piątek, 7 sierpnia 2026

O czym może opowiadać fiolet?

Całe życie czekała na nie wiadomo co. Na jakiegoś księcia z bajki, który podaruje jej cały świat. A ona przecież nie potrzebuje całego świata. Wystarczyłby jej mały skrawek. Chciałaby tylko stąd wyjść i poczuć, że ma całe życie przed sobą. Chciałaby położyć się w swoim łóżku, poczuć zapach świeżej pościeli, włączyć film i jeść popcorn. I dzielić z kimś ten moment. Z kimś, kto nigdy nie podniesie na nią głosu. Z kimś, kto okaże jej czułość i zawsze będzie miał czas oraz chęć, by przygotować jej kanapkę z serem i pomidorem. 

Zdążyłam już polubić bohaterów serii "Kolory zła" Małgorzaty Sobczak i jakże miłym zaskoczeniem było dla mnie, gdy zobaczyłam na półce w Empiku "Fiolet". Wielotomowe serie mają mają to do siebie, że albo z kolejnym tomem autor wyczerpuje pomysły i robi się coraz mniej ciekawie, albo przeciwnie - każdy tom wydaje się nawet lepszy niż poprzedni. Ku mojemu zadowoleniu, "Kolory zła" to ten drugi przypadek. Po raz kolejny dostajemy od autorki coś, nad czym naprawdę warto się pochylić. Każda część tej serii jest w jakiś sposób zaskakująca, więc poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko. A jednak się udało. 

I tym razem znani z poprzedniej serii śledczy z Sopotu oraz prokurator Bilski, znany z rozwiązania najtrudniejszych dotąd spraw, będą się mierzyć z głośną sprawą. Przed budynkiem Opery Leśnej w Sopocie porzucono nagie ciało kobiety, która w dłoń miała wciśnięta monetę. Obok leżały złożone starannie jej obrania oraz torebka z rzeczami. I kwiat hibiskusa. Kto tym razem zakłócił spokój mieszkańców i wstrząsnął Trójmiastem? Przy okazji tej sprawy zetkniemy się też z grupką młodzieży z sopockiego ośrodka wychowawczego oraz kobietą cierpiącą na neurogenną utratę wzroku. Co ich łączy ze sprawą zabójcy? Co chciał nam przekazać zabójca, który, można powiedzieć, śmieje się w twarz policji? Czy uda się w porę go zatrzymać?
Po kilku kilometrach zrównał się ze zmiażdżonym na bocznej barierce pojazdem. Medycy właśnie wyciągali ze środka kobietę. Oczy miała zamknięte, a z czoła ciekła jej krew. "Może przeżyje, a może ktoś dziś umrze za życia na wieść o jej śmierci. Jakie to wszystko jest dziwne", myślał Leopold, jadąc dalej. "Wydaje nam się, że wszystkie nasze sprawy są takie ważne, że rzeczywistość załamie się, jeśli czegoś nie zrobimy, jeśli coś zawalimy, jeśli czemuś nie sprostamy. Wszystkiego się boimy, a najbardziej tego, co pomyślą o nas inni. A tymczasem któregoś dnia wjeżdżamy na obwodnicę, by okrążyć miasto, i okrążamy własne życie. Już nigdy do niego nie wracamy, a rzeczywistość nie załamuje się mimo to, że pewne rzeczy pozostają nieukończone. Mimo to, że my zostajemy nieukończeni. Tak po prostu.
Bohaterowie dalej są tacy, jakimi ich zapamiętałam. Kita i Pająk, dwóch policjantów, z których pierwszy ma specyficzny sposób bycia i specyficzne poczucie humoru, a dowcipami na każdą okazję rzuca jak z rękawa, a drugi bardziej spokojny i ułożony, ale razem tworzą zgrany zespół. I oczywiście prokurator Bilski, przystojny, bystry, w pełni zaangażowany w to, co robi. Oraz jego partnerka - Anna Górska - inteligentna, uparta i niezłomna. Bohaterów mamy tu jeszcze więcej, mimo to nie zlewają się, jak to bywa w powieściach z dużą liczbą bohaterów. Tutaj każda postać jest przemyślana, na swoje cechy charakterystyczne, można ją lubić albo nie, ale ma się wrażenie, że czytamy o kimś rzeczywistym.

