wtorek, 15 września 2026

Nie toleruję słowa nie, zawsze dostaję to, co chcę

Jedną z rzeczy, które nigdy nie przestaną mnie zadziwiać w byciu mamą, jest to jak szybko mały człowiek chłonie wiedzę. I natychmiast naśladuje wszystko, co zauważy.

Odkurzałam. Córka zwykle trochę się bawi, trochę mnie obserwuje i biega za mną z wózkiem albo ze swoim odkurzaczem. Mamy w odkurzaczu wymienne końcówki, m. in do dywanów, które trzymamy w szafce. I gdy kończyłam odkurzać podłogę, mała mnie uprzedziła, wyciągnęła z szafki szczotkę do dywanów i mi podała. Dużo rzeczy robimy razem, chociażby razem wyciągamy naczynia ze zmywarki, ale odkurzałam zawsze sama, więc zdziwiłam się, że zrobiła z własnej inicjatywy, bez mojego polecenia. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko szybko się uczy i we wszystko chce się angażować. 

Córka ma jedną ulubioną piosenkę, której chce słuchać w kółko i często się przy niej wygłupiamy. Ostatnio zauważyłam, że z łatwością powtarza najdziwniejsze gesty, które wymyślę dobrze się przy tym bawiąc. To samo dotyczy zabawy i najróżniejszych czynności, wszystko musi robić jak mama albo tata, a gdy coś sprawia jej trudność, nie rezygnuje - najpierw posyła mamę, by to zrobiła. 

Ta zdolność uczenia się i powtarzania widoczna jest nie tylko podczas zabawy, ale też przy czynnościach, które wykonujemy na co dzień. Jeśli mówię, że muszę się napić, córka szybciej ode mnie biegnie po swoją butelkę. Gdy pokażę, że swędzi mnie nos, sama "martwi się", też "twierdzi" że swędzi ją nos i zaczyna go drapać. Gdy myszka w bajce jest smutna, bo się zgubiła, córka też robi się smutna i czasem ma łzy w oczach i decyduje, że nie chce już oglądać takiej smutnej książeczki. Choć w tym wieku ciężko jeszcze mówić o empatii, to czasem myślę, że to dziecko czuje i rozumie emocje i potrzeby innych lepiej niż niejeden dorosły. 

Zaskakujące, jak już rozumie prawie wszystko, o czym rozmawiamy - gdy tylko o czymś wspomnę - będziemy się usypiać - zdarza się, że sama biegnie, pokazuje, żeby wsadzić ją do wózka i rozłożyć oparcie. Szkoda że nie działa to we wszystkich przypadkach. Chociażby na komendę - "nie wchodzimy na zjeżdżalnię pod prąd" czy "nie wyrzucamy jedzenia z talerza". Podejrzewam, że to dlatego, że dzieci nie mają w słowniku słowa "nie", czy też po prostu je pomijają w odbiorze naszych wypowiedzi. 

Zaskakujące, ale też rozczulające, że już takie maluchy zaczynają rozumieć ten świat i chcą we wszystkim uczestniczyć i głośno manifestują swoje niezadowolenie, gdy im tego zabronimy. Chcą tak po prostu być częścią naszego świata, naśladować we wszystkim, spędzać z nami każdą chwilę (nawet do tego stopnia, że są zrozpaczone, gdy pójdziemy sami do toalety). Codziennie tym samym pokazują nam, że bycie rodzicem może być piękne tak po prostu. Że nie potrzeba niesamowitych wydarzeń, żeby każdy dzień był dobrym dniem. Wystarczy Twoja obecność i czas. I chwila wspólnej zabawy. 

Czym Wasze pociechy ostatnio Was zaskoczyły?

piątek, 11 września 2026

Co się stało w ciągu siedmiu dni?







