, w których czas zwalnia. A macierzyństwo jest ich pełne. I nie ważne jak bardzo dokładnie ktoś mógłby mi to opisać. Myślę, że tych momentów nikt nie jest w stanie opisać. 

poniedziałek, 6 lipca 2026

Podobno czasem lepiej, aby marzenia się nie spełniały

Podobno czasem lepiej, aby marzenia się nie spełniały. Bo mogą okazać się naszym najgorszym koszmarem.

"Córki moru" to moje przypadkowe odkrycie, po opisie stwierdziłam że nie do końca mój klimat ale się skuszę. Czy książka spełniła moje oczekiwania? 

Każdy z nas ma marzenia i pragnie, by się spełniły. Nikt z nas nie przewiduje, że mogą one zmienić nasze życie w koszmar. Matylda pragnęła jedynie życia i kariery w wielkim mieście, i tego jedynego, który jak ona będzie kochał książki. I to wszystko dostała. Z czasem jednak partner zaczął posuwać się wobec niej do przemocy i zapragnęła uciec od tego życia, choć myślała, że nie ma takiej możliwości. Przypadkiem trafia do małej malowniczej wioski na Podlasiu, jeszcze wtedy nie mając pojęcia o historii tego miejsca. Czy będzie mogła tam w spokoju odpocząć i zebrać myśli? Jeszcze nie wie, że jej historia połączy się w tym miejscu z historiami innych kobiet, które doświadczyły zła, o którym nie sposób zapomnieć...

Chciałam jej powiedzieć o tylu rzeczach, o których nigdy nie zdążymy powiedzieć matkom, zanim umrą. Widziałam jednak, że mama jest w innym świecie. Nawet nie zapytała, gdzie byłam. Wzięła mnie na kolana i wąchała moje włosy. Zawsze, gdy to robiła, zaczynała płakać po cichu, żebym nie usłyszała. Ale dziecko wie, gdy matka płacze. To matki nie wiedzą, kiedy dziecko tłumi łzy. Nigdy odwrotnie.

Czasem zdarza nam się wierzyć w duchy czy upiory. Takie złe, które przychodzą, by nas wystraszyć czy skrzywdzić. Lubimy zło przypisywać tym właśnie upiornym istotom. Może dlatego, że nie chcemy wierzyć, że źródłem zła może być tylko i wyłącznie człowiek? Ktoś, kto mieszka obok, wzorowy sąsiad czy sąsiadka, znajomy czy znajoma, zabawni mili i tacy, którzy z chęcią pomagają innym. A my i tak lubimy wierzyć w opowieści nie z tego świata. Taką właśnie mocną wymowę ma ta lektura. 

Gdy Matylda odpoczywa sobie w pięknej miejscowości na Podlasiu, my cały czas drżymy o jej życie. Poznajemy też opowieści kobiet, które mieszkały tam wcześniej. Opowieści te sięgają aż do czasów wojny.  Wszystkie jednak są powiązane. Tylko tyle mogę zdradzić. Mamy zatem kilka bohaterek. Każda z nich opowiada w ciekawy, poruszający sposób. Dosłownie wzięłam tę książkę do ręki i przepadałam na kilka godzin. Cały czas gdzieś z tyłu głowy miałam lęk o główną bohaterkę. Wymowa książki też mocno do mnie trafiła. Może poza zakończeniem, które moim zdaniem trochę kłóci się tu z całością. Ale przy takiej ilości pozytywnych wrażeń to jeszcze do przełknięcia. 

Książka nie do końca w moim klimacie, ale okazała się strzałem w dziesiątkę. Thriller, trochę wątków historycznych, trochę horroru. Podejmuje tematykę zła, które ludzie wyrządzają sobie wzajemnie i które nigdy nie zostaje zapomniane. Porusza mocno. Przekaz trafia dokładnie tam, gdzie powinien. Autorka zapowiada kolejną część, mam nadzieję, że dorówna pierwszej.


