wtorek, 19 maja 2026

Mówią, że dziecko zmienia wszystko - zmienia przede wszystkim Ciebie

Czasami, gdy patrzę na te małe rączki kurczowo trzymające się moich włosów podczas usypiania, dociera do mnie, że te momenty to właśnie jest moje wszystko. Czuję się kimś wyjątkowym, bo przecież stworzyłam człowieka. Człowieka. Czujecie to? Czy można robić coś bardziej ekscytującego niż stwarzanie człowieka? Ale w momencie, gdy ten człowiek przyszedł na świat, coś we mnie coś umarło. A raczej zaczęło żyć nowym życiem.

Czy tęsknię za dawnym życiem? Za spaniem bez ograniczeń, dużą ilością wolnego czasu, beztroską, długimi wieczorami i późnymi powrotami do domu? I zmęczeniem, które tak naprawdę nie było żadnym zmęczeniem? Pewnie. Pewnego dnia pierwszy raz spojrzałam na tego małego człowieka i od tamtej pory wszystko stanęło na głowie. Teraz żyję już nie tylko za siebie ale za dwoje. Nawet gdy jestem zmęczona, zniechęcona, czy brak mi sił, nie mogę się poddać, bo ode mnie zależy czyjeś życie.

Nadal jestem dawną sobą tylko w ulepszonej wersji. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo ulepszonej. Jak i ile taki mały człowiek może zmienić we mnie. Przede wszystkim nauczyłam się cierpliwości. Nie żebym wcześniej jej nie miała. Ale gdy mały człowiek po raz dwudziesty tego dnia krzyczy, bo tym razem stwierdza, że nie da sobie umyć zębów, ja muszę być spokojna i opanowana. W przeciwnym wypadku obie będziemy krzyczeć i tylko pogorszy to sytuację. Ktoś kto kocha, musi być cierpliwy.

Jednak najbardziej w tym wszystkim zmieniło i dalej zmienia się moje patrzenie na świat. W takim małym dziecku wszystko jest dobre. Nie ma w sobie przecież ani trochę fałszu czy udawania typowego dla naszego "dorosłego" świata. Nie nakłada żadnych masek w zależności od sytuacji. Nikomu nic nie udowadnia, nie zabiega o niczyją sympatię - po prostu jest przekonane, że zasługuje na miłość. Gdy ma ochotę, wyciąga ręce i się przytula. Gdy coś mu się nie podoba, głośno o tym informuje i jest pewne, że zostanie wysłuchane. I przede wszystkim - jest otwarte i ciekawe tego jak funkcjonuje ten świat, potrafi się tak po prostu zachwycać, cieszyć z najdrobniejszych rzeczy. Jak też każdego dnia bardziej się tego uczę. Uczę się, ile radości może dostarczyć zrobienie babki z piasku czy bieganie po łące i zrywanie dmuchawców. Patrzę i nieustannie się zachwycam, jak genialnie stworzone jest to dziecko i na nowo uczę się życia. 

Jednak mimo że mały człowiek jest tak genialnie stworzony, to jednocześnie tak bezbronny, że serce ściska się na myśl, że mógłby doświadczyć czegokolwiek złego, że tak łatwo go skrzywdzić. Nie znałam wcześniej tej kobiety, która za bezpieczeństwo i szczęście małego człowieka mogłaby oddać wszystko. I jest gotowa zwymyślać każdego, kto powie temu dziecku choć jedno złe słowo. 

To dziecko wyciąga ze mnie wszystko, co najlepsze, co gdzieś tam niezauważone czekało na odpowiedni moment. Wyciąga ze mnie też wszystkie sprzeczne uczucia, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Uruchomiło we mnie dodatkowy zmysł, który sprawia, że żyję na całego. Czy jestem odosobnionym przypadkiem, czy też jako rodzice macie podobne odczucia?

środa, 13 maja 2026

Oko w oko ze śmiercią, czyli "Nie całkiem martwa"

 Głodna czarna dziura w jej sercu urosła i pożarła wszystko. Zostawiła Jet tylko blade oczy Billy'ego, to zimne, nieobecne spojrzenie, kiedy od niej odchodził. Kiedy ostatnio go widziała i on ją widział po raz ostatni w życiu.

Na tę książkę trafiłam przypadkiem na półce z nowościami. I choć byłam mocno sceptyczna, to ufając zachętom na okładce, postanowiłam przeczytać. I nie żałuję, choć przez pierwszą połowę książki byłam innego zdania.

Co byście zrobili wiedząc, że przed Wami ostatni tydzień życia? Jet z tym właśnie się mierzy. Została napadnięta przez kogoś, kogo działania nie pozostawiły wątpliwości, że życzy jej śmierci. Jednak sprawca nie przewidział, że dziewczyna wyjdzie z tego cało. I pierwszym, o czym pomyśli, będzie odkrycie, kto był jej mordercą. Choć do tej pory ze wszystkim zwlekała i odkładała na później, teraz "później" już nie będzie. Wraz ze swoim przyjacielem z dzieciństwa podejmuje to wyzwanie nie zważając na konsekwencje, bo przecież umiera i nie ma nic do stracenia...