Czas spędzony w domu nieco mnie wycisza. Rozmowa z bratem, wieczór przed telewizorem z ojcem - to wszystko jest zwyczajne i bezpieczne. Działa na mnie kojąco. Kiedy wieczorem układam się do snu, moja dusza jest nieco lżejsza. Czuję jednak, że coś się zbliża.
Pierwsza część serii o detektywie Belmoncie zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, więc sięgnęłam też po "Siedem dni" myśląc, że ta książka będzie przynajmniej na zbliżonym poziomie. Czy się nie pomyliłam?

Detektyw Faith po głośnej sprawie mordercy znad rzeki pracuje z nowym partnerem, a Harry Belmont odpoczywa na swoim odludziu. Gdy jednak ginie dziennikarz znany z krytyki policyjnych działań, w tym działań samego Belmonta, Harry Belmont postanawia wrócić do swojej policyjnej pracy i zająć się tą sprawą. Okazuje się jednak, że łatwo nie będzie. Śmierć dziennikarza to dopiero początek serii tajemniczych i okrutnych morderstw, które wstrząsają miastem. Faith Adams, jej nowy partner oraz Harry Belmont muszą działać szybko, bo z dnia na dzień pojawiają się kolejne zwłoki. Z czasem pytań przybywa, a sprawy nie udaje się ani trochę pchać do przodu, Czy uda im się zatrzymać to, co się dzieje i zamknąć sprawcę? Kto mógł się dopuścić tak okrutnych rzeczy?

Żałuję, że częściej z nią nie rozmawiałem, kiedy jeszcze było to możliwe. Pocieszające jest jedynie to, że mama nie musi być świadkiem tego, co dzieje się z jej synem. Czy gdyby żyła, wszystko wyglądałoby inaczej? Prawdopodobnie tak, ale nigdy nie można mieć pewności. Zło odzywa się w człowieku w różnych okolicznościach.

Początek książki był zupełnie nieprzekonujący. Sam początek śledztwa wydawał się zwyczajny. Do tego wzajemne docinki bohaterów przy każdej możliwej okazji. Ja naprawdę rozumiem, że mają ciężkie charaktery i mogą się wzajemnie nie lubić, ale czytanie wzajemnych obelg i opisów co kilka akapitów mnie nieco irytuje. I jeszcze narracja, w której nie unika się wulgaryzmów, ale to już znałam z pierwszej części. Na szczęście to wszystko, co mogę tej książce zarzucić. 

Całość mimo wszystko oceniam bardzo dobrze. Śledztwo, choć na początku nic na to nie wskazywało, było naprawdę trudne i złożone. Mamy tu w końcu do czynienia z brutalnym morderstwem kilkorga ludzi, a zaczyna się od czegoś, co można by podciągnąć pod zwykłe potrącenie przez samochód. Do tego nasi policjanci muszą działać szybko, bo ten, kto zabija ciągle jest w grze. Choć pewnie w innych kryminałach mamy podobne zagadki, tutaj pojawia się jeszcze pewien ciekawy motyw, ale za wiele nie mogę powiedzieć. 

Postaci bohaterów są takie jak zapamiętałam je z pierwszej części - gburowaty i niestroniący od niekonwencjonalnych metod, a jednocześnie doświadczony Harry Belmont oraz Faith Adams - ambitna i oddana pracy policjantka, która zawsze potrafi mu się odgryźć. Choć ta ich wzajemna niechęć jest momentami irytująca i infantylna, to właśnie to wyróżnia tę książkę spośród innych powieści, a samych bohaterów czyni dla nas bardziej rzeczywistymi. Można zatem stwierdzić, że mimo wszystko są to bardzo ciekawe postaci. Możemy też ich dość dobrze poznać, bo autorka opisuje ich życie prywatne, ale w żaden sposób nie zakłóca to wątku śledztwa, bo zachowuje równowagę i umiejętnie oddziela te wątki. 