Moja ocena 9/10

Agata Sosnowska, Córki moru

Ilość stron: 405

Wydawnictwo: SQN

Data premiery: 11.02.2026

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Fakty i mity, z którymi zmaga się każdy rodzic

Na początku swojej rodzicielskiej drogi nikt nie ma pojęcia, na co się pisze. Dlatego też szukamy rad u zaufanych osób. Problem w tym, jeśli otoczenie daje rady nawet wtedy, gdy są one niechciane, zbędne bądź zwyczajnie wprowadzają w błąd. Niektóre nawet powtarzają się tak często, że już weszły do kanonu, choć niekoniecznie są słuszne czy pomocne. Na pewno je znacie. Chcę z niektórymi się rozprawić, bo też słyszałam bardzo dużo na początku swojej drogi, a niektóre zamiast pomagać tylko siały niepotrzebne wątpliwości. Oto niektóre z nich.

1. Nie noś, bo przyzwyczaisz

Chyba najczęściej powtarzany młodym rodzicom tekst. Najbardziej kontrowersyjny i mi osobiście najbardziej podnoszący ciśnienie. Bo przecież to oczywiste, że małe dziecko potrzebuje bliskości i noszenie odpowiednio do jego potrzeb jest wskazane. Nie, nie przyzwyczai się - z czasem samo będzie schodzić z rąk, żeby pobiegać o własnych siłach, bo to stanie się o wiele atrakcyjniejsze. "Usypianie na rękach? Będziesz tak nosić i usypiać jeszcze kilka lat" - to też słyszałam równie często. Bzdura. Dziecko z czasem samo zaczęło wchodzić do łóżeczka i zasypiać. Gdy będzie gotowe, nauczy się samodzielnego zasypiania bez zbędnych kombinacji i zamartwianie się ani zastanawianie, czy robię dobrze nic tu nie pomoże. Nic nie zastąpi ani dziecku ani nam tych wspólnych chwil, dlatego mówię to, co sama chciałabym usłyszeć od wszystkich ciotek i innych osób udzielających mi dobrych rad - "noś tyle, ile to możliwe i ciesz się tym czasem". 

2. Nie jedz orzechów, bo dziecko będzie bolał przez to brzuch 

Tak, nie jedz orzechów, gruszek, kapusty, nabiału, najlepiej pozostać przy samym chlebie i wodzie, żeby nie zaszkodzić dziecku. Naprawdę kłamstwo powtarzane wielokrotnie może wydawać się prawdą, a gdy zaczynałam karmić piersią każdy mi mówił, co mogę jeść a czego nie, nawet inne mamy. Do tego stopnia, że sama zaczynałam mieć wątpliwości, czy czegoś nie wykluczyć z diety. Podczas gdy dieta matki karmiącej nie istnieje. Ważne jest tylko, by była zróżnicowana i bogata w niezbędne składniki odżywcze. 

3. Pierwsze trzy miesiące są najgorsze, potem już z górki.

Bzdura. Na każdym etapie rozwoju dziecka rodzica czekają jakieś wyzwania. Moja położna mawiała, że stopień trudności rośnie. I rzeczywiście - pierwsze trzy miesiące dla młodych rodziców są najgorsze, bo dziecko tylko płacze, nie komunikuje jasno swoich potrzeb, nie wiemy jak się z nim obchodzić. Jednak po tym czasie wcale nie jest łatwiej. Gdy już poradzimy sobie z początkowymi trudnościami, zaczyna się rozszerzanie diety, ząbkowanie, w końcu przemieszanie i wywracanie domu do góry nogami. A gdy już nawet i to ogarniemy, zacznie się odpieluchowanie i można tak pewnie wyliczać i wyliczać. Teraz, gdy moja dwulatka robi awanturę o, dajmy na to, źle postawioną hulajnogę, zastanawiam się, czemu myślałam, że trzy pierwsze miesiące życia dziecka są najtrudniejsze i co mi wtedy nie pasowało? Dziecko to nieustanne wyzwanie i to jest piękne. Jeśli przetrwamy trzy pierwsze miesiące, te trudności magicznie nie znikną. Nieraz tęsknię też za czasem, gdy dziecko było jeszcze malutkie, wcale nie był to taki zły czas. 

4. Każda matka wie, co jest najlepsze dla jej dziecka. 

Uważam, że to prawda. Jako matki, które spędzają najwięcej czasu ze swoją pociechą, same wiemy najlepiej, czego one potrzebują - nie umniejszając oczywiście ojcom, którzy też spędzają jakościowy czas z dzieckiem - na swój sposób, tak jak matce nie jest to dane. 