Autorka nie zawodzi nas jeśli chodzi o tempo akcji. Zaczyna się dobrze, potem jest jeszcze lepiej. Nie sposób nie wspomnieć o opisach, które trochę to tempo zwalniają, ale pozwalają nam być razem z bohaterami w samym środku wydarzeń. Autorka ma przyjemny styl odpisywania - opisy nie są długie, tworzą klimat i sprawiają że lektura jest płynna. A co do samych wydarzeń - jest ciekawie - od samego początku, potem wciągamy się jeszcze bardziej. Momentami dostaniecie gęsiej skórki, momentami się pośmiejecie. Będziecie powoli łączyć w całość rozsypankę, w której z pozoru nic do siebie nie pasuje, i typować sprawców, ale na próżno. Ten, który to zrobił, jest najmniej oczywisty. Nie do końca mnie przekonało jednak samo zakończenie, nie wybrzmiało jakoś mocno, sam wątek przeszłości sprawcy chciałabym poznać jeszcze lepiej, bo jak dla mnie nie został dość rozwinięty. 

Powieść jest naprawdę wielowymiarowa. Dużo w niej symboliki. Dużo stawia pytań. Między innymi - skąd bierze się w człowieku zło? Sami spróbujcie sobie na to odpowiedzieć. Tu nic nie będzie proste i jednoznaczne. 


Moja ocena 9/10
Małgorzata Oliwia Sobczak, Fiolet 
Ilość stron: 510
Wydawnictwo WAB
Data premiery: 17.06.2026

piątek, 31 lipca 2026

Bunt dwulatka - dlaczego moim zdaniem to mit?

Bywało, że zanim jeszcze urodziłam dziecko, trafiałam na różne treści i rolki o macierzyństwie. Czy to humorystyczne czy takie, w których mamy po prostu szczerze opowiadają o macierzyństwie, a przynajmniej taki jest ich zamysł. Obecnie staram się od tego całkowicie odciąć i skupić na własnym przeżywaniu tego, czego doświadczam, bez porad ludzi z internetu. Nie jest to łatwe, bo obecnie algorytmy Facebooka czy Instagrama usilnie podrzucają treści na podstawie zauważonego przez nas wyszukiwania, czy chwilowego skupienia na czymś uwagi. Ale powiedziałam dość. Będę na przekór aplikacjom, które podrzucają nam rzekomo interesujące nas treści, by tylko jak najdłużej zatrzymać naszą uwagę. 

Ale wracając do tematu - niedawno trafiłam na rolki, w których mama dwulatka opowiada o buncie. W jednej opisuje, że kocha być mamą, ale w skrócie - przez bunt dwulatka możliwe że "wyląduje w psychiatryku". W innej z kolei niby żartobliwie ukazuje pięć minut dla mamy, podczas gdy tata "walczy o życie ze zbuntowanym dwulatkiem". 

Szczerze? Nie rozumiem tej nagonki na bunt dwulatka i wylewania swoich frustracji na forum publicznym. Nie tylko w temacie buntu dwulatka zresztą. Przez dwa lata dużo już widziałam takich treści - jak nie skok rozwojowy to ząbkowanie, jak nie ząbkowanie to bunt roczniaka czy dwulatka, a to nie chce jeść, choruje, nie daje spać w nocy. Wszystko to daje do myślenia mniej więcej tyle, że macierzyństwo niby jest super, ale dziecko to chodzący problem. I żeby nie było - ja wcale nie neguję tych odczuć. Bo nikt nigdy nie powiedział, że macierzyństwo będzie łatwe. Ale czy doczekaliśmy czasów, że ze wszystkiego trzeba teraz zdawać relacje na forum publicznym? Bo dziecko kichnęło, ma temperaturę czy nie spało w nocy - pyk zdjęcie i trzeba się tym podzielić z obserwującymi. A może dziecko po prostu potrzebuje spokoju i  rodzica obok, a nie nagłaśniania połowy tego, co robi w internecie?