Historia nim się obejrzałam, bardzo mnie wciągnęła. Do tego autorka nie skupia się za mocno na opisach, więc tempo akcji tej powieści jest szybkie. Książkę można przeczytać w jeden wieczór. Na pewno też na długo zapadnie Wam w pamięć, bo historia zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kryminałów. Do tego ciekawie przedstawiony profil mordercy. Zakończenie też oceniam bardzo dobrze. Różne tropy przez całą powieść rzucały cień na różnych podejrzanych i śledczy naprawdę musieli się nieźle nakombinować, a że tropów było mało, w dużej mierze zdani byli też na własną intuicję.

Książka jak najbardziej warta polecenia.


Moja ocena: 7/10

Katarzyna Bester, Siedem dni

Ilość stron: 347

Wydawnictwo Zaczytani

Data premiery: 20.05.2026

wtorek, 8 września 2026

Siedem rzeczy, które tylko rodzice zrozumieją

Dziecko zmienia wszystko - naszą codzienność, rutynę, dotychczasowy tryb życia, ale też priorytety. Nieraz zdarzyło mi się pomyśleć, że są takie rzeczy, których wcześniej jako ktoś, kto nie ma dzieci, nigdy bym nie zrozumiała. Tak, są rzeczy, które mogą wydawać się głupie lub śmieszne, ale gdy rozmawiamy o nich z innym rodzicem, okazuje się, że to nic nadzwyczajnego i dotyczy wielu z nas. Oto kilka z nich.

1. Cieszą nas nietypowe rzeczy 
Wiele razy przyłapałam się na tym, że weszłam do sklepu z myślą, że coś sobie kupię, a finalnie kupiłam coś dla dziecka. Nawet gdy chodzę po galerii bez założenia, że coś kupię, często kończy się tak, że kupuję jakiś drobiazg, który córka sobie upatrzyła. W końcu czego się nie robi dla tego uśmiechu. Czasem bywa tak, że gdy widzę coś ładnego dla córki, zapominam po co sama przyszłam. I już przestałam z tym walczyć.  Jako rodziców nie tak bardzo interesują nas wyprzedaże, o wiele bardziej promocje na pampersy, ciuszki czy akcesoria dla dzieci. Tylko rodzice zrozumieją, że gdy dziecko się na jakiejś czynności zafiksuje, może to robić bez ustanku, dopóki nie znajdzie sobie nowej pasji, która znów pochłonie je bez reszty. U nas ostatnio jest to robienie baniek mydlanych. Dlatego też niedawno przyłapałam się na tym jak bardzo cieszyłam się z promocji na płyn do baniek mydlanych. Nie ma to jak zrobić zapasy czegoś, co dziecko uwielbia, nie?

2. Najbardziej oczywiste, czyli zmęczenie
Zmęczenie, gdy jest się rodzicem to inny wymiar zmęczenia. Zanim zostałam mamą też bywałam zmęczona, ale fakt faktem wstawałam i kładłam się spać o której chciałam i przesypiałam całą noc, więc teraz już zmęczeniem bym tego nie nazwała. Teraz mam obok kogoś, kto poza czasem swojej drzemki nieustannie jest w ruchu, nieustannie mnie zagaduje, bierze za rękę i zaprasza do zabawy albo wyciąga na spacer. Także nie dość, że wykształciłam oczy z tyłu głowy, to przez większość czasu jestem skupiona i czujna, bo mały człowiek ma zadziwiającą zdolność pakowania się w tarapaty, gdy tylko zniknie z oczu. Ale mimo to, że mam prawo być o wiele bardziej zmęczona niż dawniej, to mam też o wiele większą siłę do działania. Dziwnym trafem, gdy rano patrzę w te oczy, zapominam, że nie chciało mi się wstawać. I jest jeszcze jeden plus - wcześniej ciężko było mi się zmusić do regularnej aktywności fizycznej - obecnie... chyba nigdy wcześniej nie robiłam regularnie tyle kroków, co teraz.

