poniedziałek, 4 maja 2026

Bałagan bałagan, więcej bałaganu - czy to się kiedyś kończy?

Pora na trzecią część naszej serii, której nadałam tytuł - "Bycie mamą - wyobrażenia vs. rzeczywistość". Było już o małym człowieku ogólnikowo - "Będą mówić, że dziecko to utrapienie - to ważne byś im nie uwierzyła" oraz trochę o zmianach w życiu po ciąży - "Mówią, że po ciąży będziesz gruba i brzydka - to ważne byś im nie uwierzyła". Tym razem bardziej błaha kwestia - bo nie wszystkie tematy, które zamierzam poruszyć będą super ważne. Będą i te zupełnie błahe czy nawet śmieszne - a mianowicie - niekończący się bałagan.

Wiem, że to już było. Nieskończoną ilość razy. Słyszałaś, że przy dziecku utrzymanie domu w nienagannym stanie graniczy z cudem. Może cud to za dużo powiedziane, ale na pewno jest to dużym wysiłkiem. I wiecie co? Tym razem nie zaprzeczam. Co więcej - podpisuję się pod tym rękami i nogami. Mamy, które mają więcej niż jednego skarba na pokładzie pewnie mnie wyśmieją - "zobaczysz, będzie gorzej - przy jednym dziecku to są wakacje". Tu się nie zgodzę. Nie jest tajemnicą, że są różne dzieci i temperamenty. Moje można zaliczyć do tych słodkich i spokojnych, takich z którym gdziekolwiek wyjdziesz, słyszysz zachwyty - "ale spokojne, pogodne dziecko, w ogóle nie płacze". Błagam! Wstrzymajmy się z ocenianiem nieswoich dzieci. Wszystkim nam to wyjdzie na dobre. Jak wspomniałam są różne dzieci i temperamenty, ale moim zdaniem nie ma takiej kategorii jak "dziecko spokojne". (Śmiem nawet twierdzić, że to stwierdzenie podparte jest wiedzą naukową). Nieprawdziwa jest też moim zdaniem teoria o tym że to dziewczynka z reguły jest cicha i spokojna, a chłopiec to wulkan energii. Bo jeśli to byłoby prawdą, to mam na pokładzie chłopca a nie dziewczynkę. 

Myślę, ze też to znacie. Bierzecie się za sprzątanie. Normalnie takie codzienne szybkie czy nawet cotygodniowe sprzątanie nie zajęłoby długo. Ale zajmuje nawet trzy razy tyle albo i dłużej ze względu na przypadkowe rzeczy leżące w różnych miejscach. Garnki, patelnie oraz inne wyposażenie luzem w kuchni na podłodze, a często nawet nie tylko w kuchni. Różne rzeczy z szafek czy szuflad powyjmowane znajdujecie w najróżniejszych miejscach. Wszystkie pluszaki, klocki, puzzle czy inne drobne elementy powyjmowane z opakowań, bo oczywiście tylko gdy zaczniecie sprzątać, nagle stają się fajne i trzeba się z nimi natychmiast pobawić. Jeszcze kiedyś, gdy miałam gorszy dzień potrafiło mnie to irytować, obecnie często myślę że to nawet urocze. Nie sam ten wszechobecny bałagan, ale to skąd się bierze. Myślę sobie, że kiedyś posprzątałam raz i wszystkie rzeczy leżały przez dłuższy czas na swoim miejscu. Obecnie wędruje wszystko bez wyjątku. Ale spójrzmy na to z innej strony.

Ten mały człowiek, te małe rączki które nieustannie muszą coś badać, poznawać oglądać, rzucać na podłogę i sprawdzać jaki dźwięk wydaje. W końcu czy da się nauczyć świata w inny sposób jak przez ciągłe dotykanie wszystkiego? Ten mały człowiek ma ważną misję, my możemy tylko obserwować i być dumni. Świadomość tego pozwala zmienić ciągłą irytację w coś w rodzaju rozczulenia.

Dziecko to mały huragan, który zostawia bałagan wszędzie, gdzie się pojawi - to nieuniknione - ale jednocześnie ma dużo chęci i zapału do pomocy w sprzątaniu i we wszystkim, co mama robi w domu. Czasem aż za dużo. Wyciąga pranie z pralki i próbuje rozwieszać. Rzuca wszystko i biegnie, gdy tylko usłyszy, że zmywarka się wyłączyła, wali w drzwiczki, wyciąga naczynia i po swojemu układa na miejsce. Nawet jeśli nie może pomóc, to przybiega i zafascynowane obserwuje co robisz. Patrzysz na to i dziwisz się, że ten człowiek nie ma jeszcze metra wzrostu i ledwie skończył rok, a już wszędzie go pełno.

Czytałam książkę, w której teoria trochę wyjaśnia cały ten proces poznawania. Mózg dziecka jest zbudowany tak, że ono samo wie, że musi być w ciągłym ruchu, żeby rozwijać się prawidłowo. Nowe struktury i połączenia mózgowe budują się przez ciągłe powtarzanie znanych już rzeczy oraz poznawanie nowych. Dla mnie niesamowita jest ta determinacja małego człowieka i ciekawość otaczającego świata.

