piątek, 16 października 2026

Nigdy nie można być pewnym, do czego jest zdolny drugi człowiek

Pomimo wszystko trudno jest mi sobie wyobrazić, że byłaby w stanie zrobić coś tak diabolicznego i zamierzonego. Ale nie jest to niemożliwe. Nigdy nie można być pewnym, do czego jest zdolny drugi człowiek.

Kolejna książka autorki, która już po pierwszym spotkaniu z jej twórczością dołączyła do grona moich ulubionych. Powiedziałabym nawet, że jej książki to pewien rodzaj uzależnienia - nie mogę się doczekać, aż będę ją mieć, a gdy już zaczynam czytać, znika szybciej niż zdążę się obejrzeć. Czy w przypadku "Lokatorki" było tak samo?

Widzę coś, co wstrząsa mną do głębi. Mrugam, pewien, że to musi być jakaś halucynacja, ponieważ to, na co patrzę, zwyczajnie nie jest możliwe. (...). Moje serce na chwilę przestaje bić. 

Blake Porter wydaje się być szczęściarzem - ma kochającą narzeczoną, dobrą pracę i wymarzony dom. Jednak w dniu, gdy z niezrozumiałych dla niego powodów traci pracę, cała ta bańka pęka. By ratować swoją sytuację finansową, jest zmuszony wynająć jeden z pokoi. Po spotkaniach z potencjalnymi lokatorami, które okazały się katastrofą, zgłasza się Whitney. Jest miła uprzejma i "normalna". Z ulgą przyjął ją pod swój dach, bo wydawało się, że nie będzie sprawiać kłopotów, i niemal od razu tego pożałował. Kilka dni po jej wprowadzeniu się zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Z dnia na dzień zaczyna być coraz bardziej niepokojąco. Blake nie zdaje sobie jednak sprawy w jakim jest niebezpieczeństwie...

Do tej pory nie potrafię powiedzieć, co jest takiego w książkach tej autorki, że biorę je do ręki i przepadam bez reszty. Bohaterowie są tacy zwyczajni i mają zwyczajne problemy. Może właśnie to jest najbardziej poruszające. Gdy myślimy, że nasze życie jest zwyczajne i spokojne, nie oznacza to, że nic strasznego nie może nas dosięgnąć. Blake i Krista dobrze się znają i planują wspólną przyszłość. Są zgodną i wspierającą się nawzajem parą. Wydaje się, że nic nie może ich poróżnić, nawet problemy finansowe nie stanowią problemu, bo od razu znajdują rozwiązanie. Jednak nowa lokatorka wprowadza nieco zamętu w ich spokojne, ustabilizowane życie. 

Historia jest naprawdę niepokojąca i trzymająca w napięciu i to od samego początku do końca. Niepokojące wydarzenia, których doświadczamy wraz z bohaterami i które mają miejsce od wprowadzenia się Whitney na początku wydają się małe i nic nieznaczące, potem szokują coraz bardziej. Cały czas zastanawiałam się co takiego skrywa ta dziewczyna pod maską normalności? I jaki ma cel w tym, co robi? I choć cały czas się zastanawiałam, potem i tak wszystkie moje teorie okazały się do niczego - w pewnym momencie po prostu "zbierałam szczękę z podłogi". Jest to jedna z tych lektur, w których wydaje nam się, że czegoś się domyślamy, a autorka robi sobie z tego okrutny żart. Ale to właśnie najbardziej lubię w thrillerach - w końcu są po to, żeby nami wstrząsnąć. 

Narracja jest spójnie i ciekawie poprowadzona. Rozdziały często urywane są w momencie, gdy niepokoimy się najbardziej, co sprawia, że lektura jest naprawdę mocna i ciężko się oderwać - nie polecam zaczynać późnym wieczorem...

Jak już wcześniej wspomniałam, chyba najbardziej niepokojące było to, jak szybko szczęśliwe, spokojne i ustabilizowane życie może zmienić się w koszmar. Wydaje nam się, że mamy kontrolę nad wszystkim, a wystarczy jedno niepozorne zdarzenie, by cały nasz uporządkowany świat zatrząsł się w posadach. 

Zdecydowanie jest to jedna z tych książek, których długo nie zapomnicie.