3.Granicą zaczyna być tylko wyobraźnia 
Będąc mamą robię mnóstwo rzeczy, które dawniej byłyby dla mnie niekomfortowe. Zwłaszcza, że nigdy nie lubiłam się wyróżniać czy zwracać na siebie uwagi. Teraz jestem mamą małego człowieka, który nawiązuje kontakt z każdą napotkaną osobą, bądź inne osoby próbują nawiązać kontakt z nim - "O, jakie śliczne dziecko", "A czemu tak uciekasz mamie?", a na spacerze zatrzymuje się w najróżniejszych miejscach w poszukiwaniu skarbów, staje obok kałuży i wrzuca do niej wszystko, co znajdzie w pobliżu lub szuka najdłuższego patyka, żeby sobie z nim pospacerować, ciągnąć go po ziemi, więc już nic mnie nie zdziwi. 

4. Czas, a raczej jego ciągły deficyt
Choć jako mama z zarządzaniem czasem radzę sobie o wiele lepiej niż zanim miałam dziecko, to trzeba przyznać, że czas z macierzyństwie jest dobrem deficytowym, szczególnie ten czas tylko dla siebie. A gdy już mam tą chwila dla siebie, mija gdy tylko zdążę usiąść z kawą i chwilę odsapnąć.

5. Lęki
Wraz z dzieckiem rodzą się lęki i niektóre z nich zostają na zawsze, jak lęk czy obawa o bezpieczeństwo dziecka. W końcu nie jesteśmy już odpowiedzialni tylko za siebie, a pojawia się ktoś kto polega tylko i wyłącznie na nas. Tylko rodzice zrozumieją, jak wiele energii trzeba poświęcić, by takiego człowieka, którego wszędzie pełno i nie cofnie się przed niczym, utrzymać przy życiu. 
Jest jeszcze lęk wywoływany jest przez płacz dziecka. Choć wiemy, że na początku to jedyne narzędzie komunikacji, płacz zawsze wywołuje nieprzyjemne odczucia i sprawia, że chcemy natychmiast pomóc, choćby chodziło tylko o drobnostkę. 
I jeszcze jeden z gorszych leków - lęk przed wybudzeniem z drzemki. Dla mnie nie ma nic gorszego, niż za krótka drzemka malucha. Raz, że nie zdążę się zregenerować, dwa marudny mały człowiek to marudny mały człowiek - wymaga o wiele więcej zasobów energii. Co innego wyspany, którego cieszy wszystko i chętnie zrobi wszystko, co zaproponujesz. 

6. Zmiana sposobu patrzenia na wiele rzeczy 
Gdy stajemy się rodzicami, zupełnie inne rzeczy stają się dla nas ważne. Uczymy się też patrzenia z dystansem na wszystko inne, co do tej pory nas zajmowało. Kiedyś mogła być to praca, pieniądze, nowa pasja czy znajomi. Spędzając większość czasu przy opiece nad dzieckiem, w swoim wolnym czasie, którego nie mamy już tyle, co wcześniej, robimy tylko te rzeczy, które są naprawdę wartościowe i warte naszej uwagi. Potrafimy z tych mniej ważnych zrezygnować. 

7. Zmiana charakteru 
My stwarzamy dziecko, ale nie bez powodu mówi się też, że to dzieci stwarzają nas.  Uczymy się stawiania dobra innego człowieka ponad swoje i cierpliwości, jakiej tylko małe niesforne, władające rączki we wszystko i często wybuchające płaczem dziecko potrafi nauczyć. Ze zdumieniem odkrywamy, że stajemy się wersją siebie, której wcześniej nie znaliśmy - tą lepszą wersją. Kimś, kto wie, że to, na czym mu najbardziej zależy, to wszystko co najlepsze dla tego małego człowieka. Kimś, kto ma w sobie więcej spokoju i pozytywnych myśli. W końcu musimy być oparciem dla tego małego człowieka. 

Czy macie takie rzeczy, które zrozumieć mogą tylko inni rodzice? Co jeszcze dodalibyście do tej listy?