Wrócę jednak jeszcze do buntu dwulatka. Co mówi na ten temat literatura? "Bunt dwulatka, czyli potoczna nazwa kryzysu rozwojowego przypadającego na około drugi rok życia dziecka, to naturalny, a wręcz pożądany okres w życiu, wynikający z intensywnego dojrzewania dziecka – jego układu nerwowego, sfery poznawczej i emocjonalnej. W tym okresie dziecko zaczyna dostrzegać swoją odrębność, uczy się wyrażać swoje zdanie, by później, za kilkanaście lat stać się samodzielnym człowiekiem. Jest to okres przeżywania skrajnych emocji, co w połączeniu z jeszcze nie do końca rozwiniętą umiejętnością ich kontrolowania prowadzi do częstych i zaskakujących rodziców wybuchów złości".

Zatem nie trzeba być naukowcem, żeby stwierdzić, że bunt dwulatka jest buntem dwulatka tylko z nazwy. Nazwano go kryzysem rozwojowym, a jako rodzice niejednego takiego "kryzysu" doświadczamy. Nie lubię szufladkowania wszystkiego i prób nadania nazwy zachowaniom dziecka. Wystarczy mi wiedza, że małe dziecko ma niedojrzały układ nerwowy, nie umie samo regulować emocji i potrzebuje w tym naszej pomocy jako rodzica. I tyle. Nie szukałam dla każdego "złego" zachowania nazwy, wytłumaczenia, nie próbowałam na siłę przypisać go do jakiegoś potencjalnego kryzysu, który może w tym okresie wystąpić. Maluch krzyczy? Złości się? Rzuca przedmiotami? Rzuca się na podłogę i próbuje ją ugryźć? To jest w porządku, w końcu kto z nas się nie złości? My jedynie umiemy już to opanować - a i to nie zawsze - dziecko nie. Przesadnie reaguje na odmowę i zanosi się płaczem? Dziecko ma swoje powody, by to robić - nie oceniajmy, nie negujmy, nie dawajmy się wciągnąć w kolejną "kłótnię". Z czasem zauważalne są pewne schematy w jego zachowaniu i wiele takich kłótni da się sprytnie uniknąć, czy w najgorszym wypadku szybko załagodzić, zanim przejdzie to w niekończące się morze łez i burzę z piorunami. W wielu przypadkach ta burza staje się łagodniejsza, gdy malucha potraktujemy z należną mu wyrozumiałością czy po prostu przytulimy. 

Mamo! Więcej wiary w swoje dziecko, ono nie potrzebuje mamy, która na wszystko znajdzie naukowe czy medyczne określenie. Potrzebuje tylko Twojej obecności i poczucia bezpieczeństwa. Pamiętaj, że nawet jeśli jest ciężko, wszystko jest do przejścia. Bo każdy z nas kiedyś był na tym etapie. A nasi rodzice też nie musieli być specjalistami w każdej dziedzinie, żeby wiedzieć co jest ważne w wychowaniu dziecka. W końcu żyjemy i mamy się dobrze. 

_______

1. Definicja z artykułu, w którym podane są źródła literatury:

https://1000dni.pl/dziecko-1-3-lata/co-wiesz-o-buncie-dwulatka-i-trzylatka-czy?gad_source=1&gad_campaignid=22762040384&gbraid=0AAAAADst8WWri8OWZuBFnW2h5eAVOqZJi&gclid=CjwKCAjwyabTBhBFEiwAM3mNUAZuRU4YaWvATB3VLN4_omxw6s5gZ-EtCA-SZBaxMPQzrBZpi1w_LxoC3IIQAvD_BwE


