środa, 13 stycznia 2021

O moich postępach w zostaniu Marylą Rodowicz

Jakiś czas temu zaczęłam czytać autobiografię Maryli Rodowicz – „Niech żyje bal”. Niezwykle mnie jej postać zainspirowała, nie tylko do gry na gitarze, ale ostatnio również do ćwiczenia śpiewu. Szczęśliwie się złożyło, że mój Mikołaj przyniósł mi na gwiazdkę mikrofon. Okazuje się, że mam najlepszego Mikołaja, który lepiej niż ja wie, czego mi trzeba. Od tej pory zaczęłam śpiewać. Na nowo mogę odkryć ulubione piosenki, które od dawna domagały się mojej własnej interpretacji.

Dowiedziałam się, że Rodowicz nie obroniła magisterki i nie udało jej się dokończyć studiów, bo już śpiewała zawodowo. Stąd mój pomysł, by podczas jednego ze świątecznych obiadów oznajmić rodzicom, że za rok od tej pory będę śpiewać zawodowo. Cel bardzo ambitny, ale cele powinny być motywujące, nieprawdaż? To tak śmiechem żartem, ale pomarzyć można. Muszę przyznać, że okoliczności mam sprzyjające, bo moi współlokatorzy są bardzo tolerancyjni i wyrozumiali. Kolega z góry sam gra na gitarze, więc cierpliwie znosi moje krzyki, a dziadek z babcią mieszkający ze mną nieraz wpadają na koncerty. A „krzyczeć” mogę nawet z godzinę skacząc przy tym po pokoju i spalając kalorie – zawsze to jakiś plus.

Zaczęłam od Tymka i Sariusa, co dla mnie samej było zaskoczeniem…







Czasami jeszcze sprzęt trochę szwankuje, ale to początek, a te bywają zazwyczaj trudne. Zapraszam Was również na mój kanał na YouTube, gdzie publikuję na bieżąco. 😁

LINK

Na razie gorący czas na studiach nie pozwala mi się zająć blogiem jak należy… ale już niedługo będą Żabkowe opowieści i kolejne recenzje, więc proszę o cierpliwość 😊


niedziela, 3 stycznia 2021

Z cyklu - historie tak niewiarygodne, że słów brak

Mawiają, że jaki pierwszy dzień nowego roku taki i cały rok. Takiego początku roku jeszcze nie miałam. Gdy ogląda się wspomnienia z zeszłego roku to aż żal, że nie można było iść na żaden bal, koncert, cokolwiek. Rok temu <LINK> pisałam, że tego sylwestra nie zapomnę do końca swoich dni. Pod względem pechowości jednak tegoroczny bije go na głowę.

Mimo że podczas imprezy w domu nie doświadczy się tylu wrażeń, co na koncercie pod gołym niebem, to i tak był to miło spędzony czas. Gwoździem programu był... ser pleśniowy z górnej półki. My już nieco podpici stwierdziliśmy, że każdy spróbuje po kawałku, żeby było sprawiedliwie. Nie było to łatwe zadanie, gdyż ser choć drogi i miał być dobry, pachniał niesamowicie. A raczej cuchnął. Jako że jedynie mi jako tako smakował, kolega zaproponował, że odda mi go na wynos razem z talerzem. Miałabym zapas na długo 🤣

Powrót z tej imprezy zapamiętam do końca życia, jako że był to najdroższy spacer w moim życiu. Mój chłopak stwierdził, że to tylko pół godziny spacerkiem, więc się przejdziemy. Nie był to najgorszy pomysł, zwłaszcza, że tej nocy ze względu na zwiększone zapotrzebowanie na taksówki ceny były 1,8 raza wyższe. Idziemy, ulice puste, czerwone światła prawie każdym skrzyżowaniu. Żeby zaoszczędzić na czasie, nie czekaliśmy, aż się zapali zielone. Nie miałam z tym problemu, mając w pamięci słowa, jakie wypowiedział ojciec Szustak w jednym ze swoich vlogów. Parafrazując: był zdania, że jeśli nic nie jedzie, stanie na czerwonym świetle nie ma najmniejszego sensu. Skoro Szustak tak powiedział, to to musi być słuszne, dopóki… nie trafi się na patrol straży miejskiej. A znając moje szczęście to nie mogło się obyć bez takiej przygody. Biegniemy sobie za ręce truchcikiem przez pasy, a tu straż miejska na horyzoncie. Myślę – może przymkną oko, w końcu kto by zwracał uwagę na takie wykroczenia w taki wieczór. Nie doceniłam ich możliwości. Zatrzymują się, legitymują nas. Mój chłopak na domiar złego jeszcze maski nie miał, ja tylko szalik, ale to się liczyło. I oni stwierdzają, że stówka za nie zastosowanie się do czerwonego sygnalizatora, pięćdziesiąt złotych za przebieganie przez przejście dla pieszych i jeszcze dla chłopaka mandat za brak maski.

– Za maskę nie przyjmę – mówi.

– A mnie nie stać – mówię, bardziej do siebie niż do funkcjonariuszy, bo i tak zdążyłam w nich już zwątpić.

Jako że się nie stawiałam, tylko grzecznie przyjęłam mandat, odpuścili mi te pięć dyszek za przebieganie przez pasy. Ale serce i tak boli, kiedy idąc do pracy w nowy rok, ma się gdzieś z tyłu głowy, że trzeba najpierw na mandat zarobić.