Bałagan przy małych i nie tylko maluch dzieciach to niekończąca się historia. I ta irytacja o której wspomniałam jest normalną częścią życia każdego rodzica. Jakie są wasze odczucia w tej kwestii? Czy też zachwyca was ta dziecięca determinacja, by każdą napotkaną rzecz dotknąć obejrzeć i zbadać, a przy okazji przenieść w jakieś przypadkowe miejsce?

wtorek, 28 kwietnia 2026

"Gra na antenie", czyli jedno wielkie niewygodne pytanie


"Nie mógł tego zrobić jeden człowiek, prawda? Niespełna trzy godziny i miasto padło na kolana. Jak to w ogóle możliwe?"
Kolejna moja książka J.D. Barkera, po serii Czwarta malpa i Zabójcze pożądanie (o którym jeszcze planuję napisać, bo książka bardzo mi się spodobała). I muszę to stwierdzić - każda kolejna lepsza od poprzedniej. 

O czym to właściwie było? Sama nie wiem, od czego zacząć, tyle się tam zdarzyło, większość w ciągu zaledwie jednego dnia. 

Jordan Briggs słynie z tego, że jest kontrowersyjna i bezkompromisowa. Prowadzi program radiowy, który przyciąga wielu słuchaczy. Pewnego dnia na antenie pojawia się słuchacz, który proponuje grę. Gra to takie eufemistycznie określenie na to, co się wydarzy później... Bernie zadaje niewygodne pytania, wydaje się mieć podsłuchy i kamery wszędzie, co zmusza do bardzo trudnych wyborów. Stawką będzie życie. 

"Nie, widziałeś jej oczy. Widziałeś je za każdym razem, gdy patrzyłeś na swoją żonę, albo na siebie w lustrze. Wierz mi, są takie same. Dzieci to my. Nasza najlepsza część. Kiedy Charlotte opowiada mi kawał, widzę jej ojca. Kiedy się dąsa i upiera widzę samą siebie." 

Ojej, ależ to było wybitne. Naprawdę. Rozsypałam się i ciężko mi się pozbierać. W powieści też sypie się wszystko. Zaczyna się niewinnie, ale im dalej w las, tym ciemniej. To książka z gatunku tych nieodkładalnych. Im więcej przeczytacie, tym więcej niepokoju w Was zasieje. I napięcie będzie rosnąć aż do ostatniej strony. Krótkie rozdziały urywane w decydującym momencie i narracja prowadzona z dwóch perspektyw, ma na to niemały wpływ. Bohaterowie są bardzo realistyczni. Ale wracając do sedna - co się tam właściwie wydarzyło?

Autor w posłowiu określił swoje dzieło mianem literackiego popcornu, nie oczekuje, że dostarczy nam głębokich refleksji, a jedynie rozrywki. Mylił się. Ta książka zmusza do zastanowienia ile człowiek jest skłonny poświęcić dla zemsty. Zemsta może nawet nie mieć granic. Zmusza do przemyślenia, co jest dla nas w życiu najważniejsze - jak wiele znaczą dla nas bliscy, jak daleko możemy się posunąć, by ich ratować, ale też ile mogłaby dla nas znaczyć ich utrata... i czy bylibyśmy sobie w stanie z tym poradzić. Cała ta książka to jedno wielkie niewygodne pytanie. Tyle podpowiedzi z mojej strony, jeśli chodzi o to, czego możecie się spodziewać. A co do samej treści - jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak można wymyślić tak niewyobrażalną historię. Chyba trafiła w moje czułe miejsca, dokładnie tam gdzie powinna trafić. 

Czy warto przeczytać? Nie muszę mówić, że jestem na tak. To nie tylko zwykły thriller. To coś, co może wstrząsnąć też waszym życiem.

Moja ocena 10/10

J. D. Barker, Gra na antenie

Ilość stron: 479

Wydawnictwo: Czarna Owca

Data premiery: 11.09.2024

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Mówią, że po ciąży będziesz gruba i brzydka - to ważne byś im nie uwierzyła

Ileż to mądrości zdarzyło mi się przeczytać tu i ówdzie na temat tego, jak ciąża wyniszcza organizm. Często obawa, że po ciąży nadmiar kilogramów zostanie już na zawsze, jest czymś, co zniechęca do samej ciąży. Teraz z perspektywy czasu mam ochotę śmiać się w twarz tym wszystkim autorom, którzy poruszyli tę kwestię. 

Jeśli o mnie chodzi, właściwie ważę nawet mniej niż przed ciążą i nawet pomimo  starań żeby przybrać na wadze, nie udaje mi się to. Na to pewnie składa się wiele czynników. Przede wszystkim mały człowiek zmienia wszystko. U mnie całkowicie zmienił sposób odżywiania. I ani przed ciążą ani w ciąży tak bardzo nie przywiązywałam wagi do tego, co jem. Dopiero od momentu rozpoczęcia rozszerzenia diety u córki. 

