wtorek, 25 sierpnia 2026

Dziecko to mistrz zachwytu i zachwycania

Jak już wspominałam wcześniej, w macierzyństwie nieustannie coś mnie zaskakuje. Czas spędzony z dzieckiem, choć bywa trudny, to jest też wyjątkowy. Po części dlatego, że każda chwila, którą przeżywamy, jest ostatnią. Dziś masz przed sobą niesforną i energiczną dwulatkę, ale nim się obejrzysz będzie już dorosła. Gdybyś miała jednak wybrać tylko jedną rzecz, którą w spędzaniu czasu z dzieckiem lubisz najbardziej, co by to było? Ja osobiście mam takich rzeczy mnóstwo.

Wczoraj podczas przygotowywania kolacji, córka, jak to zwykle bywa, chciała pomóc. Układała więc pokrojone warzywa na blaszce siedząc na blacie kuchennym. Ja w tym czasie patrzyłam, jaką radość sprawia jej każdy kolejny kawałek, który bierze do rączki i z jakim zapałem je układa. Choć było ich na tyle dużo, że mogłaby się znudzić i iść do innej zabawy, to nie przerywała sobie, dopóki nie ułożyła wszystkich. Gdybym miała wybrać, co najbardziej kocham w spędzaniu czasu z dzieckiem, to byłoby właśnie to. Małe rączki dziecka, które chcą zaangażować się we wszystko, co robisz, nawet jeśli to jeszcze ponad jego możliwości. Zapał, jaki towarzyszy każdej wykonywanej przez nie czynności. Radość z tego, co robi, nawet jeśli to są tylko proste rzeczy. Stuprocentowe zaangażowanie i skupienie. Dziecko wykonując daną czynność jest tylko tu i teraz, nic poza tym się nie liczy, włada w to całe serce. I jeszcze ta ciągła chęć naśladowania wszystkiego, co robisz. Przy dosłownie każdej czynności. Niesamowite, a czasem bywa zabawne. 

Jemy śniadanie, słońce świeci i zapowiada się ładny dzień. Mała siedzi naprzeciwko i zadowolona wybiera kawałki owoców z owsianki. Złapałam się na tym, że coraz częściej dostrzegam takie małe, pozornie nic nie znaczące drobiazgi. Nauczyłam się żyć wolniej i doceniać małe rzeczy. To chyba dzięki niej. Dzieci są mistrzami w zachwycie nad małymi rzeczami. Ulubiona przekąska, coś nowego, co znajdzie na spacerze, czy zwyczajna sytuacja, o której opowiada potem z takim zachwytem, jakby przeżyła coś niezwykle fascynującego. Najpiękniejsze, co może być. 

Idziemy się usypiać. Córka od jakiegoś czasu zabiera ze sobą do sypialni dwa pluszaki, jednego bierze ze sobą do łóżka, a drugiego mi daje i każe z nim spać. Oprócz tego bierze jeszcze dwie butelki wody - da siebie i dla mamy. Kocham też to, że choć takie małe dziecko, skupia się głównie na swoich potrzebach, myśli też o Tobie. Że idąc do sypialni, niesie dwa pluszaki i jednego oddaje Tobie, myśląc, że też będziesz go potrzebować. Oprócz swojej butelki wody, próbuje złapać też Twoją, choć jest cięższa. Bo skoro ono będzie chciało pić przed snem Ty pewnie też. Mało tego, opiekuje się nawet lalką czy pluszakiem i to najlepiej jak potrafi. Przytula, całuje, usypia, czyta książeczki. Wzruszają mnie takie drobiazgi, które dzieci robi same z siebie, choć nikt ich tego nie uczy.

To tylko kilka losowych przykładów, bo jest ich znacznie więcej i nie sposób wymienić wszystkiego, nawet nie będę próbować. Co Wy najbardziej doceniacie w czasie spędzonym z dziećmi?

piątek, 21 sierpnia 2026

Jak bardzo można skrzywdzić dziecko?

Ludziom się wydaje, że czas leczy rany i te zadane w serce prędzej czy później zawsze się goją. Tylko co w sytuacji, gdy tragedia, której doświadczamy, dosłownie nam to serce rozrywa? Niby jak poskładać je do kupy po takiej traumie? 
Po książki tego autora już dawno nie sięgałam, bo zawsze miałam po nich niedosyt, czegoś mi tam brakowało. Gdy zobaczyłam "Porzucone dziecko", uznałam, że to jest ten moment, by spróbować ponownie.

