piątek, 11 września 2026

Co się stało w ciągu siedmiu dni?







Czas spędzony w domu nieco mnie wycisza. Rozmowa z bratem, wieczór przed telewizorem z ojcem - to wszystko jest zwyczajne i bezpieczne. Działa na mnie kojąco. Kiedy wieczorem układam się do snu, moja dusza jest nieco lżejsza. Czuję jednak, że coś się zbliża.
Pierwsza część serii o detektywie Belmoncie zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, więc sięgnęłam też po "Siedem dni" myśląc, że ta książka będzie przynajmniej na zbliżonym poziomie. Czy się nie pomyliłam?

Detektyw Faith po głośnej sprawie mordercy znad rzeki pracuje z nowym partnerem, a Harry Belmont odpoczywa na swoim odludziu. Gdy jednak ginie dziennikarz znany z krytyki policyjnych działań, w tym działań samego Belmonta, Harry Belmont postanawia wrócić do swojej policyjnej pracy i zająć się tą sprawą. Okazuje się jednak, że łatwo nie będzie. Śmierć dziennikarza to dopiero początek serii tajemniczych i okrutnych morderstw, które wstrząsają miastem. Faith Adams, jej nowy partner oraz Harry Belmont muszą działać szybko, bo z dnia na dzień pojawiają się kolejne zwłoki. Z czasem pytań przybywa, a sprawy nie udaje się ani trochę pchać do przodu, Czy uda im się zatrzymać to, co się dzieje i zamknąć sprawcę? Kto mógł się dopuścić tak okrutnych rzeczy?

Żałuję, że częściej z nią nie rozmawiałem, kiedy jeszcze było to możliwe. Pocieszające jest jedynie to, że mama nie musi być świadkiem tego, co dzieje się z jej synem. Czy gdyby żyła, wszystko wyglądałoby inaczej? Prawdopodobnie tak, ale nigdy nie można mieć pewności. Zło odzywa się w człowieku w różnych okolicznościach.

 

Początek książki był zupełnie nieprzekonujący. Sam początek śledztwa wydawał się zwyczajny. Do tego wzajemne docinki bohaterów przy każdej możliwej okazji. Ja naprawdę rozumiem, że mają ciężkie charaktery i mogą się wzajemnie nie lubić, ale czytanie wzajemnych obelg i opisów co kilka akapitów mnie nieco irytuje. I jeszcze narracja, w której nie unika się wulgaryzmów, ale to już znałam z pierwszej części. Na szczęście to wszystko, co mogę tej książce zarzucić. 

Całość mimo wszystko oceniam bardzo dobrze. Śledztwo, choć na początku nic na to nie wskazywało, było naprawdę trudne i złożone. Mamy tu w końcu do czynienia z brutalnym morderstwem kilkorga ludzi, a zaczyna się od czegoś, co można by podciągnąć pod zwykłe potrącenie przez samochód. Do tego nasi policjanci muszą działać szybko, bo ten, kto zabija ciągle jest w grze. Choć pewnie w innych kryminałach mamy podobne zagadki, tutaj pojawia się jeszcze pewien ciekawy motyw, ale za wiele nie mogę powiedzieć. 

Postaci bohaterów są takie jak zapamiętałam je z pierwszej części - gburowaty i niestroniący od niekonwencjonalnych metod, a jednocześnie doświadczony Harry Belmont oraz Faith Adams - ambitna i oddana pracy policjantka, która zawsze potrafi mu się odgryźć. Choć ta ich wzajemna niechęć jest momentami irytująca i infantylna, to właśnie to wyróżnia tę książkę spośród innych powieści, a samych bohaterów czyni dla nas bardziej rzeczywistymi. Można zatem stwierdzić, że mimo wszystko są to bardzo ciekawe postaci. Możemy też ich dość dobrze poznać, bo autorka opisuje ich życie prywatne, ale w żaden sposób nie zakłóca to wątku śledztwa, bo zachowuje równowagę i umiejętnie oddziela te wątki. 

