wtorek, 22 września 2026

Zwolnić na chwilę

Wiecie, co jest dla mnie najbardziej irytujące w byciu mamą? Bycie w ciągłym niedoczasie. Dosłownie. Nie zawsze - są takie dni, że wszystko ogarniam śpiewająco. Ale są też takie, że nim zdążę zrobić kawę, potem wyjść na spacer jest już południe. A nim zdążę ogarnąć jakiś obiad, a potem kolację, jest już prawie dwudziesta. Czy ktoś może mi odpowiedzieć na pytanie - dlaczego ten czas ucieka tak szybko? Idealnym rozwiązaniem byłoby gdybyśmy razem z dzieckiem w pakiecie dostawali dwie godziny w ciągu doby więcej... Albo pięć. Szkoda, że taka opcja nie jest możliwa. 

Może właśnie dlatego ten czas tak szybko mija. Ciągle biegniemy. Choć próbujemy zwolnić, potem obowiązki zasypują nas ze zdwojoną siłą. Codziennie dzielimy czas między zabawę z dzieckiem a ogarnianie wszystkiego innego. Z różnym skutkiem, bo mały człowiek tak często podejmuje decyzję za nas, przychodzi, bierze za rękę i zaprasza do zabawy lub wskakuje na ręce. 

Dla malucha zegarek nie istnieje. Natomiast my mrugamy na chwilę i okazuje się, że ten mały człowiek ma już dwa lata. Że już dwa lata codziennie kładzie się spać w naszej sypialni i budzi obok rano. Że już przez dwa lata mamy obok siebie tę jedyną w swoim rodzaju małą istotkę. Już dwa lata widzimy ten uśmiech i te oczy. A wydaje się, że znaliśmy je od zawsze. Dwa lata a już zamiast bobasa, który tylko leży i macha rączkami mamy małego człowieka, którego nogi ciągle gdzieś niosą. Dwa lata wspólnych zabaw i przytulasów.  Spontanicznego śmiechu i wielkich dramatów Małych zachwytów nad wielkim światem, który bez tego małego człowieczka byłby pusty i ponury. Długo lub niedługo, ale jesteśmy wdzięczni za ten czas jak za nic innego w świecie. 

Dla mnie te dwa lata to o wiele więcej niż oczekiwałam. Nie byłam w stanie sobie nawet wyobrazić, że przez tak krótki czas, tyle się zmieni. Będę bogatsza o tyle doświadczeń, a ten mały człowiek, który się ze mną nie rozstaje będzie najmilszym i najsłodszym towarzyszem. 

Nie będzie to nic odkrywczego, jeśli powiem - cieszmy się chwilą, bo te maluchy tak szybko rosną. A czas po prostu ucieka. Przerażające, ale też piękne, bo nic się nie wydarzy dwa razy. Dlatego ważne jest by umieć się czasem na chwilę zatrzymać i dostrzec to wszystko, co mamy. Nie tylko ten raz w roku. 

piątek, 18 września 2026

Zły opiekun - dlaczego dostał takie miano?

Był przekonany, że nie został stworzony do tego świata. Z każdym dniem czuł się coraz bardziej jak cień, który ktoś przypadkiem zmaterializował i wrzucił między innych bez jakiejkolwiek instrukcji obsługi. I co gorsza - bez prawa głosu.
Pierwsza część przygód Kornela Malickiego zainteresowała mnie na tyle, by sięgnąć po kontynuację. Nie spodziewałam się nawet, że będzie lepsza, wystarczyłoby, gdyby utrzymała poziom pierwszej części. Czy tak się stało?

Kornel Malicki słynny reportażysta znowu rozpoczyna pracę nad kolejną książką i w tym celu wyjeżdża do Wołkowyi, niewielkiej wsi nad Jeziorem Solińskim. Nieoficjalnie znów próbuje stawić czoło własnej przeszłości. Matka przed ich rozstaniem kazała mu odszukać pewnego człowieka, z którego powodu właśnie tu się zatrzymał. Ma on mieć związek z ich przeszłością. Ten człowiek, jak się okazuje, był też uczestnikiem zbiorowej masakry na obozie szkolnym - pełnił wtedy rolę jednego z opiekunów. Kornel ma zamiar poznać i wyjawić społeczeństwu prawdę o tym, co stało się przed laty. Dlaczego jeden z uczniów wystrzelał część uczestników obozu, a potem sam popełnił samobójstwo?

Nie mogę znieść myśli, że ludzie, którzy od lat przysłaniają mi niebo jak burzowe chmury, są tymi którzy absorbują najwięcej słonecznego ciepła. Ustawiają się przodem do świata, podczas gdy ofiary ich grzechów muszą zbierać się z ziemi ukradkiem, najlepiej tak, by nikogo nie zawstydzać swoim bólem. 

Po dobrej pierwszej części i w większości bardzo pozytywnych recenzjach nie sądziłam, że tak po prostu się rozczaruję. Choć dużo szczegółów co do sprawy masakry w obozie poznajemy już na wstępie, czytając sugerowałam się tym, że pod koniec dostaniemy coś naprawdę mocnego. W końcu po co pisać książkę, której zakończenie już przedstawia się na samym początku? I tu się mocno rozczarowałam. Są owszem pewne intrygi między bohaterami, w efekcie doprowadzają one do tych tragicznych wydarzeń, ale naprawdę dostajemy tylko tyle? Miałam wrażenie, że czytam o niczym. Jedyne, co sprawiło, że dobrnęłam do końca, to postać Michała Kitlera - nastolatka, który czuł się wyobcowany, nielubiany przez rówieśników i prześladowany. Załamał się do tego stopnia, że zabił kilkanaście osób i sam popełnił samobójstwo. Poznajemy go jednak nie jako mordercę, tylko wrażliwego nastolatka, kogoś, kto bardzo potrzebuje pomocy. Możliwe, że gdyby ją otrzymał, do tragedii by nie doszło. Niewątpliwie daje to do myślenia jak burzliwy i trudy bywa ten okres dla młodzieży. Jak często nawet najbliższe osoby nie potrafią dostrzec, że ten młody człowiek woła o pomoc. 

