poniedziałek, 1 czerwca 2026

Na pewne rzeczy nigdy nie będziesz gotowa

Patrzę, jak moja prawie dwulatka już sama zasypia w łóżeczku ze swoją lalką. Patrzę i próbuję jak najdokładniej zapamiętać ten widok, bo dociera do mnie, że wszystko to dostałam tylko na chwilę. 

Jeszcze wczoraj potrzebowała mojej pomocy we wszystkim, a dziś już biega, skacze, nawiązuje relacje z sąsiadami, ma swoje zainteresowania i upodobania, potrafi się upomnieć, gdy czegoś potrzebuje. I zasypia bez pomocy. Kiedy ona tak się zmieniła? To jest jedna z tych rzeczy w rodzicielstwie, na które nigdy nie będziemy gotowi - to jak szybko dzieci rosną i jak coraz mniej nas potrzebują. No oczywiście, jestem dumna, ale - czemu ten człowieczek jeszcze wczoraj był kruszynką, która zaczyna odpowiadać na uśmiech, a dziś już słucha z uwagą bajki, patrząc mi w oczy i wspólnie się śmieje? Nie byłam na to gotowa. 

Nie da się też być gotowym na wszystkie pierwsze razy. Na to jak pewnego dnia zaczyna wołać "mama", a potem gdy coś jej się nie podoba i płacze, patrzy na ciebie i przybiega żeby się przytulić, bo jednocześnie wie, czego od mamy może oczekiwać. Na bycie czyimś całym światem też nie da się przygotować. I na to jak tym samym wywraca to twój świat. Bo kiedy dziecko cię potrzebuje, wszystko inne przestaje być ważne, liczy się tylko tu i teraz.

Czy to jest w porządku, że dzieci rosną tak szybko? Nie, dlatego patrzę, ile tylko mogę i staram się zapamiętać to wyjątkowe małe cudo. Jednocześnie wiem, że to tylko etap rozwoju, bo każdy z nas kiedyś dorasta i chcąc nie chcąc muszę się z tym pogodzić. 

Czy coś jeszcze dodalibyście do tej listy? Na co nie byliście gotowi?


środa, 27 maja 2026

Czy "Nie otwieraj oczu" faktycznie trzeba czytać zza zasłony palców?

Istotą, której boi się człowiek, jest on sam.

Tę książkę wzięłam w ciemno. Nie przeraził mnie opis na okładce - "trzeba ją czytać zza zasłony palców". Wręcz przeciwnie - liczyłam na coś mocnego. Czy moje oczekiwania się potwierdziły?

My już przeżyliśmy kiedyś coś podobnego - w okresie pandemii, kiedy trzeba było ograniczać wychodzenie z domu, a w przypadku wyjścia nakładać maseczki osłaniające twarz. I takie też skojarzenia miałam czytając tę lekturę. Tylko tutaj mamy przypadek o wiele gorszy. Na zewnątrz czai się coś strasznego. Nikt nawet nie przypuszcza, co to może być, ale jeśli komuś zdarzy się to ujrzeć, traci zmysły i staje się śmiertelnym zagrożeniem dla siebie i innych. Ludzie, chcąc temu zapobiec, dość szybko zaczęli zasłaniać oczy wychodząc na zewnątrz i zasłaniać okna w domu od wewnątrz. Malorie wraz z dwójką swoich dzieci wypłynęła rzeką szukając miejsca gdzie ma być bezpieczniej. Jednak sama podróż w takich warunkach to bardzo duże wyzwanie...

Czymkolwiek są te istoty - dodaje Tom - nie potrafimy ogarnąć ich naszymi ludzkimi umysłami. To jak doświadczyć nieskończoności. Są zbyt skomplikowane, aby je pojąć. Rozumiesz?

Zaczęło się dobrze, ale dość szybko okazało się, że książka jest monotonna, niewiele się dzieje, a sama podróż opisywana przez większość fabuły mnie nieco nużyła. Miało być naprawdę strasznie, a dostałam tylko historię z lekkim dreszczykiem. Czytanie szło mi wolno, kilka razy chciałam porzucić te lekturę, ale byłam bardzo ciekawa zakończenia. Sam pomysł na fabułę bardzo mnie zaintrygował, ale spodziewałam się, że będzie to naprawdę dobry horror - nie był. 

Mimo że książka mało interesująca, to jednak trochę daje do myślenia. Pozwala spojrzeć na nasz doskonały i uporządkowany świat z całkiem innej perspektywy. Pokazuje, jak niewiele trzeba, by nasza bańka pękła. 