Historia nim się obejrzałam, bardzo mnie wciągnęła. Do tego autorka nie skupia się za mocno na opisach, więc tempo akcji tej powieści jest szybkie. Książkę można przeczytać w jeden wieczór. Na pewno też na długo zapadnie Wam w pamięć, bo historia zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kryminałów. Do tego ciekawie przedstawiony profil mordercy. Zakończenie też oceniam bardzo dobrze. Różne tropy przez całą powieść rzucały cień na różnych podejrzanych i śledczy naprawdę musieli się nieźle nakombinować, a że tropów było mało, w dużej mierze zdani byli też na własną intuicję.

Książka jak najbardziej warta polecenia.


Moja ocena: 7/10

Katarzyna Bester, Siedem dni

Ilość stron: 347

Wydawnictwo Zaczytani

Data premiery: 20.05.2026

wtorek, 8 września 2026

Siedem rzeczy, które tylko rodzice zrozumieją

Dziecko zmienia wszystko - naszą codzienność, rutynę, dotychczasowy tryb życia, ale też priorytety. Nieraz zdarzyło mi się pomyśleć, że są takie rzeczy, których wcześniej jako ktoś, kto nie ma dzieci, nigdy bym nie zrozumiała. Tak, są rzeczy, które mogą wydawać się głupie lub śmieszne, ale gdy rozmawiamy o nich z innym rodzicem, okazuje się, że to nic nadzwyczajnego i dotyczy wielu z nas. Oto kilka z nich.

1. Cieszą nas nietypowe rzeczy 
Wiele razy przyłapałam się na tym, że weszłam do sklepu z myślą, że coś sobie kupię, a finalnie kupiłam coś dla dziecka. Nawet gdy chodzę po galerii bez założenia, że coś kupię, często kończy się tak, że kupuję jakiś drobiazg, który córka sobie upatrzyła. W końcu czego się nie robi dla tego uśmiechu. Czasem bywa tak, że gdy widzę coś ładnego dla córki, zapominam po co sama przyszłam. I już przestałam z tym walczyć.  Jako rodziców nie tak bardzo interesują nas wyprzedaże, o wiele bardziej promocje na pampersy, ciuszki czy akcesoria dla dzieci. Tylko rodzice zrozumieją, że gdy dziecko się na jakiejś czynności zafiksuje, może to robić bez ustanku, dopóki nie znajdzie sobie nowej pasji, która znów pochłonie je bez reszty. U nas ostatnio jest to robienie baniek mydlanych. Dlatego też niedawno przyłapałam się na tym jak bardzo cieszyłam się z promocji na płyn do baniek mydlanych. Nie ma to jak zrobić zapasy czegoś, co dziecko uwielbia, nie?

2. Najbardziej oczywiste, czyli zmęczenie
Zmęczenie, gdy jest się rodzicem to inny wymiar zmęczenia. Zanim zostałam mamą też bywałam zmęczona, ale fakt faktem wstawałam i kładłam się spać o której chciałam i przesypiałam całą noc, więc teraz już zmęczeniem bym tego nie nazwała. Teraz mam obok kogoś, kto poza czasem swojej drzemki nieustannie jest w ruchu, nieustannie mnie zagaduje, bierze za rękę i zaprasza do zabawy albo wyciąga na spacer. Także nie dość, że wykształciłam oczy z tyłu głowy, to przez większość czasu jestem skupiona i czujna, bo mały człowiek ma zadziwiającą zdolność pakowania się w tarapaty, gdy tylko zniknie z oczu. Ale mimo to, że mam prawo być o wiele bardziej zmęczona niż dawniej, to mam też o wiele większą siłę do działania. Dziwnym trafem, gdy rano patrzę w te oczy, zapominam, że nie chciało mi się wstawać. I jest jeszcze jeden plus - wcześniej ciężko było mi się zmusić do regularnej aktywności fizycznej - obecnie... chyba nigdy wcześniej nie robiłam regularnie tyle kroków, co teraz.

3.Granicą zaczyna być tylko wyobraźnia 
Będąc mamą robię mnóstwo rzeczy, które dawniej byłyby dla mnie niekomfortowe. Zwłaszcza, że nigdy nie lubiłam się wyróżniać czy zwracać na siebie uwagi. Teraz jestem mamą małego człowieka, który nawiązuje kontakt z każdą napotkaną osobą, bądź inne osoby próbują nawiązać kontakt z nim - "O, jakie śliczne dziecko", "A czemu tak uciekasz mamie?", a na spacerze zatrzymuje się w najróżniejszych miejscach w poszukiwaniu skarbów, staje obok kałuży i wrzuca do niej wszystko, co znajdzie w pobliżu lub szuka najdłuższego patyka, żeby sobie z nim pospacerować, ciągnąć go po ziemi, więc już nic mnie nie zdziwi. 