Nie wiem jak u Was, ale u mnie rozszerzenie diety u pierwszego dziecka, było niczym uczenie się życia na nowo. Taki niemowlak przecież ma sporo ograniczeń. Żadnej soli do posiłków, tylko lekkie, niesmażone, nietłuste, żadnego przetworzonego mięsa, a cukier też jest zakazany. I tu kiedyś bym się zastanowiła - co w takim razie pozostaje? Okazuje się, że można spełniać te wszystkie wytyczne, jeść smacznie i się najadać. A stwierdzam to, bo w moim przypadku bardzo szybko robienie posiłków dla dziecka zmieniło się w robienie posiłków dla wszystkich. Jeszcze przed etapem rozszerzenia diety, stanie nawet dwadzieścia minut w skupieniu przy kuchni, żeby coś ugotować i nie przypalić, było dla mnie czymś nadludzkim. A tu okazuje się, że trzeba jeszcze codziennie zrobić pełnowartościowe, zdrowe śniadanie i obiad, potem też kolację, można też do tego dodać przekąski i to też nie byle jakie. I najlepiej jeszcze codziennie serwowane było coś innego, bo apetyt takiego małego człowieka jest wybiórczy, szybko się nudzi jednym posiłkiem, jednego dnia coś znika z talerza w całości, a następnego nie pamięta, że mu to smakowało. Pytanie - kiedy znaleźć na to wszystko czas? U nas słoiczki od początku nie były przez dziecko akceptowane, więc zostałam tylko przy samodzielnym przygotowaniu posiłków. Dlatego musiałyśmy znaleźć wspólny język jeśli chodzi o jedzenie, a etap rozszerzania diety i dziecka stał się też rozszerzaniem diety dla mnie. 

Mój jadłospis z dnia na dzień zrewolucjonizował się całkowicie. Posiłki w biegu i zajadanie głodu łatwo dostępnymi słodyczami zastąpiły wspólne zdrowe śniadania. Nawykiem stało się dodawanie warzyw lub owoców do każdego posiłku, no bo przecież dziecko musi jeść zdrowo. Zaczęłam kupować nawet te, o których wcześniej nie miałam pojęcia jak wyglądaja - na przykład awokado, bo okazało się, że mały człowiek je uwielbia. A teraz najlepsze - od roku całkowicie wyłączyłam z diety cukier. Na początku było to wymuszone, bo mały człowiek interesował się i domagał się wszystkiego co je mama, potem trochę z poczucia solidarności - ona nie może, to ja też spróbuję nie jeść słodkiego. Potem zainteresowałam się różnymi źródłami o zdrowym żywieniu, i dedukowałam o szkodliwości cukru. Okazało się, że można bez tego żyć. I dopiero wtedy z mojej listy zakupów znikły całkowicie słodycze i smakowe jogurty, a owoce stały się nie czymś normalnym, a nie tylko sporadycznym dodatkiem do zakupów. Co więcej, nawet udało mi się je polubić, a kiedyś to było nie do pomyślenia, bo jadłam tylko banany i sporadycznie borówki. Ochota na słodkie nie znikła, ale słodycze, w których składzie jest sam cukier zastąpiłam własnymi opartymi na naturalnej słodyczy owoców. I odkąd zobaczyłam, że tak też się da i to też jest smaczne, przechodzę obojętnie obok półek ze słodyczami. 

Swoją drogą to niesamowite, jak marketing jest nakręcony na nakłanianie do spożycia cukru. To samo zło z beznadziejnym składem pod postacią pięknych, kolorowych i najbardziej przyciągających uwagę dzieci opakowań. Nie inaczej jest przy kasach sklepowych. Czasem człowiek jest naprawdę głodny i pojawia się chęć zjedzenia czegoś na szybko, a przy kasie tylko słodkie batony i cukierki. Czemu tak mało się spotyka przekąsek z dobrym składem i bez cukru przy kasach, już nie wspominając o na przykład owocach? Czy to nie dyskryminacja osób które nie chcą lub nie mogą spożywać cukru na przykład ze względów zdrowotnych? Ale to już osobny temat. 

Kwestii ćwiczeń przy odbudowywaniu figury sprzed ciąży tu nie poruszę, bo treningów żadnych nie robię. Codzienny spacer i bieganie za małym człowiekiem od momentu, gdy się obudzi, do momentu gdy zaśnie, na tym etapie jest dla mnie wystarczającym wysiłkiem fizycznym.  

Zatem czy ciąża jakkolwiek wyniszcza organizm? Na pewno jest dużym obciążeniem, tego nie neguję. Ale nie przesądza o tym, że staniemy się grube i brzydkie. Wszystko jest w naszych rękach. A jak to było u Was z powrotem do formy? Czy coś się zmieniło wraz z etapem rozszerzania diety?