Każdy płacz dziecka to jakiś komunikat. Jeśli poznajesz jego język od pierwszych chwil życia nikt nie może wiedzieć lepiej, czego ono potrzebuje, nawet jeśli ma większe doświadczenie w opiece nad dziećmi. I nawet jeśli ciocia, babcia czy koleżanka wychowała już dwójkę, trójkę czy szóstkę nie znaczy, że jest nieomylna i ma zasób wiedzy pozwalający rozwiązać każdy problem. W większości przypadków warto po prostu zaufać swojej intuicji. Nawet jeśli na samym początku jest trudno. Z czasem nauczyłam się skutecznie odczytywać każdy komunikat od tego małego człowieka. A gdy stał się już bardziej komunikatywny, dogadujemy się jeszcze lepiej. Niemniej jednak warto w tym wszystkim postawić na swoją intuicję - nie raz się o tym przekonałam. 

To tylko kilka kontrowersyjnych kwestii, które każda z nas zapewne rozważała. Co jeszcze dodalibyście do tej listy, a co pominęłam? O czym jeszcze chcielibyście poczytać?

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Kto był mordercą z pokoju 12?

Nie mogłam spać - mówię, wyciągając kubek z szafki. Przyglądam się jego twarzy i orientuję się, że patrzę na zupełnie obcą osobę. Może wygląda tak samo, ale nie jest tym samym człowiekiem. Wiem to na pewno. Czuję to.

Tę książkę wybrałam nieprzypadkowo. Polecana była przez Małgorzatę Sobczak, autorkę serii kolory zła, którą bardzo polubiłam. W związku z tym miałam spore oczekiwania. Czy ta książka je spełniła?

Zaczyna się dosyć zwyczajnie. Alice została zamordowana w pokoju hotelowym. Podejrzane jest jednak to, że hotel mieścił się niedaleko jej domu. Co zatem mogła tam robić? Dla głównej bohaterki Hannah była to zupełnie obca kobieta, więc ta sprawa powinna być jej obojętna, ale nie jest. Od samego początku towarzyszy jej dziwne przeczucie. W kieszeni marynarki męża znajduje kartę hotelową, więc już na samym początku pojawia się przypuszczenie, że miał romans z zamordowaną kobietą. Hanah rozpoczyna własne śledztwo, podczas którego każdy z jej bliskich wydaje się być podejrzany.

Ivy cię potrzebuje. Zawsze, kiedy się tak poczujesz, przypomnij sobie, że ta dziewczynka, która tam biega, potrzebuje swojej mamy. Bez wszystkiego innego sobie poradzi. Bez Deana. Bez twojej mamy. Bez Poppy. Ale bez ciebie nie, Sarah.

Tak się wciągnęłam, że przeczytałam tę książkę o wiele szybciej, niż planowałam. Mało kiedy trafiam na książkę, którą dosłownie czyta się jednym tchem, a to jest właśnie jedna z tych. Co się na to składa? 

Autorka powoli wprowadza nas w świat bohaterów, który został odwzorowany z dbałością o każdy szczegół. Czytając o bohaterach, miałam wrażenie, że czytam o czymś, co wydarzyło się naprawdę. Postaci bohaterów, ich rozterki i emocje były jak rzeczywiste. 

Co do samej akcji, to choć zaczyna się niewinnie, od początku czułam się zaintrygowana. Im dalej, tym autorka jeszcze bardziej miesza w głowie. Z czasem zaczęłam podejrzewać wszystkich, a przecież każdy nie mógł być mordercą. Lektura cały czas trzyma w niepewności i nie da się jej odłożyć przed poznaniem zakończenia. Nawet pod koniec, gdy już wydaje się, że zagadka jest rozwiązana, okazało się, że nie miałam racji. Tutaj niczego, ale to absolutnie niczego nie będziecie pewni. 

Zwykle podczas czytania książki, szukam czegoś dla siebie, czegoś, co mogłabym zapamiętać na dłużej, jakiejś prawdy uniwersalnej. Tutaj właściwie czegoś takiego nie było. Może poza jednym - świat jest bardzo skomplikowanym miejscem i czasem każdy z nas ma swoją wersję prawdy. Musimy być czujni na to komu ufamy, kogo uważamy za przyjaciela, a kogo skreślamy ze swojego życia, czasem nie mając ku temu wyraźnych podstaw. 