Kornel jako dziecko doświadczył chyba wszystkiego, co najgorsze, a potem został wywieziony z dala od domu i porzucony. Obecnie jest autorem bestsellerowych reportaży, ma nastoletnią córkę, a jego żona jest chora na raka. Do Cisowic, małej miejscowości w sąsiedztwie Bieszczad, gdzie znajduje się dobre hospicjum, sprowadza go choroba żony, ale także... chęć zemsty za wszystkie traumy, których doświadczył jako dziecko. I co najbardziej niepokojące - wydaje się być zdolny do wszystkiego. 

Pielęgniarka wręczyła mi otuloną ręcznikiem Patrycję: różowiutką, grzecznie śpiącą dziewczynkę z gładziutką skórą. Wydawała się tak delikatna, że bałem się jej dotknąć, by jej nie uszkodzić. Wreszcie przemogłem się i przyłożyłem czubek palca do wierzchu jej malutkiej dłoni. I nagle ogarnął mnie chłód, a w sali zgasło światło. Stałem tam sam z córką i nasłuchiwałem biegających w mroku bestii. Rechotały triumfalnie, dając mi do zrozumienia, że tak naprawdę nigdy się od nich nie uwolniłem. One zawsze we mnie były: przyczajone na dnie duszy, czekające na idealny moment, by ponownie zaatakować i odrzuć mnie z nadziei na to, że kiedyś będę mógł normalnie żyć. 
Książka w moim odczuciu bardzo dobra. Znalazłam w niej to, co lubię najbardziej, czyli powody do zastanowienia nad kilkoma istotnymi kwestiami. Porusza bowiem bardzo ważny i ciężki temat jakim są dziecięce traumy, a z drugiej strony odpowiedzialne, czy raczej w tym przypadku nieodpowiedzialne rodzicielstwo, które może mieć zgubne konsekwencje. Zwraca uwagę na to, że każdy z nas, a dziecko w szczególności, do życia potrzebuje zaspokojenia potrzeb takich jak miłość i bezpieczeństwo. I gdy tego nie doświadcza, a zamiast tego doświadcza całego wachlarza negatywnych emocji i lekkomyślnych i krzywdzących zachowań rodziców, ciągnie się to potem za nim przez całe życie. Temat ważny, bo o takich rodzicach wiele się teraz słyszy. Nasuwa się więc pytanie - czy stajemy się coraz bardziej nieczuli na krzywdę, szczególnie krzywdę dzieci, które w żaden sposób przed tym się nie obronią?

Jest jeszcze drugi, nie mniej ważny temat - chęć zemsty takiego właśnie skrzywdzonego dziecka. Przez całą lekturę z niepokojem patrzymy, jak ta potrzeba zemsty dojrzewa i podpowiada bohaterowi rozwiązania jego zdaniem idealne, które planuje zmienić w czyny. I zadajemy sobie pytanie - do czego człowiek z tak wyniszczoną psychiką jest zdolny? Czy istnieje zemsta doskonała? 

Kornel jest bohaterem ciekawym i nieprzewidywalnym. Doświadcza szeregu różnych emocji i przechodzi przez najróżniejsze - w tym też te najgorsze wydarzenia życiowe. O wszystkim się dowiadujemy, ale nie od razu. Autor długo pozostawia to w tajemnicy, stopniowo odkrywając przed nami karty. Umiejętnie manipuluje czytelnikiem i jego emocjami. Podobała mi się ta ciągła niepewność i ciekawość, co będzie dalej.

Byłabym skłonna ocenić lekturę wysoko, ale znalazłam kilka mankamentów. Pierwsze, co mi się nie spodobało, to narracja z punktu widzenia małego dziecka, która sprawia, że początkowo czyta się dziwnie. Dla mnie trochę abstrakcyjne było łączenie w narracji z przeszłości języka małego dziecka i człowieka dorosłego. Na szczęście miało to miejsce tylko na początku książki. Mam też trochę zarzutów do głównego bohatera. Momentami w moim odczuciu jego działania były nieco naciągane i abstrakcyjne. Nawet mając wzgląd na jego traumy, momentami nie potrafiłam mu współczuć, a wręcz odpychało mnie to, co robi. 