Sam Kornel nieco drażnił mnie już w pierwszej części, ale wtedy było jeszcze ciekawie i przymknęłam na to oko. Tutaj mamy ten sam schemat - reportażysta, który pracuje nad książką, poszukuje materiałów i rozpytuje ludzi, ale bardziej od tego wszystkiego zaaferowany jest swoim osobistym interesem - w tym przypadku znów odszukanie pewnego człowieka i zemsta. Już samo to podejście do sprawy jest dla mnie rażąco nieprofesjonalne, więc nie zdołałam się polubić z tym bohaterem ani przeżywać jego emocji i rozterek. Sam wątek tajemnicy z przeszłości, którą ma znać poszukiwany przez niego człowiek był dla mnie ciekawy i chyba to też zmusiło mnie do dokończenia lektury. Zakończenie też mnie nie zadowoliło, bowiem nie dostajemy pełnej odpowiedzi - autor część znaków zapytania zostawia nam, byśmy sięgnęli po kolejną część. Niestety jest mała szansa, że to zrobię, więc pewnie nigdy się nie dowiem.

Z żalem musze stwierdzić, że nie polubiłam się z tą książką, choć poprzednia część była obiecująca. 


Moja ocena: 5/10

Marcel Moss, Zły opiekun

Ilość stron: 366

Wydawnictwo Filia

Data premiery: 22.04.2026

wtorek, 15 września 2026

Nie toleruję słowa nie, zawsze dostaję to, co chcę

Jedną z rzeczy, które nigdy nie przestaną mnie zadziwiać w byciu mamą, jest to jak szybko mały człowiek chłonie wiedzę. I natychmiast naśladuje wszystko, co zauważy.

Odkurzałam. Córka zwykle trochę się bawi, trochę mnie obserwuje i biega za mną z wózkiem albo ze swoim odkurzaczem. Mamy w odkurzaczu wymienne końcówki, m. in do dywanów, które trzymamy w szafce. I gdy kończyłam odkurzać podłogę, mała mnie uprzedziła, wyciągnęła z szafki szczotkę do dywanów i mi podała. Dużo rzeczy robimy razem, chociażby razem wyciągamy naczynia ze zmywarki, ale odkurzałam zawsze sama, więc zdziwiłam się, że zrobiła z własnej inicjatywy, bez mojego polecenia. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko szybko się uczy i we wszystko chce się angażować. 

Córka ma jedną ulubioną piosenkę, której chce słuchać w kółko i często się przy niej wygłupiamy. Ostatnio zauważyłam, że z łatwością powtarza najdziwniejsze gesty, które wymyślę dobrze się przy tym bawiąc. To samo dotyczy zabawy i najróżniejszych czynności, wszystko musi robić jak mama albo tata, a gdy coś sprawia jej trudność, nie rezygnuje - najpierw posyła mamę, by to zrobiła. 

Ta zdolność uczenia się i powtarzania widoczna jest nie tylko podczas zabawy, ale też przy czynnościach, które wykonujemy na co dzień. Jeśli mówię, że muszę się napić, córka szybciej ode mnie biegnie po swoją butelkę. Gdy pokażę, że swędzi mnie nos, sama "martwi się", też "twierdzi" że swędzi ją nos i zaczyna go drapać. Gdy myszka w bajce jest smutna, bo się zgubiła, córka też robi się smutna i czasem ma łzy w oczach i decyduje, że nie chce już oglądać takiej smutnej książeczki. Choć w tym wieku ciężko jeszcze mówić o empatii, to czasem myślę, że to dziecko czuje i rozumie emocje i potrzeby innych lepiej niż niejeden dorosły. 

Zaskakujące, jak już rozumie prawie wszystko, o czym rozmawiamy - gdy tylko o czymś wspomnę - będziemy się usypiać - zdarza się, że sama biegnie, pokazuje, żeby wsadzić ją do wózka i rozłożyć oparcie. Szkoda że nie działa to we wszystkich przypadkach. Chociażby na komendę - "nie wchodzimy na zjeżdżalnię pod prąd" czy "nie wyrzucamy jedzenia z talerza". Podejrzewam, że to dlatego, że dzieci nie mają w słowniku słowa "nie", czy też po prostu je pomijają w odbiorze naszych wypowiedzi. 

Zaskakujące, ale też rozczulające, że już takie maluchy zaczynają rozumieć ten świat i chcą we wszystkim uczestniczyć i głośno manifestują swoje niezadowolenie, gdy im tego zabronimy. Chcą tak po prostu być częścią naszego świata, naśladować we wszystkim, spędzać z nami każdą chwilę (nawet do tego stopnia, że są zrozpaczone, gdy pójdziemy sami do toalety). Codziennie tym samym pokazują nam, że bycie rodzicem może być piękne tak po prostu. Że nie potrzeba niesamowitych wydarzeń, żeby każdy dzień był dobrym dniem. Wystarczy Twoja obecność i czas. I chwila wspólnej zabawy. 

Czym Wasze pociechy ostatnio Was zaskoczyły?