Ta książka naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Taki dobry, napisany z dbałością o każdy szczegół kryminał. Nie mam mu nic do zarzucenia i co najważniejsze - wciąga jak mało który. Może znaczna część książek jest w pewien sposób interesująca i wciąga, ale "Dziewczynę z pokoju 12" będziecie czytać z zapartym tchem całkowicie zapominając o Bożym świecie. Z chęcią też sięgnę po pozostałe książki autorki. 


Moja ocena 9/10

Kathryn Croft, Dziewczyna z pokoju 12

Ilość stron: 360

Wydawnictwo Mova

Data premiery: 12.02.2025

wtorek, 16 czerwca 2026

Myślmy choć trochę jak dzieci

Miało być co innego, ale... jest taka pogoda, że nie mam na nic energii, zatem moje ambitne plany odłożę na lepszy moment.

Któregoś dnia, gdy właśnie tak padał deszcz, wracałam ze spaceru z córką. Kiedyś przy takiej pogodzie, gdybym miała dzień wolnego, zakopałabym się z kubkiem ciepłej kawy (ciepłej ma istotne znaczenie, bo obecnie to rzadkość) i książką pod kocem i wyłączyła się na czas nieokreślony. A co robię teraz? Spacer jest obowiązkowy, bo córka wyciaga mnie na spacer codziennie - pogoda tu nie ma znaczenia. Wracam więc odrobinę mokra, trzymając parasol nad moim dzieckiem, które śmieje się od ucha do ucha. Potem mi się ta radość udziela, choć już nie wiem, co ją wywołało. Mijamy na schodach sąsiadkę, która na widok małej wskakującej po schodach na górę (to dziecko już samo wchodzi i schodzi a nawet zeskakuje po schodach, a przecież chwilę temu je urodziłam!) też się uśmiecha i zatrzymuje na chwilę. 

Ile jest takich momentów, że chcąc nie chcąc się uśmiechamy? Wczoraj mała przyniosła wielkiego miśka z sypialni, posadziła na kanapie i uczyła go układać klocki, a potem czytała mu książkę. A ja - matka dumna, że doczekała czegoś takiego - rzucam wszystko i patrzę, usiłując nie popsuć scenariusza zabawy. Nie zawsze musimy efektywnie i ambitnie spędzać czas z dzieckiem. Nie zawsze musimy zabiegać o to, by się nie nudziło. Często zdane tylko na własną kreatywność, potrafi się genialnie bawić. I często przez takie właśnie zabawy dziecko odkrywa najwięcej. Uwielbiam to właśnie, tę dziecięcą kreatywność, której jako dorośli już nie mamy. Umieć stworzyć coś z niczego - czuję, że jeszcze dużo się w swoim życiu nauczę obserwując takie właśnie momenty.

Niedużo trzeba, by taki mały człowiek się uśmiechał. Wystarczy poczucie bezpieczeństwa i trochę miłości. Gdybyśmy wszyscy potrafili choć trochę myśleć jak dzieci, świat byłby o wiele weselszym miejscem. 

wtorek, 9 czerwca 2026

Czy "Ósma ofiara" będzie ostatnią?

Sunę ulicami miasta, które w jakiś sposób kocham, ale którego też nienawidzę, bo to właśnie tutaj zginęła Brie, a wcześniej mama i tata. Tutaj nocami z ciemności wypełza zło, z którym musiałem mierzyć się latami. Czy jestem gotowy na powrót?

Książka z poleceniem od Adriana Bednarka chyba musi być dobrą książką. Tym też się kierowałam, sięgając po "Ósmą ofiarę". Poza tym nie wiedziałam, na co się nastawiać. Książka jednak okazała się świetnym wyborem. 