4. Czas, a raczej jego ciągły deficyt
Choć jako mama z zarządzaniem czasem radzę sobie o wiele lepiej niż zanim miałam dziecko, to trzeba przyznać, że czas z macierzyństwie jest dobrem deficytowym, szczególnie ten czas tylko dla siebie. A gdy już mam tą chwila dla siebie, mija gdy tylko zdążę usiąść z kawą i chwilę odsapnąć.

5. Lęki
Wraz z dzieckiem rodzą się lęki i niektóre z nich zostają na zawsze, jak lęk czy obawa o bezpieczeństwo dziecka. W końcu nie jesteśmy już odpowiedzialni tylko za siebie, a pojawia się ktoś kto polega tylko i wyłącznie na nas. Tylko rodzice zrozumieją, jak wiele energii trzeba poświęcić, by takiego człowieka, którego wszędzie pełno i nie cofnie się przed niczym, utrzymać przy życiu. 
Jest jeszcze lęk wywoływany jest przez płacz dziecka. Choć wiemy, że na początku to jedyne narzędzie komunikacji, płacz zawsze wywołuje nieprzyjemne odczucia i sprawia, że chcemy natychmiast pomóc, choćby chodziło tylko o drobnostkę. 
I jeszcze jeden z gorszych leków - lęk przed wybudzeniem z drzemki. Dla mnie nie ma nic gorszego, niż za krótka drzemka malucha. Raz, że nie zdążę się zregenerować, dwa marudny mały człowiek to marudny mały człowiek - wymaga o wiele więcej zasobów energii. Co innego wyspany, którego cieszy wszystko i chętnie zrobi wszystko, co zaproponujesz. 

6. Zmiana sposobu patrzenia na wiele rzeczy 
Gdy stajemy się rodzicami, zupełnie inne rzeczy stają się dla nas ważne. Uczymy się też patrzenia z dystansem na wszystko inne, co do tej pory nas zajmowało. Kiedyś mogła być to praca, pieniądze, nowa pasja czy znajomi. Spędzając większość czasu przy opiece nad dzieckiem, w swoim wolnym czasie, którego nie mamy już tyle, co wcześniej, robimy tylko te rzeczy, które są naprawdę wartościowe i warte naszej uwagi. Potrafimy z tych mniej ważnych zrezygnować. 

7. Zmiana charakteru 
My stwarzamy dziecko, ale nie bez powodu mówi się też, że to dzieci stwarzają nas.  Uczymy się stawiania dobra innego człowieka ponad swoje i cierpliwości, jakiej tylko małe niesforne, władające rączki we wszystko i często wybuchające płaczem dziecko potrafi nauczyć. Ze zdumieniem odkrywamy, że stajemy się wersją siebie, której wcześniej nie znaliśmy - tą lepszą wersją. Kimś, kto wie, że to, na czym mu najbardziej zależy, to wszystko co najlepsze dla tego małego człowieka. Kimś, kto ma w sobie więcej spokoju i pozytywnych myśli. W końcu musimy być oparciem dla tego małego człowieka. 

Czy macie takie rzeczy, które zrozumieć mogą tylko inni rodzice? Co jeszcze dodalibyście do tej listy?

piątek, 4 września 2026

Lekcja pierwsza: nie ufaj nikomu

Na mojej skroni pulsuje żyła. Dopuszczam możliwość, że rzuci się na mnie i mnie zabije, zanim dokończymy tę rozmowę. Zanim mój mąż przyzna się, że robił to, co robił, gdy go obserwowałam. Jakaś część mnie chciałaby, żeby tak się stało. 
Przyznam, że czasem, gdy mam zły dzień lubię sięgnąć po taką mroczną historię pełną ciemnych charakterów i wydarzeń, które mogą wstrząsnąć. Pozwala mi to nabrać dystansu i choć może to nienajlepszy sposób, by ogarnąć złe samopoczucie, to w pewien sposób daje ukojenie, w końcu zawsze mogło być gorzej. Okazało się, że "Nauczyciele" to właśnie jedna z takich historii, choć wcale się na to nie zapowiadało.