Mimo tych mankamentów, ogółem książka wypada naprawdę dobrze. Jest to mocna historia, można nawet powiedzieć jazda bez trzymanki. Porusza trudne i jednocześnie bardzo istotne życiowe kwestie, a oprócz tego jest to historia z morałem.  A do tego kończy się tak, że wręcz wymusza sięgnięcie po kolejną część, czyli w najlepszy możliwy sposób - nie wiem jak Wy, ale ja lubię takie tajemnicze zakończenia. 


Moja ocena 7/10
Marcel Moss, Porzucone dziecko
Ilość stron: 351
Wydawnictwo: Filia
Data premiery: 24.09.2025

wtorek, 18 sierpnia 2026

Dziecko dla świata, czyli o sztuce przeżywania ostatnich razów

Gdy na świecie pojawia się nasze maleństwo, cieszymy się tą chwilą, jakby miała ona trwać wiecznie. Albo wręcz przeciwnie - gdy pojawiają się trudności, trudniej nam się cieszyć, próbujemy tylko się nie załamać i z utęsknieniem czekamy, aż ten ciężki dzień czy etap się wreszcie skończy. Tak czy inaczej, nikt nie przygotował nas na to, że to wszystko kiedyś się skończy. 

Jak już wcześniej wspominałam, w byciu mamą nieustannie coś mnie zaskakuje. Ostatnio spacerowałyśmy z córką i jej zabawkową spacerówką. Pierwszy raz wpadła na to, żeby zabrać ją na spacer, a jako że kreatywności u tego dziecka nie ma końca, wspieram ją w realizacji wszystkich pomysłów - o ile to, co chce zrobić jest bezpieczne i w granicach normy. Wyszłyśmy więc i biegała w szalonym tempie ciągnąc przed sobą spacerówkę przez godzinę, z zapałem pokonując wszystkie schody i podjazdy po drodze. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko jest już sprawnie fizycznie i skłonne do ryzyka. Ale uświadomiłam sobie coś jeszcze, a mianowicie, że na taką zamianę ról też nie byłam przygotowana. Przecież jeszcze dosłownie chwilę temu to ja prowadziłam wózek, a ten maluch grzecznie siedział. Macierzyństwo to niezliczona ilość zarówno pierwszych jak i "ostatnich razów", na które nigdy nie będziemy gotowi.

Bo chwile z małym dzieckiem, nie tylko te pełne zachwytów, ale też te trudne, mijają szybciej, niż jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić. Kiedyś nie będzie już ciągłego marudzenia malucha, że chce wyjść na spacer. Tej energii, dzięki której maluch nieustannie się wierci i pełno go wszędzie. Ciągłego wołania "mama", gdy tylko zaczniesz przygotowywać posiłek. Ciągłych wybuchów złości, gdy coś idzie nie po jego myśli. Proszenia kilkanaście razy dziennie o jeszcze jedną książeczkę. Głośnego śmiechu, gdy udało mu się coś nabroić i tego badawczego spojrzenia, po którym już wiesz, że coś kombinuje. Zabawek porozrzucanych w najdziwniejszych miejscach. Piasku wszędzie i brudnych po całym dniu zabawy stópek. Beztroskich spacerów i rytuałów, które są tylko Wasze. Radości i absolutnej fascynacji, gdy nagle przez przypadek odkrywa coś nowego. Ulubionego pluszaka, którego zabiera wszędzie i nieraz już zaginął i się odnalazł. Wygłupów i łaskotania. Małych rączek, które wyciąga do Ciebie niezliczoną ilość razy dziennie z miliona różnych powodów. Pierwszych nieporadnych słów, które tak rozczulają. Oczu wpatrzonych w ciebie z wyrazem całkowitego zaufania. 

Nim się obejrzymy, ten mały człowiek już nie będzie słodki i mały. Gdzieś trafiłam na stwierdzenie, że dzieci rodzimy nie dla siebie, a dla świata. Piękne to, ale i okrutne zarazem. Musimy pogodzić się z tym, że wszystko dane jest nam tylko na chwilę. Nikt nas nie przygotował na to, że kiedyś ten maluszek, to nasze drugie serce na dwóch nogach, pójdzie w świat i będzie żyć własnym życiem. Na razie jednak wolę o tym nie myśleć. Czy też Was to przeraża? Jak sobie z tym radzicie?