piątek, 6 grudnia 2019

Obsesja różne ma oblicza...

Czy naprawdę powiedziała sobie, naprawdę uwierzyła, że przeszłość już przeminęła? Nigdy nie przeminie, pomyślała. To się nigdy nie skończy. Tych duchów nie da się egzorcyzmować.
I po raz kolejny losy jakiegoś zabójcy skrzyżowały się z jej losami.

Czasami książka przez przypadek trafia w moje łapki i okazuje się, że to był jeden z lepszych wyborów. Tak właśnie było z „Obsesją" Nory Roberts.
Czy może być coś gorszego niż uświadomienie sobie, że mieszkasz pod jednym dachem z potworem?  Naomi miała niecałe dwanaście lat, gdy odkryła tajemnice swojego ojca – takie, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Po tych traumatycznych przejściach już na zawsze będzie innym człowiekiem, niezależnie od tego, jak bardzo chciałaby uciec od przeszłości. Wyprowadza się daleko od rodzinnego domu i kupuje duży dom z pięknym widokiem na wodę. Jest to miejsce wprost dla rozwijania pasji jaką jest fotografia. W jej życiu pojawia się mężczyzna, który może je zmienić na zawsze. I w tym momencie, gdy pozornie udało jej się zacząć nowe życie, przeszłość uderza ze zdwojoną siłą. Bo nigdy nie można jej tak po prostu zostawić za sobą... Prawda?

Promienie słońca rozjaśniają twoje włosy. Światło poranka. Stoisz na sklejce i pracujesz, oświetla cię słońce, a ja czuję, jakby mnie ktoś zrzucił z cholernego klifu. Tak więc nigdzie nie jedziesz, możesz skreślić to z listy.

Naomi jest samotniczką. Spędza dużo czasu na robieniu zdjęć, jest w tym dobra i nieźle zarabia na swojej pasji. Postać głównej bohaterki w dużej mierze wpływa na to jak poprowadzona została narracja – spotkamy tam wiele opisów, które w mojej opinii są w tej książce dużym plusem – ciekawym doświadczeniem było spojrzeć na piękne widoki okiem fotografa, by wydobyć z nich całą głębię.
"Obsesja" to świetne połączenie wątków romansowych i kryminalno–thrillerowych. Jest to ciepła, przyjemna powieść, ale też nie zbyt przesłodzona, bo tego w romansach nie lubię. Naomi i Xander to dwie różne osobowości, które mogą stworzyć ciekawą parę. Ona jest ostrożna i nieufna, bo tego nauczyły ją życiowe doświadczenia. Nikogo nie dopuszcza do tajemnicy, którą nosi w sobie od dzieciństwa, bo uważa, że z jej powodu nie zasługuje na miłość. Ale czy na miłość można zasługiwać lub nie? Xandier to przystojny gitarzysta i lider zespołu. Jeden z tych, co to mogą przebierać w kobietach. Jednak nigdy jeszcze nie był w związku na poważnie. Intryguje go tajemniczość Naomi. Zamierza dowiedzieć się prawdy, choćby nawet była najbardziej bolesna. Co zrobi, gdy mu się uda?
Jednocześnie w tej historii nie brakuje mroku i lęk o życie bohaterów jest ciągle obecny podczas czytania. Jedyne do czego można się przyczepić to to, że akcja jest trochę nierówna. w jednym momencie dostajemy dużo wrażeń, potem przez dłuższy czas niewiele się dzieje, potem znowu czytamy w napięciu i tak w kółko. Zagadka, jaką autorka stawia nam do rozwiązania jest trudna, ale myślę, że co poniektórym uda się domyśleć zakończenia. Mimo wszystko mnie ono usatysfakcjonowało.
Obsesja to genialne studium tego, na ile nasza przeszłość nas determinuje. o zmianach, które zachodzą w człowieku, gdy spotyka go w życiu tragedia i o tym, ile wewnętrznej siły musimy mieć w sobie, by umieć się temu przeciwstawić i zostawić przeszłość za sobą. a także o tym, że nie każdemu to się udaje.
Była to moja pierwsza i z pewnością nie ostatnia powieść tej autorki. z chęcią sięgnę po kolejne jej pozycje. Książka idealnie się sprawdzi podczas długich jesiennych wieczorów. Gdy będziecie mieli ochotę na thriller, ale taki niekoniecznie mrożący krew w żyłach, zmieszany z historią romantyczną w idealnych proporcjach. Po prostu książkę, przy której można się dobrze zrelaksować 😊
Moja ocena: 7/10

Nora Roberts, Obsesja
Ilość stron: 560
Wydawnictwo: Edipresse Książki
           Rok wydania: 2016 

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Langusta jako stan umysłu, czyli krótka rozprawa o tym, jak mierzyć poziom beznadziejności dnia

Każdy z nas ma czasem momenty zwątpienia – w takie dni, gdy nie wszystko idzie po naszej myśli, czy takie, gdy zupełnie nic a nic się nie udaje. Czasami wstajemy lewą nogą, a potem już jakimś dziwnym trafem cała spirala beznadziejnych przypadków nakręca się sama i wszystko wydaje się być przeciwko nam. Jaką macie radę na to, by przerwać ten ciąg porażek i zły dzień przestał być złym dniem? Albo najlepiej by w ogóle się nie zaczął? Co zrobić, aby zły dzień zacząć lepiej? Mam na to kilka sposobów, ale jeden z nich wydaje mi się nie do przebicia.