Eve i Nathaniel to na pozór przykładne małżeństwo. Oboje pracują jako nauczyciele. I tylko oni wiedzą, że ich związek już od dawna nie jest taki jak powinien być. Jakby tego było mało, do ich grup trafia Addie - uczennica znana w liceum Caseham ze skandalu - plotkowano wtedy, że ma romans z nauczycielem. Jest jednak coś jeszcze gorszego, co Addie ukrywa. Eve niepokoi się, że nie można jej ufać i przestrzega przed nią męża. Czemu ta szesnastolatka ma opinię dziewczyny, która przynosi problemy?
Jestem taką szczęściarą. Mam piękny dom, satysfakcjonującą pracę i męża, który jest miły, łagodny i niesamowicie przystojny. A jednak gdy Nate wyprowadza samochód na drogę i włącza się do ruchu, kierując się w stronę szkoły, mogę myśleć jedynie o tym, że mam nadzieję, że jakaś ciężarówka przejedzie na czerwonym świetle, zmiecie naszą hondę i zabije nas oboje na miejscu. 
Kiedyś zdarzyło mi się obejrzeć "Trudne sprawy" czy "Szkołę". Tu mamy kombinację właśnie takich dramatów na miarę tych seriali, ale w zdecydowanie lepszym i wydaniu i z głębszym przekazem. No i jest to thriller, więc trochę Wami wstrząśnie. Trochę to mało powiedziane, bo w tej książce naprawdę źle się dzieje i niejedno życie jest zagrożone.

Sądząc po opisie historia może wydawać się nieco banalna i przewidywalna - tu się po części zgodzę. Do pewnego momentu akcja toczy się dokładnie tak, jak bym się tego spodziewała, gmatwa się dopiero nieco później. Nie zepsuło mi to jednak radości z czytania. Autorka prowadzi narrację bardzo ciekawie. Książka ma to coś, co po prostu zmusza, by czytać dalej. Może to, że autorka nie próbuje na siłę budować napięcia, po prostu powoli wprowadza nas w historię bohaterów, cały czas pozostawiając jakieś niedopowiedzenia. Gdy już myślimy, że więcej się nie wydarzy, nagle zmienia się wszystko.

Dużym plusem dla mnie jest też narracja pierwszoosobowa z różnych perspektyw. Mamy tu też perspektywę Addie, czyli szesnastolatki. Zawsze ostrożnie podchodzę do książek, gdzie mamy nastolatkę czy nastolatka jako narratora, bo bywa, że jest sztucznie albo nudno. Tutaj jednak bohaterka była dość przekonująca.

Kolejnym plusem były dla mnie bardzo przekonujące portrety psychologiczne bohaterów. Każda z postaci była naprawdę przemyślana i odwzorowana z dbałością o każdy szczegół. Nate - przystojny nauczyciel angielskiego i poeta, z pozoru miły i oddany uczniom, jednak jak każda z postaci w tej książce skrywa coś więcej. Eve - nielubiana przez uczniów, surowa i wymagająca nauczycielka matematyki - kto z nas nie miał takiej w szkole?  Jednak nawet ona okazuje się być nieprzewidywalna. I Addie - uczennica, która oddałaby wszystko, by być w szkole niewidzialna, jednak ani trochę jej to nie wychodzi. Problemy, których doświadcza w środowisku szkolnym cierpliwie znosi, bo wie, że nie to jest najgorsze. Można powiedzieć, że każda z postaci nie do końca jest tym, kim się wydaje. Lubię takich bohaterów, których zachowania ciężko przewidzieć.

Może nie wybitna historia, gdyż jak wspominałam, z początku trochę przewidziałam, co będzie się działo, ale naprawdę bardzo dobra. I zdecydowanie na długo zapada w pamięć. Na pewno przeczytam więcej książek tej autorki, bo ta pozycja bardzo wyróżnia się spośród thrillerów psychologicznych, które do tej pory poznałam. Czy pozostałe jej książki też są dobre, czy lepsze?


Moja ocena: 8/10

Freida McFadden, Nauczyciele

Ilość stron: 434

Wydawnictwo Czwarta Strona

Data premiery: 27.08.2025