Moja ocena: 9/10

Freida McFadden, Lokatorka

Ilość stron: 408

Wydawnictwo Czwarta Strona

Data premiery: 11.03.2026

wtorek, 13 października 2026

O świecie bez dzieci i radości z kupki liści

Zwyczajny jesienny dzień - szaro, buro i ponuro. Nawet słońce schowało się za chmurami. Wszędzie tylko tłumy przechodniów poważnych, zamyślonych sunących ulicami. I obok ten jeden mały człowiek, który z radosnymi okrzykami podrzuca do góry kupkę liści. Patrzysz na niego i od razu robi się cieplej na sercu, a ten dzień staje się bardziej pogodny.

Czy świat w którym nie byłoby dzieci byłby tym samym miejscem? Wyobraźmy sobie świat, w którym pojawiamy się na świecie od razu jako nastolatkowie lub dorośli. Innymi słowy świat bez dzieci. Świat, w którym nie ma małych, bezradnych niemowlaków, które tylko leżą i śpią albo krzyczą. Nie ma niewyspanych i zmęczonych matek. Nie ma też małych dzieci, które wkładają ręce gdzie się da i wszystkiego dotykają. Biegają wszędzie. Denerwują się i wybuchają histerycznym płaczem, gdy zabronimy im lizać śmietnik lub toaletę. I we wszystkim potrzebują pomocy rodzica. Nie ma też niezliczonej ilości placków i naleśników, z których połowa wyląduje na podłodze. Stosu brudnych ubrań i naczyń, które mnożą się jakby w domu mieszkał tuzin ludzi. W tym świecie nikt nie wybucha niekontrolowanym płaczem w najmniej komfortowej sytuacji. Nie krzyczy, bo nie dostał tego, co upatrzył sobie w kolejce w sklepie. Nie woła "mama" milion razy dziennie, gdy tylko znikniesz z pola widzenia i nie przybiega, by wejść na ręce, gdy stoisz przy garnkach. Nie napsuje tyle nerwów podczas ubierania się do wyjścia, gdy gdzieś musisz zdążyć na czas. Każdy od samego początku komunikuje się w zrozumiały sposób. Czy tak nie wyglądałaby lepsza rzeczywistość? 

Ale wyobraźmy sobie, że nie byłoby takich właśnie momentów jak ten - nie wiedzielibyśmy, jak bardzo można ucieszyć się kupką liści. Nie byłoby tych słodkich pomponików i kokardek. Nikt nie potrzebowałby przytulanek i bajek na dobranoc. Nie znalibyśmy tego nieustannego nawijania w języku kosmitów, które sprawia, że co chwila uśmiechamy się pod nosem. Tych codziennych zachwytów nad rzeczami, które dla nas dorosłych są już dawno oczywiste. Nikt nie prosiłby o jeszcze jedną książeczkę wchodząc nam na kolana. Nikt nie podbiegły i nie przytulił małymi rączkami z całej siły. Nikt nie wybuchałby śmiechem tak zaraźliwym, że oboje śmiejecie się do łez. Nie byłoby tych cudownych oczu, które zawsze patrzą z całkowitą ufnością. Tego widoku, gdy maluszek śpi wykończony po całodniowym szaleństwie. Nie doświadczylibyśmy tego małego wszechświata, w którym rozumie się tylko dziecko z rodzicem. Nie znalibyśmy tych bezbronnych małych istot, które tak bardzo chcemy chronić przed całym złem. I tego rodzaju relacji, która stwarza nas na nowo i sprawia, że stajemy się lepszą wersją siebie. Nikomu nie byłoby dane doświadczyć wachlarza emocji jaki może wywołać tylko obecność małego człowieka obok.  Nie doświadczylibyśmy tej jedynej w swoim rodzaju miłości, jaką można pokochać tylko dziecko.  

Właśnie dlatego nie wyobrażam sobie już mojego życia, w którym tego małego człowieka by nie było. Pamiętam, że zanim przyszedł na świat też byłam szczęśliwa. Ale teraz to jest zupełnie inny wymiar rzeczywistości. Czym dla was jest czas spędzony z dzieckiem?

piątek, 9 października 2026

Kto i dlaczego umrze za sześć godzin?

Co pcha ludzi do zabicia drugiego człowieka? - Pytanie zawisło w ciszy. - Myślicie, że nie potrafilibyście zabić? 