Morderca znad rzeki, bo tak mówi się o człowieku, który dusił swoje ofiary i pozostawiał nad rzeką, od lat wymyka się policji. Kiedy ponownie wraca, a wraz z nim nad rzeką znajdujemy kolejne zwłoki, do gry wraca detektyw Belmont, który w przeszłości zajmował się tą sprawą, ale wtedy nie udało się jej doprowadzić do końca. Wraz z Faith Adams od początku sprzeczają się i nie pałają do siebie sympatią, więc ta współpraca jest dosyć burzliwa, ale obojgu zależy tylko na schwytaniu podejrzanego o śmierć ośmiu kobiet, a tym samym powstrzymaniu go, nim zginie kolejna. Czy przezwyciężą wzajemną niechęć i uda im się w porę odkryć tajemnicę sprzed lat?

Skłamałabym mówiąc, że w tej książce podobało mi się wszystko, ale po kolei. Jest genialnie napisana, jeśli chodzi o styl. Autorka zdecydowanie ma lekkie pióro i potrafi interesująco opowiadać. Narracja pierwszoosobowa, szybkie tempo, niewiele opisów - praktycznie w ogóle lektura nie jest przeplatana dłuższymi opisami. Może to po części sprawia, że jak raz się usiądzie do lektury, można się już nie oderwać do samego końca. Ale jedna rzecz mnie raziła szczególnie na początku - pojawiające się notorycznie wulgaryzmy, których nie lubię w książkach, bo uważam że słowo pisane, a co więcej język literacki, to co innego niż język potoczny i wulgaryzmy nie powinny się w nim pojawiać. Tutaj jednak musiałam to zaakceptować, bo opowieść mnie wciągnęła, nim zdążyłam się obejrzeć. 

Harry Belmont i Faith Adams to nieszablonowa para detektywów. A mam za sobą już niejedną kilkutomową serię, gdzie na pierwszym planie jest dwójka detektywów. Zwykle wtedy prędzej czy później pojawia się jakaś chemia między nimi i jest przewidywalnie. Tutaj chemii nie ma zdecydowanie. Od samego początku próbują sobie dokopać, choć z czasem ta relacja staje się lepsza, ale wciąż jeśli chodzi o tę kwestię pozostają nieprzewidywalni. Każde z nich to silny charakter, ale też każde mierzy się z jakąś osobistą tragedią. To wszystko czyni ich bardziej rzeczywistymi, a więc można ich nawet polubić. 

Sama zagadka wydaje się na początku mało ciekawa, seryjne morderstwo jakich wiele się przewija w tego typu powieściach. Jednak jestem w pełni usatysfakcjonowana tym, jak potoczyły się wydarzenia w tej książce. Ciągle dowiadujemy się o jakichś nowych tropach, choć pozornie żaden z nich nie pasuje do układanki. Były zwroty akcji, było zakończenie którego nie da się odgadnąć. Było też napięcie, które każe się maksymalnie skupić na treści aż do samego końca. 

Naprawdę mi się podobało. Nie jest to może jakaś wybitna pozycja, ale za to wciąga jak mało która. Pomimo wulgaryzmów, o których już wspomniałam, byłam zaskoczona, jak przyjemnie się ją czyta i z przyjemnością do niej wraca. Bo jest ciekawa i nie sposób spocząć, dopóki nie pozna się jej do końca. I w sumie chyba tego głównie oczekujemy od książki - że pozwoli nam na chwilę zupełnie zapomnieć o wszystkim i skupić się na problemach bohaterów, jakby były naszymi własnymi problemami. Z chęcią też sięgnę po kontynuację, bo niedawno się ukazała.


Moja ocena 8/10

Katarzyna Bester, Ósma ofiara

Ilość stron: 385

Wydawnictwo: Zaczytani

Data premiery: 15.10.2025

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Na pewne rzeczy nigdy nie będziesz gotowa

Patrzę, jak moja prawie dwulatka już sama zasypia w łóżeczku ze swoją lalką. Patrzę i próbuję jak najdokładniej zapamiętać ten widok, bo dociera do mnie, że wszystko to dostałam tylko na chwilę. 

Jeszcze wczoraj potrzebowała mojej pomocy we wszystkim, a dziś już biega, skacze, nawiązuje relacje z sąsiadami, ma swoje zainteresowania i upodobania, potrafi się upomnieć, gdy czegoś potrzebuje. I zasypia bez pomocy. Kiedy ona tak się zmieniła? To jest jedna z tych rzeczy w rodzicielstwie, na które nigdy nie będziemy gotowi - to jak szybko dzieci rosną i jak coraz mniej nas potrzebują. No oczywiście, jestem dumna, ale - czemu ten człowieczek jeszcze wczoraj był kruszynką, która zaczyna odpowiadać na uśmiech, a dziś już słucha z uwagą bajki, patrząc mi w oczy i wspólnie się śmieje? Nie byłam na to gotowa. 