Pierwszy mandat w życiu i to o 2.57 w nowy rok. Może to wydawać się smutne, ale do tej pory chce mi się śmiać z mojego „szczęścia”. Tylko z lekkim przerażeniem myślę, co może zwiastować tak niesamowity początek nowego roku. Bo jak mawiają – jaki pierwszy dzień, taki cały rok...

Żeby było śmieszniej, w pracy przyszedł do mnie pewien pan na hot doga. I na dzień dobry żali się, że kebab obok komendy zamknięty i nie ma co jeść, a dyżuruje dzisiaj od ósmej. Rozmawiamy, w końcu stwierdziłam, że wzbudza zaufanie i streściłam mu swoją sylwestrową przygodę. Okazało się, że to policjant. Tak, pochwaliłam się policjantowi, że przebiegam przez pasy na czerwonym – jestem geniuszem. O dziwo, nie zganił mnie, tylko wykazał się większą wyrozumiałością niż panowie ze straży miejskiej i stwierdził, że on by jedynie udzielił pouczenia. Może ci policjanci wcale nie są tacy źli, na jakich wyglądają?  

Wszystkiego dobrego w nowym roku, kochani 😘

środa, 30 grudnia 2020

Gdy rozum śpi, budzą się potwory

W ciemności czai się zło. Podobno. Niektórzy puszczają w obieg te bzdury, wierząc, że licho budzi się ze snu. Czasem (...) zastanawiam się, czy ja też jestem zła. Ciągnie mnie do ciemności, ryzyka, niebezpieczeństwa.

Po bestsellerowym thrillerze „Bliżej, niż myślisz”, wiedziałam, że będę chciała sięgnąć po kolejną książkę Ewy Przydrygi. Jedyne, co wywoływało we mnie wątpliwości to ta przerażająca okładka. Nie wiedziałam, czy podołam tak mocnej lekturze, jaka się zapowiadała. Jednak po przeczytaniu kilku stron już przepadłam i nie było odwrotu.

Ada miała bardzo trudne dzieciństwo. Ojciec, którego często nie było w domu, kłótnie rodziców i matka popadająca w alkoholizm. Chciała jedynie uchronić przed takim losem swoją młodszą siostrę, którą bardzo kochała. Niestety nie udało się. Mała doświadczyła traumy, która położyła się cieniem na jej psychice i została tam na zawsze. Ada ze swoją paczką bawi się w dość niebezpieczną grę w wyzwania. Wszystko to powodowane jest potrzebą kontroli, a jednocześnie zapomnienia o codzienności, która ją przytłacza. Nie przewidziała jednak, że na pozór niewinna gra może doprowadzić do śmierci.

Lena, druga bohaterka podobnie jak Ada zmaga się z przeszłością. Pewien incydent na wystawie jej prac powoduje, że w jej głowie rodzą się pytania. Poszukując na nie odpowiedzi nieświadomie naraża się na niebezpieczeństwo. Dokąd zaprowadzi ją ta rozprawa z przeszłością? 

Bardziej niż człowiekiem czuję się teraz zaszczutym zwierzęciem. Ranną sarną, która ledwie i tylko na chwilę wyślizgnęła się z sideł kłusownika. Wkrótce i tak przyjdzie czas, wkrótce i tak trzeba będzie ją dobić.

Ciężko będzie mi opowiedzieć o tej książce, bo rzadko się zdarza taka, która tak mi się podoba, że nie mam jej nic do zarzucenia. Ale zacznijmy od początku. Autorka i tym razem stworzyła interesujące bohaterki i to aż dwie. Do tego podobało mi się poruszenie w książce problemu trudnych relacji rodzinnych. Czasami rodzice nawet nie zdają sobie sprawy jak takie – na pozór tylko niedociągnięcia – rujnują dziecku psychikę. Brak poczucia bezpieczeństwa, ciągłe kłótnie, alkoholizm rodziców, zdrady i przede wszystkim brak opieki i czasu dla dzieci. Na przykładzie bohaterek jest to idealnie opisane.

Akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach – w latach 90. i obecnie. Gdy zacznie się czytać, już nie sposób się oderwać. Choć tematyka nie jest lekka, to czyta się płynnie, bo język jest przyjemny i lekki. Zaczyna się niewinnie. Z czasem dowiadujemy się więcej o bohaterkach i atmosfera się zagęszcza, a pytań pojawia się coraz więcej. Niesamowite jak autorce udało się na tyle godzin przyciągnąć moją uwagę, choć przyznam, że ostatnio mam trudny czas, jeśli chodzi o czytanie. Wraz z bohaterkami próbujemy dopasować do siebie kawałki układanki, ale ciągle mamy wrażenie, że jakiegoś brakuje. Dopiero pod sam koniec, czeka nas finał w wielkim stylu. Muszę przyznać, że zakończenie zrobiło na mnie mocne wrażenie.

Co jeszcze mogę dodać? Dobra książka obroni się sama. Polecam każdemu, kto pragnie odrobiny tajemnicy, dreszczyku emocji i dobrze spędzonego czasu z książką.

Moja ocena: 10/10

Ewa Przydryga Miała umrzeć

Ilość stron: 320

Wydawnictwo: Muza

Data premiery: 14.10.2020