Czemu Szustak i Langusta na palmie, czyli jak to jest z tą beznadziejnością dnia?
W komentarzach na Languście znalazłam definicję i metodę mierzenia poziomu beznadziejności dnia. Poziom beznadziejności dnia liczony w Szustakach – ile Szustaków dziennie muszę obejrzeć, by dzień stał się lepszy. Sprawdziłam tę metodę doświadczalnie i rzeczywiście coś w tym jest...
Mniej więcej miesiąc temu pisałam o <rekolekcjach>, na których miałam okazję poznać ojca Szustaka. To był ten dzień, od którego poziom beznadziejności liczę w ten właśnie sposób, czyli vlog trzy razy dziennie, a jeśli dzień mam nadzwyczaj ciężki to i więcej. I wiecie co? Nie wiem, jak on to robi, ale to do mnie trafia. Rzeczywiście gdy zaczyna się oglądać ten kanał, człowiek inaczej patrzy na pewne sprawy. Uczymy się zupełnie innego podejścia do życia. Uczymy się cieszyć z małych rzeczy – takich, którym na co dzień nie poświęcamy dostatecznej uwagi. W tym momencie przypomina mi się jak ojciec Adam często przerywa nagranie, zwracając naszą uwagę: "O! Wiewiórka, zobaczcie”, albo innymi podobnymi wstawkami. Im częściej słuchamy, że świat jest czymś niesamowitym, tym łatwej jest nam to pojąć i przyjąć ten punkt widzenia. Podoba mi się też to, że pokazuje on jak w zwykłym codziennym życiu można dopatrzeć się niezwykłych rzeczy. Pozwala odczuć, że wiara naprawdę ma sens, bo Bóg przychodzi do nas codziennie, przez różne sytuacje. Można to podsumować jednym zdaniem –  Langusta to nie tylko kanał na YT, Langusta to stan umysłu 😂

Przestań oglądać głupoty! 
Nie zapomnę jak w jednym z pierwszych odcinków, które obejrzałam, gdy opowiadał o jednej ze swoich podróży, pod koniec wskazał na balkon pełen ludzi, mówiąc, że to jedyne, co powinniśmy zapamiętać z tego odcinka. Kazał oglądającym wyłączyć i odłożyć już te telefony. Rozejrzeć się, kto siedzi obok nas i wyjść do ludzi. Przestańcie już oglądać głupoty". Pomyślałam sobie wtedy – Ale że już? Szustak, jeszcze tylko kilka odcinków i naprawdę odłożę telefon" 😂 Ale potem zdałam sobie sprawę, że ma rację. Ile razy jesteśmy zbyt zajęci tym, co się dzieje w mediach społecznościowych, tak że nie dostrzegamy tego, że obok nas jest drugi człowiek? Być może jest to ktoś, kto potrzebuje pomocy, rozmowy, zrozumienia czy po prostu dobrego słowa, a my często tej drugiej osoby nie zauważamy, bo jesteśmy zbyt pochłonięci własnymi zajęciami czy ekranem smartfona. Warto mieć to na uwadze, bo to drugi człowiek jest najważniejszy. Każdy z nas jest niesamowity. Powinniśmy się tylko otworzyć na innych – na to co myślą i co czują. Każdy z nas ma do opowiedzenia wyjątkową historię. Wystarczy tylko posłuchać.

Takie i wiele innych inspirujących myśli tam znalazłam. Czasami człowiek ma wrażenie, że ten ojciec Szustak, to zna odpowiedź na każde możliwe pytanie. Oprócz kwestii ściśle związanych z religią porusza też mnóstwo innych życiowych tematów. Każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Doceniłam go w sposób szczególny, gdy usłyszałam radę co zrobić ze złamanym sercem. Ktoś mógłby powiedzieć, że ksiądz jest ostatnią osobą, która może się wypowiedzieć na taki lub podobny temat… Nic bardziej mylnego. A powyżej jeden z moich ulubionych odcinków – padają tam mocne słowa, które warto zapamiętać i realizować w życiu.

       Lubię treści, które są wartościowe i podczas ich oglądania czy czytania ma się poczucie, że poświęcony na to czas na pewno nie będzie czasem zmarnowanym. Lubię też, gdy można z tego wyciągnąć pewną naukę, czy konkretne przesłanie. Na Languście tak właśnie jest. Oglądam ten kanał już prawie dwa miesiące i jeszcze mi się  nie znudziło. Mało tego – od tej pory nie miałam ani jednego beznadziejnego dnia! 😊

piątek, 29 listopada 2019

Zawsze jest ktoś, kto nas obserwuje...