wtorek, 28 lipca 2026

Co się stało z moim mózgiem? - kilka dowodów na to, że mamy są wyjątkowe

Nieobce jest Wam zapewne stwierdzenie, że mózg kobiety w trakcie ciąży się zmienia. Robiono badania, które dowiodły m. in. że zmniejsza się nawet do 5% ilość istoty szarej w obszarach odpowiedzialnych za emocje i relacje, co ułatwia dostosowanie się do roli matki, wyostrza empatię oraz pomaga w odczytywaniu potrzeb dziecka. Zmienia się także poziom neuroprzekaźników (oksytocyny i prolaktyny), co objawia się trudnościami z koncentracją i gorszą pamięcią. Naukowcy twierdzą, że te zmiany zachodzące w mózgu nie są bez powodu - mają umożliwić młodej mamie nawiązanie lepszej relacji ze swoim dzieckiem. A zatem wszystkie te zmiany mają służyć lepszemu przygotowaniu do macierzyństwa. To tak w skrócie, bo nie będzie to artykuł naukowy. Ale skłoniło mnie to do zastanowienia, czy przyjmując, że to prawda, zauważam coś, czego nie doświadczałam zanim zostałam mamą?

I muszę przyznać, że coś w tym jest, bo niejednokrotnie łapię się na tym, że jako mama funkcjonuję o wiele inaczej, niż gdy nie miałam jeszcze dziecka. Oto kilka rzeczy, które wcześniej były mi obce. 

1. Zapominanie vs. zapamiętywanie

Czasami zastanawiam się, czy zamknęłam mieszkanie na klucz lub wyłączyłam gaz, ale z łatwością, o jaką nigdy bym się nie podejrzewała zapamiętuję wierszyki, by potem, gdy mała nie chce jeszcze zasypiać, opowiedzieć jej jeszcze jakiś wierszyk - bardzo ułatwia to sprawę z zasypianiem, a co za tym idzie bardzo ułatwia mi życie. Jeśli tak dalej pójdzie, niedługo będę recytować chociażby cały dorobek Tuwima i Brzechwy. Chyba jednak to twierdzenie o utracie pamięci nie jest do końca prawdziwe?

2. Rozumienie bez użycia słów

Każda mama spędzając najwięcej czasu ze swoim dzieckiem rozumie je najlepiej. Na początku płacz jest jedynym narzędziem komunikacji i uczymy się go właściwie odczytywać, aż opanujemy to do perfekcji. Może wydawać się, że ten etap jest najtrudniejszy. Nic bardziej mylnego. Potem okazuje się, że jesteśmy zmuszone stworzyć całkowicie nowy słownik. Dowiadujemy się że chociażby samo "ba-ba" może mieć kilka znaczeń w zależności od kontekstu. Do tego dochodzi też czasem język migowy, który też musimy się uczyć rozumieć. Bo mały człowiek, porozumiewając się w tym wymyślonym rzez siebie języku, patrzy ci wyczekująco w oczy i właśnie zrozumienia oczekuje. Nie mówiąc już o tym, że irytuje się, gdy musi kilka razy powtórzyć, a gdy okaże się, że go nie rozumiemy, może być to dla niego rozczarowaniem tak dużym, że skwituje to głośnym płaczem. Sytuacja wygląda nieco inaczej, gdy nasza pociecha zacznie mówić. Ale potem z kolei okazuje się, że może rozmawiać zawsze, o każdej porze i bez ustanku. Sami zdecydujcie więc, który etap jest najłatwiejszy.  

3. Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość

O tym już pisałam, ale w tym kontekście nie sposób o tym nie wspomnieć. Sięgając pamięcią wstecz, widzę jak bardzo musiałam tę cechę wypracować. Nie, nie wypracować, to zasługa tego małego człowieka. Nic tak nie wzmacnia cierpliwości jak przebywanie z dzieckiem. Tłumaczenie po kilka razy, codziennie tej samej rzeczy, by potem ono spojrzało ci w oczy i z radością zrobiło dokładnie przeciwnie, niż powiedziałaś. Cierpliwość i opanowanie - tylko to może nas uratować.

4. Miłość zdefiniowana na nowo

Tu też się pewnie powtórzę, ale nie da się w tym kontekście nie wspomnieć o miłości. Skoro nasz mózg zmienia się na potrzeby bycia matką, to może chemia w mózgu też ma w tym jakiś udział? Tak czy inaczej kochamy, jak nigdy do tej pory nie byłyśmy zdolne. Więź z dzieckiem jest czymś, czego nie sposób opisać. 