Mieliście kiedyś tak, że w książce, która przez dłuższy czas była wręcz odpychająca, w końcu coś zaskakuje i to bardzo pozytywnie? "Umrzesz za sześć godzin" to właśnie przykład takiej książki. 

Wyrafinowane morderstwa wstrząsają Warszawą. Ktoś więzi ofiary, dając im przed śmiercią do rozwiązania zagadki, dzięki którym mogą odgadnąć szyfr i się uwolnić. Ofiary nie są przypadkowe. Bardzo szybko wychodzi na jaw, że ciąg morderstw związany jest z zamkniętą sprawą sprzed dziesięciu lat. Dlaczego ktoś próbuje w tak drastyczny sposób wrócić do przeszłości i nakierować policję na coś, co już zostało wyjaśnione? Czy chodzi o zemstę? Czy śledczy zdążą w porę powstrzymać Człowieka Zagadkę?

Zawsze starał się kontrolować emocje. Nie dać się przez nie kierować. Nawet jeśli coś go intensywnie poruszało, zanim zaczął działać pod wpływem tej emocji, zmuszał się, by nabrać dystansu. Bo to nie było tak, że wszystko da się kontrolować albo że to łatwe. Natomiast czas gasił pożary.

Jako całość książkę oceniam średnio. Fabuła bardzo mi się spodobała, ale dopiero w połowie stała się interesująca. Niecodzienne morderstwa połączone z zagadkami. Para głównych bohaterów to dwóch policjantów, których dzieli znaczna różnica wielu, co nie pozostaje bez wpływu na ich relację. Niełatwo im się współpracuje, ale pomaga świadomość, że mogą na siebie liczyć niezależnie od sytuacji. Na początku w ogóle nie byli przekonujący, wręcz denerwowały mnie ich powiedzonka i nawyki. Z czasem jednak stali się bardziej znośni. Nie na tyle by ich polubić. Moim zdaniem nie są to postaci dobrze skonstruowane. Owszem, jest nieco opisana sfera ich życia prywatnego, ale jak dla mnie zbyt ubogo i mało przekonująco. A to, co najbardziej autor nam uwypukla na temat tych postaci to denerwujące nawyki jak żucie niezapalonego papierosa czy ciągle wtrącanie tego samego powiedzenia, na które ciągle jest zwracana nasza uwaga. Wszystko jest do przyjęcia, ale jeśli powtarza się co kilka zdań, staje się irytujące. I mimo tego, że historia zapowiadała się dobrze, przez te opisy bohaterów przez pierwszą połowę książki walczyłam, żeby jej nie porzucić. 

Wracając do fabuły - w drugiej części książki przestałam zwracać uwagę na denerwujących bohaterów, bo zrobiło się nieco ciekawiej. Mamy w końcu zwrotu akcji, zaczynamy niepokoić się o losy potencjalnych ofiar. Typujemy mordercę, choć im dalej się zagłębiamy w treść, tym więcej podejrzanych zostaje wykluczonych, i wszystko wydaje się być coraz bardziej zagmatwane. Autor coraz mocniej trzyma nas w niepewności aż do samego końca. Zakończenie też mi się podobało. Nieoczywiste, takie, którego nie sposób się domyślić. I poruszające. 

Najbardziej chyba jednak spodobało mi się to, że ta książka ma też drugie dno - jest to nie tylko ciekawa historia, ale też skłania do przemyśleń. Zadajemy sobie pytanie o to, czym jest sprawiedliwość. I czy definicja sprawiedliwości, którą znamy jest słuszna. Kto może wymierzać sprawiedliwość i dlaczego coś, co zostanie uznane za sprawiedliwe przez właściwe do tego organy, dla niektórych jest krzywdzące? Czy wobec tego człowiek sam może wymierzyć sprawiedliwość? Te i jeszcze kilka innych pytań będą Wam towarzyszyć podczas lektury. 

Jeśli choć trochę zainteresował Was opis fabuły, nie zniechęcajcie się początkiem, bo dalej jest ciekawie. A może to celowy zabieg, że akcja na dobre wciąga dopiero w połowie? Zdecydujecie sami. Dla mnie była to jedna z tych książek, które pamięta się na długo. 


Moja ocena: 6/10

Janusz Onufrowicz, Umrzesz za sześć godzin 

Ilość stron: 424

Wydawnictwo Prozami

Data premiery: 13.02.2025