poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Kim jest Nikt i dlaczego?

Nie czuję dawnego przytłoczenia przedstawicielkami płci pięknej. Już nie uważam ich za jednostki lepsze. To ja jestem wielki. Każda z nich mógłbym pozbawić godności i sprawić, że stanie się nikim. Nie ma jednak takiej potrzeby. Wystarczy, że wyjaśniam, kto jest szefem.

Sięgając po tę lekturę, miałam na uwadze poprzednie dzieła autora, które przypadły mi do gustu, i bardzo pozytywne recenzje, więc oczekiwania były duże. Jednocześnie zaczynając czytać, trochę walczyłam ze sobą. Gwałt? Przecież to już było, na pewno ten motyw już jest w wielu książkach opisany. Zatem może będę się nudzić, ale czy na pewno?

Tytułowy Nikt to żaden wydumany psychopata. Zwykły szary człowiek, który nie znosi swojego życia i winą za to obarcza płeć piękną. Pewnego dnia uderza w kobietę, która jest dla niego synonimem życiowego sukcesu i siły. Jego celem jest niszczenie i czerpanie z tego siły. Pragnie na cierpieniu zbudować swój wewnętrzny spokój. I skutecznie rujnuje spokój Kajetana, który po tragedii swojej żony, nie może się pozbierać. Nie tylko walczy ze stratą, ale musi udowadniać swoją niewinność, a "męska świnia" jest na wolności. Czy Nikt właśnie tego chciał, czy może jednak czuje niedosyt i zdecyduje się uderzyć po raz kolejny?

Prysznic biorę z otwartymi oczami, gnębiąc się widokiem tego, co straciłem. Chcę, żeby ból wyżerał każdą moją tkankę, zatruwał każdą myśl, skaził mi krew, wypalił wszystkie oznaki niepewności.

Moja rada - jeśli chcecie mieć więcej przyjemności z lektury nie czytajcie opisu okładkowego - ja zwykle tak robię, jeśli wiem, że się nie zawiodę. Tutaj okazało się to słuszne, bo opis zdradza tyle fabuły, że przez mniej więcej jedną trzecią książki wiadomo, co będzie dalej.

Jeśli chodzi o fabułę jest sprytnie poprowadzona - ledwie zdążymy ochłonąć po jednym wydarzeniu, a już czeka nas kolejna "sensacja". Współczujemy Kajetanowi i w duchu dopingujemy, by odkrył tożsamość tego... tu nie użyję żadnego określenia, bo same niecenzuralne cisną się na usta. I dopingujemy też, by odpłacił mu się za to jak należy. W międzyczasie pojawia się też jeszcze jeden wątek, którego rozwijać nie będę, bo to będzie spoiler, ale robi się bardzo ciekawie. Pod koniec lektura wbija w fotel na tyle, że nie zdziwi mnie, gdy zarwiecie noc. Ta książka studium duszy psychopaty oraz relacja z areny, na której toczy się walka o życie w jednym.

Mimo to, że mi się podobało, szczerze nie wiem, jak mam opisać moje wrażenia. Bo coraz więcej jest zachwytów nad tą książką, a jednak ja po przeczytaniu czuję lekki niedosyt. Z czego to wynika? Fabuła bardzo ciekawie poprowadzona, ale to nie do końca to, czego oczekiwałam. Lektura jak najbardziej wartościowa i godna polecenia, ale nie wryła się w moją psychikę na tyle, żebym ją uznała za świetną. Może to kwestia dużych oczekiwań wobec książek tego autora? Sceny gwałtu, choć opisane realistycznie jakoś zbyt mocno do mnie nie przemówiły. Sam główny bohater, choć to postać dobrze przemyślana, to jest bardzo schematyczny. Taki typowy zły charakter. A właściwie ktoś z jego brakiem. I choć próbowałam się w niego wczuć, to nie wywołał we mnie tak złych emocji jak na gwałciciela przystało. Ot, przeciętny człowiek, któremu w życiu się mocno nie układa i próbuje szukać zadowolenia kosztem innych. Zupełnie tylko to, czego się można było spodziewać, nic mnie nie zdziwiło. 

Nie jestem na nie, ale też czuję lekki niedosyt. Przeczytajcie, oceńcie sami :) 

Moja ocena 6/10

Adrian Bednarek, Nikt

Ilość stron: 496

Wydawnictwo: Zaczytani

Data premiery: 11.03.2026

wtorek, 7 kwietnia 2026

Obcy, czy nie - gdzie jest granica?