Teraz, gdy już wiem czego się spodziewać, nie przeczytałabym książki drugi raz i raczej nie sięgnę po kontynuację. Chodź sam pomysł na fabułę ciekawy, to jednak jego wykonanie mnie nie przekonuje.


Moja ocena: 5/10

Josh Malerman, Nie otwieraj oczu

Ilość stron: 319

Wydawnictwo: Akurat

Data premiery: 

13.05.2014 - I wydanie

16.01.2019 - premiera w Polsce

28.01.2026 - dla wydawnictwa Akurat

wtorek, 19 maja 2026

Mówią, że dziecko zmienia wszystko - zmienia przede wszystkim Ciebie

Czasami, gdy patrzę na te małe rączki kurczowo trzymające się moich włosów podczas usypiania, dociera do mnie, że te momenty to właśnie jest moje wszystko. Czuję się kimś wyjątkowym, bo przecież stworzyłam człowieka. Człowieka. Czujecie to? Czy można robić coś bardziej ekscytującego niż stwarzanie człowieka? Ale w momencie, gdy ten człowiek przyszedł na świat, coś we mnie coś umarło. A raczej zaczęło żyć nowym życiem.

Czy tęsknię za dawnym życiem? Za spaniem bez ograniczeń, dużą ilością wolnego czasu, beztroską, długimi wieczorami i późnymi powrotami do domu? I zmęczeniem, które tak naprawdę nie było żadnym zmęczeniem? Pewnie. Pewnego dnia pierwszy raz spojrzałam na tego małego człowieka i od tamtej pory wszystko stanęło na głowie. Teraz żyję już nie tylko za siebie ale za dwoje. Nawet gdy jestem zmęczona, zniechęcona, czy brak mi sił, nie mogę się poddać, bo ode mnie zależy czyjeś życie.

Nadal jestem dawną sobą tylko w ulepszonej wersji. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo ulepszonej. Jak i ile taki mały człowiek może zmienić we mnie. Przede wszystkim nauczyłam się cierpliwości. Nie żebym wcześniej jej nie miała. Ale gdy mały człowiek po raz dwudziesty tego dnia krzyczy, bo tym razem stwierdza, że nie da sobie umyć zębów, ja muszę być spokojna i opanowana. W przeciwnym wypadku obie będziemy krzyczeć i tylko pogorszy to sytuację. Ktoś kto kocha, musi być cierpliwy.

Jednak najbardziej w tym wszystkim zmieniło i dalej zmienia się moje patrzenie na świat. W takim małym dziecku wszystko jest dobre. Nie ma w sobie przecież ani trochę fałszu czy udawania typowego dla naszego "dorosłego" świata. Nie nakłada żadnych masek w zależności od sytuacji. Nikomu nic nie udowadnia, nie zabiega o niczyją sympatię - po prostu jest przekonane, że zasługuje na miłość. Gdy ma ochotę, wyciąga ręce i się przytula. Gdy coś mu się nie podoba, głośno o tym informuje i jest pewne, że zostanie wysłuchane. I przede wszystkim - jest otwarte i ciekawe tego jak funkcjonuje ten świat, potrafi się tak po prostu zachwycać, cieszyć z najdrobniejszych rzeczy. Jak też każdego dnia bardziej się tego uczę. Uczę się, ile radości może dostarczyć zrobienie babki z piasku czy bieganie po łące i zrywanie dmuchawców. Patrzę i nieustannie się zachwycam, jak genialnie stworzone jest to dziecko i na nowo uczę się życia. 

Jednak mimo że mały człowiek jest tak genialnie stworzony, to jednocześnie tak bezbronny, że serce ściska się na myśl, że mógłby doświadczyć czegokolwiek złego, że tak łatwo go skrzywdzić. Nie znałam wcześniej tej kobiety, która za bezpieczeństwo i szczęście małego człowieka mogłaby oddać wszystko. I jest gotowa zwymyślać każdego, kto powie temu dziecku choć jedno złe słowo. 

To dziecko wyciąga ze mnie wszystko, co najlepsze, co gdzieś tam niezauważone czekało na odpowiedni moment. Wyciąga ze mnie też wszystkie sprzeczne uczucia, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Uruchomiło we mnie dodatkowy zmysł, który sprawia, że żyję na całego. Czy jestem odosobnionym przypadkiem, czy też jako rodzice macie podobne odczucia?