5. Menu godne mistrza kuchni

Wiele czynności robię szybciej i lepiej, niż zanim zostałam mamą. Numer jeden, oczywiście przygotowanie posiłków. A co za tym idzie nieodłączne pytanie, które każda z nas słyszy w głowie pewnie codziennie lub nawet kilka razy dziennie - "co dziś na śniadanie/obiad/kolację?" Z czasem jako mamy zaczynamy mieć w głowie coraz więcej przepisów na posiłki, które się sprawdzają, a przy tym są szybkie i proste w wykonaniu. I przede wszystkim - nie bez powodu ktoś stwierdził, że macierzyństwo to w dużej mierze smażenie placków czy naleśników - może dlatego, że są chętnie zjadane i nie zajmują dużo czasu. Nie myślałam, że kiedyś dojdę w tym do takiej wprawy, a nawet będę znać po kilka awaryjnych przepisów, które dziecko zawsze chętnie zje.

6. Wbudowany planer wszystkiego

Na początku macierzyństwa jesteśmy chodzącym chaosem. Cała dotychczasowa rutyna przestaje istnieć, gdy pojawia się mały człowiek. To on wymusza zbudowanie jej na nowo. Śpimy niewiele, jemy od czasu do czasu, ugotowanie posiłku to coś, co jest ponad nasze możliwości. A chwila da siebie to coś, czego często zwyczajnie nie ma. Z czasem jednak wszystko zaczyna się zmieniać. Czy raczej my adaptujemy się do nowych warunków. W końcu wypracowujemy całkiem nową rutynę. Taką która odpowiada zarówno nam i dziecku. Bez problemu planujemy każdy dzień tak, by znaleźć czas na wszystko, co chcemy zrobić, jak też czas na odpoczynek. Uczymy się wybierać, co jest najważniejsze. Jak nigdy przedtem zaczynamy rozumieć, że czasem trzeba odpuścić, bo w ograniczonym czasie nie da się zrobić wszystkiego. I świat się przez to nie zawali. 

7. Mniejsze zapotrzebowanie na sen

Śpimy różnie, w zależności od tego jak śpi dziecko. I czy trafimy na malucha, który lubi spać czy nie. Czasami nie śpimy w ogóle, czasami w znikomych ilościach, czasami dłużej, ale wtedy często z wybudzeniami co jakiś czas. Są też podobno rodzice, którzy dość szybko zaczynają przesypiać noce. Pewne jest jedno - każdy z nas chciałby należeć do tej ostatniej grupy. Zmierzam do tego, że kiedyś sypiałam zwykle od ośmiu do dziesięciu godzin i bywało, że byłam niewyspana. Obecnie, nie licząc naprawdę bardzo krótkiego epizodu przesypiania całych nocek, choć bywa, że obudzę się kilka razy w nocy, nawet nie śmiem pomyśleć, że jestem niewyspana. Czuję się wyspana i w pełni sił, a nawet jeśli nie, zwykle kawa poprawia ten stan. A kiedy i to nie pomaga - patrzę na swoje dziecko i już wiem, że siły mi nie może zabraknąć. Swoją drogą - jak one to robią, że ruszają się od kiedy otworzą oczy, do momentu gdy zasną, nie narzekając na zmęczenie, przeciwnie gimnastykując się tak, że dorosły po godzinie takiej zabawy nie miałby już sił?

8. Większe zapotrzebowanie na kofeinę

Coś, z czym nie da się dyskutować. Kawa przestaje być tylko kawą. Zaczyna być wsparciem emocjonalnym i lekarstwem na gorsze momenty. Choć bywa, że ciężko znaleźć na nią chwilę, a co gorsza, ciężko wypić w całości ciepłą, i tak się nie poddajemy. 

Te i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy to nieodłączna część bycia mamą. Czy coś jeszcze dodałybyście do tej listy?