Nie da się też być gotowym na wszystkie pierwsze razy. Na to jak pewnego dnia zaczyna wołać "mama", a potem gdy coś jej się nie podoba i płacze, patrzy na ciebie i przybiega żeby się przytulić, bo jednocześnie wie, czego od mamy może oczekiwać. Na bycie czyimś całym światem też nie da się przygotować. I na to jak tym samym wywraca to twój świat. Bo kiedy dziecko cię potrzebuje, wszystko inne przestaje być ważne, liczy się tylko tu i teraz.

Czy to jest w porządku, że dzieci rosną tak szybko? Nie, dlatego patrzę, ile tylko mogę i staram się zapamiętać to wyjątkowe małe cudo. Jednocześnie wiem, że to tylko etap rozwoju, bo każdy z nas kiedyś dorasta i chcąc nie chcąc muszę się z tym pogodzić. 

Czy coś jeszcze dodalibyście do tej listy? Na co nie byliście gotowi?


środa, 27 maja 2026

Czy "Nie otwieraj oczu" faktycznie trzeba czytać zza zasłony palców?

Istotą, której boi się człowiek, jest on sam.

Tę książkę wzięłam w ciemno. Nie przeraził mnie opis na okładce - "trzeba ją czytać zza zasłony palców". Wręcz przeciwnie - liczyłam na coś mocnego. Czy moje oczekiwania się potwierdziły?

My już przeżyliśmy kiedyś coś podobnego - w okresie pandemii, kiedy trzeba było ograniczać wychodzenie z domu, a w przypadku wyjścia nakładać maseczki osłaniające twarz. I takie też skojarzenia miałam czytając tę lekturę. Tylko tutaj mamy przypadek o wiele gorszy. Na zewnątrz czai się coś strasznego. Nikt nawet nie przypuszcza, co to może być, ale jeśli komuś zdarzy się to ujrzeć, traci zmysły i staje się śmiertelnym zagrożeniem dla siebie i innych. Ludzie, chcąc temu zapobiec, dość szybko zaczęli zasłaniać oczy wychodząc na zewnątrz i zasłaniać okna w domu od wewnątrz. Malorie wraz z dwójką swoich dzieci wypłynęła rzeką szukając miejsca gdzie ma być bezpieczniej. Jednak sama podróż w takich warunkach to bardzo duże wyzwanie...

Czymkolwiek są te istoty - dodaje Tom - nie potrafimy ogarnąć ich naszymi ludzkimi umysłami. To jak doświadczyć nieskończoności. Są zbyt skomplikowane, aby je pojąć. Rozumiesz?

Zaczęło się dobrze, ale dość szybko okazało się, że książka jest monotonna, niewiele się dzieje, a sama podróż opisywana przez większość fabuły mnie nieco nużyła. Miało być naprawdę strasznie, a dostałam tylko historię z lekkim dreszczykiem. Czytanie szło mi wolno, kilka razy chciałam porzucić te lekturę, ale byłam bardzo ciekawa zakończenia. Sam pomysł na fabułę bardzo mnie zaintrygował, ale spodziewałam się, że będzie to naprawdę dobry horror - nie był. 

Mimo że książka mało interesująca, to jednak trochę daje do myślenia. Pozwala spojrzeć na nasz doskonały i uporządkowany świat z całkiem innej perspektywy. Pokazuje, jak niewiele trzeba, by nasza bańka pękła. 

Teraz, gdy już wiem czego się spodziewać, nie przeczytałabym książki drugi raz i raczej nie sięgnę po kontynuację. Chodź sam pomysł na fabułę ciekawy, to jednak jego wykonanie mnie nie przekonuje.


Moja ocena: 5/10

Josh Malerman, Nie otwieraj oczu

Ilość stron: 319

Wydawnictwo: Akurat

Data premiery: 

13.05.2014 - I wydanie

16.01.2019 - premiera w Polsce

28.01.2026 - dla wydawnictwa Akurat