Wiem, teraz pomyślicie że to jakaś mało ambitna książka dla nastolatków. Sama tak pomyślałam, gdy przeczytałam opis i ta myśl towarzyszyła mi jeszcze przez pierwszą połowę książki. Przyczynił się do tego między innymi młodzieżowy ton w jakim jest napisana oraz często pojawiające się w tekście przekleństwa. Sama główna bohaterka, choć jest moją rówieśniczką, dała się poznać z nienajlepszej strony. Uznałam ją za nieco infantylną i egocentryczną, trochę denerwował też jej cięty język. Ale brnęłam dalej, bo sam pomysł na fabułę, a właściwie sposób, w jaki autorka go rozwinie, bardzo mnie zaintrygował. Mimo wszystko obawiałam się, że będzie przewidywalnie i nudno - Jet w jakiś cudowny sposób przeżyje, skończy się happy endem i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Ale czy rzeczywiście było?

Andrew na zdjęciu nie miał pojęcia o tym, co nadejdzie, po prostu był szczęśliwy, uśmiechnięty, dumny i uwieczniony w tym stanie. Wtedy mama Niny już chorowała, ale żadne z nich jeszcze o tym nie wiedziało. Po zrobieniu tego zdjęcia wszyscy pewnie wrócili do swojego domu na North Street i zjedli odświętną kolację. Dom już nie istniał, podobnie jak rodzina Andrew.

Gdy doszłam do końca, byłam naprawdę zachwycona. I nawet to, co wcześniej uważałam za niedociągnięcia, po poznaniu całości przestało mieć znaczenie. Jet w końcu pokazała swoją prawdziwą twarz, poznajemy ją w wielu wymiarach, więc przestała być nudna. Choć niektóre jej działania są niezrozumiałe i dla mnie absurdalne, to kto wie, czy sama bym się na to nie zdecydowała wiedząc, że zostało mi kilka dni życia? Te właśnie działania dodają i tak już "pokręconej" książce odrobinę szaleństwa. Dlaczego pokręconej? Kiedy dochodzimy do końca, wszystko, ale to absolutnie wszystko, staje do góry nogami. Nikt już nie jest w tym, za kogo go uważaliśmy. Właściwie nic z moich przewidywań się nie sprawdziło, więc mogłam tylko otworzyć oczy ze zdumienia i przyznać, że koniec końców ta książka jednak jest niesamowita. 

Jeśli liczycie na krwawy thriller albo typowy kryminał, możecie się nieco rozczarować. Tutaj zabójstwo jest tylko punktem wyjścia dla wielu różnych wątków. Jednak jako całokształt książka zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie. I to właśnie ten styl pisania autorki, który na początku jest nieco irytujący, pod koniec bardzo doceniłam. Nie ma tu żadnego popisywania się, wszystko opisane tak lekko, jakby mimochodem, a jednak po mistrzowsku, nawet odrobinę lirycznie momentami. I nie jest to jedna z tych pozycji, które przeczytane zostają na chwilę, a potem szybko odchodzą zapomnienie. Gwarantuję Wam, że zostaje w sercu na długo, a przy okazji zmusza do wielu przemyśleń. Zadacie sobie pytanie, co jest w życiu tak naprawdę ważne. Dostaniecie dowód na to, że udowadnianie innym czegokolwiek to strata czasu. Wszelkie próby udowadniania czegokolwiek sprawiają, że zapominamy, po co żyjemy naprawdę. I zapominamy o tym, co naprawdę ważne. Na pewno choć raz zastanawialiście się też, co tak naprawdę można nazwać miłością. I właśnie tutaj, moim zdaniem, jest ona genialnie zdefiniowana, a właściwie zobrazowana.

Zatem choć pierwsze wrażenie w tym przypadku może być mylne, jeśli zdecydujecie się dać tej lekturze szansę, na pewno zostanie z Wami na długo.

Moja ocena 9/10

Holly Jackson, Nie całkiem martwa

Ilość stron: 454

Wydawnictwo: Must Read

Data premiery: 15.10.2025

poniedziałek, 4 maja 2026

Bałagan bałagan, więcej bałaganu - czy to się kiedyś kończy?

Pora na trzecią część naszej serii, której nadałam tytuł - "Bycie mamą - wyobrażenia vs. rzeczywistość". Było już o małym człowieku ogólnikowo - "Będą mówić, że dziecko to utrapienie - to ważne byś im nie uwierzyła" oraz trochę o zmianach w życiu po ciąży - "Mówią, że po ciąży będziesz gruba i brzydka - to ważne byś im nie uwierzyła". Tym razem bardziej błaha kwestia - bo nie wszystkie tematy, które zamierzam poruszyć będą super ważne. Będą i te zupełnie błahe czy nawet śmieszne - a mianowicie - niekończący się bałagan.