Gdy przekracza się pewne granice, łamie normy, które dotychczas wskazywały nam drogę, otwiera się nowy rozdział w życiu, zeszyt z czystymi kartkami, który będzie zapisywany nowymi historiami, ręką innego już człowieka.
„Idealna" to debiutancka książka Magdy Stachuli, która jak do tej pory ma na swoim koncie cztery powieści. „Idealną" przeczytałam jako ostatnią, ale ze wszystkich zrobiła na mnie najmocniejsze wrażenie.
Anita i Adam od dłuższego czasu bezskutecznie starają się o dziecko. Mnóstwo prób zakończonych niepowodzeniem sprawia, że ich frustracja rośnie, a ich relacja robi się coraz bardziej napięta. Anita pracuje zdalnie, prawie nie wychodzi z domu, a jej nałogiem stało się obserwowanie ludzi jeżdżących czeskim tramwajem przez kamery monitoringu sieciowego. Z czasem zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Znajduje w szafie ubrania nienależące do niej, w torebce szminkę w kolorze, którego nie używa. Czy ją też ktoś obserwuje? Czy jest coś, o czym powinna wiedzieć? a może jest w niebezpieczeństwie?
To nieznośne wrażenie, że czyjś wzrok śledzi każdy mój ruch i gest, towarzyszyło mi przez cały poranek. Ustąpiło na chwilę, gdy dojechałem do firmy, ale teraz, gdy patrzę na okno mojego biurowca, znów to czuję. Odchylam roletę i wyglądam na ulicę, ludzie poruszają się na wszystkie strony, nie widzę nikogo podejrzanego. Upijam łyk kawy i wracam do biurka. Mimo braku jakichkolwiek dowodów niepokój nie znika.
To wszystko, co mogę powiedzieć o tematyce książki tak, by nie zdradzić za wiele i nie zepsuć przyjemności czytania. Mnie sam opis nie do końca przekonał. Czasami czytając opis nie zastanawiam się długo i od razu decyduję się na daną książkę. To jednak był ten wyjątek, gdy opis może nie do końca przekonywać, ale to, co się dzieje w książce jest bez dwóch zdań warte tego, by po nią sięgnąć.
Czytało mi się ją bardzo dobrze. A składa się na to wiele czynników. Przede wszystkim bohaterowie. Od początku byli przekonujący. Ich uczucia i rozterki zostały opisane tak przejmująco, że bez trudu mogłam się wczuć w ich sytuację. Ból kobiety bezskutecznie starającej się o dziecko i tęsknota za macierzyństwem, aż w końcu oddalanie się od siebie dwojga ludzi, którzy na początku nie widzieli poza sobą świata. Coraz więcej zaczyna ich dzielić, choć powinni się wspierać w dążeniu do wspólnego celu.
W „Idealnej”, podobnie jak w innych książkach tej autorki, narracja prowadzona jest z perspektywy kilku osób. Pozwala to nie tylko dobrze poznać sylwetki bohaterów i ich zamiary, ale też wzmaga napięcie. Na początku nie wiemy, co ich wszystkich łączy, ale gdy kawałki układanki zaczynają do siebie pasować, dowiadujemy się kto na kogo czyha i dlaczego, robi się naprawdę ciekawie. Bohaterami kierują różne motywy, niektóre z nich wychodzą dopiero pod koniec. W tej karuzeli uczuć i emocji przez cały czas towarzyszy nam jedno niepokojące pytanie: czy każdy z bohaterów przeżyje tę walkę?
Na tę książkę dobrze jest wygospodarować sobie dużo wolnego czasu, bo od samego początku trudno się od niej oderwać. Płynna, w miarę szybko rozkręcająca się akcja, ciągły niepokój o bohaterów i poczucie, że za chwilę komuś stanie się krzywda. Im bardziej zagłębiałam się w opowiedzianą historię, tym było ciekawiej. Ta lektura zapewni Wam porządną dawkę wrażeń. Jeszcze przed zakończeniem dowiedziałam się czegoś, co mnie zupełnie zwaliło z nóg. A potem czytałam w napięciu aż do samego końca.
„Idealna” spodoba się nie tylko miłośnikom thrillerów psychologicznych. Porusza wiele różnych wątków, ma ciekawych bohaterów, trzyma w napięciu i czyta się ją błyskawicznie. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że pani Magdzie udało się stworzyć książkę idealną. Ale nie będę dużo mówić – przeczytajcie i oceńcie sami 😊
Moja ocena: 9/10

Magda Stachula, Idealna
Ilość stron: 382
Wydawnictwo: Znak Literanova
            Rok wydania: 2016