wtorek, 7 kwietnia 2026

Obcy, czy nie - gdzie jest granica?

Kojarzycie ten moment przy świątecznym stole, gdy wszyscy rozmawiają, jest wesoło, miło i chciałoby się choć na chwilę zatrzymać czas? W te święta pierwszy raz od dawna było u nas mnóstwo krewnych, których nie miałam okazji widzieć przez kilka lat. Zebraliśmy się wszyscy, by razem pomodlić się za zmarłą babcię, bo akurat przypadał termin mszy. 

Choć powinniśmy być ze sobą blisko, często jest tak, że nawet bliską rodzinę widujemy tylko od święta. Praca, codzienne obowiązki, skupienie tylko na bieżących rzeczach - wszystko przestaje mieć znaczenie dopiero gdy ktoś umiera. Wtedy zatrzymujemy się na chwilę. Przypominamy sobie, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Że nic nie zwróci nam minionego czasu, który można było spędzić razem. A czas ucieka szybko, zbyt szybko. I nim się obejrzymy, kuzyni, którzy jeszcze wczoraj bawili się z nami w wojnę są dorośli. My jesteśmy dorośli. Już się nie bawimy. Już nawet nie wiemy, co u nich słychać. Nasi rodzice i wujkowie są coraz starsi. Dziadkowie, którzy zawsze znajdowali receptę na nasze małe i duże problemy, powoli przestają być częścią naszego życia. Czasami zauważamy to zbyt późno, by coś zrobić. 

Lubię święta, bo zawsze to jakiś pretekst, żeby się spotkać. Pobyć razem, porozmawiać, zatrzymać się właśnie na tę chwilę. Na co dzień często tego nie doceniamy. Z czasem coraz bardziej dociera do mnie, że to właśnie ta chwila jest najcenniejszym, co mamy. Co może być ważniejszego od czasu, który spędzamy z kimś bliskim? 

Nasze losy przeplatają się w dziwny i niezbadany sposób. Bo kim właściwie jest bliska osoba? To też w pewnym sensie obcy człowiek, z którym połączyło cię kilka spędzonych chwil. Dłuższych lub krótszych. Patrzysz na swoją drugą połówkę i myślisz, że przecież on też kiedyś był ci obojętny. I gdyby nie ta przysłowiowa kawa, przypadkowo wymieniony numer telefonu, jakiś impuls, który skłonił was do rozmowy czy jakakolwiek inna przypadkowa okoliczność, która doprowadziła do tego, że się poznaliście, dzisiaj patrzyłabyś na niego jak na innych przechodniów na ulicy. I nie czuła tego bolesnego ukłucia na myśl, że gdyby go zabrakło, świat mógłby przestać istnieć. 

Doceniajmy chwile. Szczególnie te, w których mamy przy sobie bliskie osoby. Bo to jest najcenniejsze, choć na co dzień nie przywiązujemy do tego wystarczającej wagi. 



wtorek, 31 marca 2026

Będą mówić, że dziecko to utrapienie... to ważne, byś im nie uwierzyła

        Muszę Wam się do czegoś przyznać. Decydując się na pierwsze dziecko zupełnie nie miałam pojęcia, co robię. Bo i skąd mogłabym mieć? Czym innym jest obserwacja czy słuchanie innych, a czym innym doświadczenie czegokolwiek samemu. Będąc w ciąży wiedziałam tylko, że już niedługo będę opiekować się małym człowiekiem, którego życie będzie zależało ode mnie. Czy to nie przerażające? Oczywiście, że tak. Idąc tym tropem, dlaczego więc decydujemy się na dzieci? 

        Nieprzespane noce, ząbkowanie, bunt dwulatka i skoki rozwojowe - tym był straszony każdy przyszły rodzic. Ileż to ja się nasłuchałam i naoglądałam relacji mam, które narzekają, bo dziecko nie daje spać, bo wychodzą ząbki, bo krzyczy, buntuje się i złości. I wiecie co? Ja już mam taką naturę, że martwię się na zapas. Co będzie jak nie podołam? Jak nie będę umiała być mamą? Zawsze spodziewam się najgorszego. Ale nie taki diabeł straszny. Muszę przyznać, że (odpukać) trafił mi się jakiś cudowny "egzemplarz". Nie zaobserwowałam żadnych regresów snu. Zęby wyszły jeden po drugim, dosłownie patrzę - o nowy ząbek, bez żadnych strasznych dolegliwości. Jak zombie też nie chodzę zarywając kilka nocy z rzędu, bo kilka pobudek, po których od razu zasypiam to jeszcze da się przeżyć. Najcięższą chorobą z jaką do tej pory walczyłam u dziecka był katar (tu było naprawdę strasznie, bo aspirator i inhalator to wrogowie numer jeden, więc płacz, krzyk i uciekanie na porządku dziennym, ale cóż, to tylko katar). 

        Boimy się też samego porodu. I słusznie, bo to żywioł, więc nie wiemy czego się spodziewać, a mózg pamięta wszystkie najgorsze zasłyszane historie o porodach przedłużających się i z komplikacjami. Cóż, urodziłam siłami natury bez znieczulenia w takim tempie, że jedna z obecnych na sali lekarka powiedziała, żeby przy kolejnym porodzie poinformować, że pierwszy był szybki. 