Wiem, że to już było. Nieskończoną ilość razy. Słyszałaś, że przy dziecku utrzymanie domu w nienagannym stanie graniczy z cudem. Może cud to za dużo powiedziane, ale na pewno jest to dużym wysiłkiem. I wiecie co? Tym razem nie zaprzeczam. Co więcej - podpisuję się pod tym rękami i nogami. Mamy, które mają więcej niż jednego skarba na pokładzie pewnie mnie wyśmieją - "zobaczysz, będzie gorzej - przy jednym dziecku to są wakacje". Tu się nie zgodzę. Nie jest tajemnicą, że są różne dzieci i temperamenty. Moje można zaliczyć do tych słodkich i spokojnych, takich z którym gdziekolwiek wyjdziesz, słyszysz zachwyty - "ale spokojne, pogodne dziecko, w ogóle nie płacze". Błagam! Wstrzymajmy się z ocenianiem nieswoich dzieci. Wszystkim nam to wyjdzie na dobre. Jak wspomniałam są różne dzieci i temperamenty, ale moim zdaniem nie ma takiej kategorii jak "dziecko spokojne". (Śmiem nawet twierdzić, że to stwierdzenie podparte jest wiedzą naukową). Nieprawdziwa jest też moim zdaniem teoria o tym że to dziewczynka z reguły jest cicha i spokojna, a chłopiec to wulkan energii. Bo jeśli to byłoby prawdą, to mam na pokładzie chłopca a nie dziewczynkę. 

Myślę, ze też to znacie. Bierzecie się za sprzątanie. Normalnie takie codzienne szybkie czy nawet cotygodniowe sprzątanie nie zajęłoby długo. Ale zajmuje nawet trzy razy tyle albo i dłużej ze względu na przypadkowe rzeczy leżące w różnych miejscach. Garnki, patelnie oraz inne wyposażenie luzem w kuchni na podłodze, a często nawet nie tylko w kuchni. Różne rzeczy z szafek czy szuflad powyjmowane znajdujecie w najróżniejszych miejscach. Wszystkie pluszaki, klocki, puzzle czy inne drobne elementy powyjmowane z opakowań, bo oczywiście tylko gdy zaczniecie sprzątać, nagle stają się fajne i trzeba się z nimi natychmiast pobawić. Jeszcze kiedyś, gdy miałam gorszy dzień potrafiło mnie to irytować, obecnie często myślę że to nawet urocze. Nie sam ten wszechobecny bałagan, ale to skąd się bierze. Myślę sobie, że kiedyś posprzątałam raz i wszystkie rzeczy leżały przez dłuższy czas na swoim miejscu. Obecnie wędruje wszystko bez wyjątku. Ale spójrzmy na to z innej strony.

Ten mały człowiek, te małe rączki które nieustannie muszą coś badać, poznawać oglądać, rzucać na podłogę i sprawdzać jaki dźwięk wydaje. W końcu czy da się nauczyć świata w inny sposób jak przez ciągłe dotykanie wszystkiego? Ten mały człowiek ma ważną misję, my możemy tylko obserwować i być dumni. Świadomość tego pozwala zmienić ciągłą irytację w coś w rodzaju rozczulenia.

Dziecko to mały huragan, który zostawia bałagan wszędzie, gdzie się pojawi - to nieuniknione - ale jednocześnie ma dużo chęci i zapału do pomocy w sprzątaniu i we wszystkim, co mama robi w domu. Czasem aż za dużo. Wyciąga pranie z pralki i próbuje rozwieszać. Rzuca wszystko i biegnie, gdy tylko usłyszy, że zmywarka się wyłączyła, wali w drzwiczki, wyciąga naczynia i po swojemu układa na miejsce. Nawet jeśli nie może pomóc, to przybiega i zafascynowane obserwuje co robisz. Patrzysz na to i dziwisz się, że ten człowiek nie ma jeszcze metra wzrostu i ledwie skończył rok, a już wszędzie go pełno.

Czytałam książkę, w której teoria trochę wyjaśnia cały ten proces poznawania. Mózg dziecka jest zbudowany tak, że ono samo wie, że musi być w ciągłym ruchu, żeby rozwijać się prawidłowo. Nowe struktury i połączenia mózgowe budują się przez ciągłe powtarzanie znanych już rzeczy oraz poznawanie nowych. Dla mnie niesamowita jest ta determinacja małego człowieka i ciekawość otaczającego świata.

Bałagan przy małych i nie tylko maluch dzieciach to niekończąca się historia. I ta irytacja o której wspomniałam jest normalną częścią życia każdego rodzica. Jakie są wasze odczucia w tej kwestii? Czy też zachwyca was ta dziecięca determinacja, by każdą napotkaną rzecz dotknąć obejrzeć i zbadać, a przy okazji przenieść w jakieś przypadkowe miejsce?