        Dużo by jeszcze wyliczać, które z moich obaw nijak się miały do rzeczywistości. Ale żałuję jednej rzeczy. Tego, że wcześniej nie wiedziałam tego, co wiem teraz. A tego nawet nie da się opisać i przekazać komuś, kto tego nie doświadczył, więc jak mogłabym to wiedzieć? Żałuję, że nie wiedziałam, że można kogoś tak kochać. Kiedy pierwszy raz spojrzałam w oczy stworzonego przez siebie człowieka, jeszcze nie byłam tego świadoma. Że to małe, upaćkane, jeszcze też niczego nieświadome stworzonko, stanie się moim wszystkim. To przyszło z czasem. Na początku był tylko lęk. Czy wszystko robię dobrze, czy niczego jej nie brakuje i przede wszystkim czy oddycha. I w tej kwestii niewiele się zmieniło. Ale z czasem zaczęła wszystko bacznie obserwować, uśmiechać się i komentować rzeczywistość po swojemu, a moje serce rosło. Teraz, gdy już zaczęła chodzić (czytaj: uciekać, jak szalona, gdy tylko nadarzy się okazja) i wymieniać się ze mną myślami (nie wiedziałam, ile można przekazać za pomocą kilku słów, uzupełniając to wymyślonym przez siebie językiem migowym), wiem, że najgorsze już za nami. Mogę odetchnąć i cieszyć się tym, że codziennie wieczorem słucham wykładu w języku kosmitów, a codziennie rano widzę ten psotny uśmiech. 

        Ale nie tylko o to mi chodzi. Kiedyś patrząc na inne dzieci i innych rodziców, myślałam tylko, że na to, czyli na rodzicielstwo, nie da się być gotowym nigdy. Bo jak można spędzać całą dobę z takim małym brzdącem, który ciągle coś chce, nie da posiedzieć w spokoju i przede wszystkim - jest i zawsze już przy tobie będzie - nie będzie ci dane już tak naprawdę posiedzieć w samotności. To duże obciążenie i odpowiedzialność. I teraz też wcale tego nie neguję. Ale zyskałam zupełnie inną perspektywę. Przecież ten mały brzdąc to nie jest jakieś tam obce dziecko, tylko moje drugie serce na własnych nogach. I dbam o nie bardziej niż o siebie, nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że nic już nie liczy się bardziej. Bo czy można na tym świecie doświadczyć czegoś bardziej ekscytującego niż stworzenie nowego człowieka? 

        Czy też macie podobne doświadczenia? A może uważacie zupełnie inaczej? Co byście chciały wiedzieć przed urodzeniem pierwszego dziecka? Ja mam mnóstwo takich kwestii. Dziś tylko o najważniejszych, ale może zrobi się z tego nowa seria? - "Tego się nie dowiesz, dopóki nie zostaniesz mamą". Co Wy na to?

poniedziałek, 23 marca 2026

Trudne wybory, a raczej "Wybór diabła"

        Oj dawno mnie tu nie było. Chciałam trochę odpocząć od mediów społecznościowych i skupić się tylko na dziecku. Tłumaczyłam sobie, że na pisanie nie ma czasu. Jednak brakowało mi tego bardzo, więc zamierzam już wrócić do regularnego pisania i odwiedzania blogów. Będzie też więcej nowych treści, innych niż dotychczas, ale o tym przekonacie się już z czasem. Recenzje oczywiście będą dalej.

Nocne urojenia mają to do siebie, że znikają o poranku, kiedy powraca najgorszy z koszmarów - rzeczywistość.

        Długo czekałam z przeczytaniem ostatniej części serii kultowej już serii o Kubie Sobańskim. Nie miałam też wobec niej wielkich oczekiwań, w końcu to już dziewiąta część serii, a ile można pisać o jednym bohaterze. Myślałam, że może być trochę nudno, ale jak się okazało niesłusznie.

       Kuba ma na sumieniu już niejedno życie. I choć w pewnym stopniu udało mu się uniknąć konsekwencji, musi się liczyć z tym, że jego czyny nie pozostają bez echa. W tej serii wróci jego dawna znajoma, która dzieli z nim mroczne sekrety i której powrót może być dla Kuby tragiczny w skutkach. Zgłasza się ona do kancelarii Dony Sabinowskiej, dziewczyny Kuby, która nie ma pojęcia o tym, co łączy tych dwoje. Z tego ponownego spotkania po latach nie może wyniknąć nic dobrego. Z kolei na życie Dony też czyha pewien człowiek, którego działania Kuba będzie musiał powstrzymać. W tej części również i sam Kuba będzie bał się o swoje życie...

        Jeśli ktoś już zdążył się polubić z głównym bohaterem, jego mroczną duszą, a raczej jak mawia sam Kuba - jej brakiem - i jego nietypowymi "przygodami", to bez wahania może przeczytać kolejną część serii. Sama przyznaję, że jest w nim coś zwyczajnego, a jednocześnie niezwykłego - jakbyśmy czytali o przyjacielu, którego los nie pozostaje nam obojętny, szli razem z nim tą pokręconą drogą, którą sobie obrał, gdzieś w głębi ducha ciesząc się, że nasza codzienność jest o wiele mniej skomplikowana. 


Moja ocena: 7/10

Adrian Bednarek, Wybór diabła

Ilość stron: 455

Wydawnictwo: Zaczytani

Data premiery: 24.10.2025