Kojarzycie ten moment przy świątecznym stole, gdy wszyscy rozmawiają, jest wesoło, miło i chciałoby się choć na chwilę zatrzymać czas? W te święta pierwszy raz od dawna było u nas mnóstwo krewnych, których nie miałam okazji widzieć przez kilka lat. Zebraliśmy się wszyscy, by razem pomodlić się za zmarłą babcię, bo akurat przypadał termin mszy. 

Choć powinniśmy być ze sobą blisko, często jest tak, że nawet bliską rodzinę widujemy tylko od święta. Praca, codzienne obowiązki, skupienie tylko na bieżących rzeczach - wszystko przestaje mieć znaczenie dopiero gdy ktoś umiera. Wtedy zatrzymujemy się na chwilę. Przypominamy sobie, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Że nic nie zwróci nam minionego czasu, który można było spędzić razem. A czas ucieka szybko, zbyt szybko. I nim się obejrzymy, kuzyni, którzy jeszcze wczoraj bawili się z nami w wojnę są dorośli. My jesteśmy dorośli. Już się nie bawimy. Już nawet nie wiemy, co u nich słychać. Nasi rodzice i wujkowie są coraz starsi. Dziadkowie, którzy zawsze znajdowali receptę na nasze małe i duże problemy, powoli przestają być częścią naszego życia. Czasami zauważamy to zbyt późno, by coś zrobić. 

Lubię święta, bo zawsze to jakiś pretekst, żeby się spotkać. Pobyć razem, porozmawiać, zatrzymać się właśnie na tę chwilę. Na co dzień często tego nie doceniamy. Z czasem coraz bardziej dociera do mnie, że to właśnie ta chwila jest najcenniejszym, co mamy. Co może być ważniejszego od czasu, który spędzamy z kimś bliskim? 

Nasze losy przeplatają się w dziwny i niezbadany sposób. Bo kim właściwie jest bliska osoba? To też w pewnym sensie obcy człowiek, z którym połączyło cię kilka spędzonych chwil. Dłuższych lub krótszych. Patrzysz na swoją drugą połówkę i myślisz, że przecież on też kiedyś był ci obojętny. I gdyby nie ta przysłowiowa kawa, przypadkowo wymieniony numer telefonu, jakiś impuls, który skłonił was do rozmowy czy jakakolwiek inna przypadkowa okoliczność, która doprowadziła do tego, że się poznaliście, dzisiaj patrzyłabyś na niego jak na innych przechodniów na ulicy. I nie czuła tego bolesnego ukłucia na myśl, że gdyby go zabrakło, świat mógłby przestać istnieć. 

Doceniajmy chwile. Szczególnie te, w których mamy przy sobie bliskie osoby. Bo to jest najcenniejsze, choć na co dzień nie przywiązujemy do tego wystarczającej wagi. 



wtorek, 31 marca 2026

Będą mówić, że dziecko to utrapienie... to ważne, byś im nie uwierzyła

        Muszę Wam się do czegoś przyznać. Decydując się na pierwsze dziecko zupełnie nie miałam pojęcia, co robię. Bo i skąd mogłabym mieć? Czym innym jest obserwacja czy słuchanie innych, a czym innym doświadczenie czegokolwiek samemu. Będąc w ciąży wiedziałam tylko, że już niedługo będę opiekować się małym człowiekiem, którego życie będzie zależało ode mnie. Czy to nie przerażające? Oczywiście, że tak. Idąc tym tropem, dlaczego więc decydujemy się na dzieci? 

        Nieprzespane noce, ząbkowanie, bunt dwulatka i skoki rozwojowe - tym był straszony każdy przyszły rodzic. Ileż to ja się nasłuchałam i naoglądałam relacji mam, które narzekają, bo dziecko nie daje spać, bo wychodzą ząbki, bo krzyczy, buntuje się i złości. I wiecie co? Ja już mam taką naturę, że martwię się na zapas. Co będzie jak nie podołam? Jak nie będę umiała być mamą? Zawsze spodziewam się najgorszego. Ale nie taki diabeł straszny. Muszę przyznać, że (odpukać) trafił mi się jakiś cudowny "egzemplarz". Nie zaobserwowałam żadnych regresów snu. Zęby wyszły jeden po drugim, dosłownie patrzę - o nowy ząbek, bez żadnych strasznych dolegliwości. Jak zombie też nie chodzę zarywając kilka nocy z rzędu, bo kilka pobudek, po których od razu zasypiam to jeszcze da się przeżyć. Najcięższą chorobą z jaką do tej pory walczyłam u dziecka był katar (tu było naprawdę strasznie, bo aspirator i inhalator to wrogowie numer jeden, więc płacz, krzyk i uciekanie na porządku dziennym, ale cóż, to tylko katar). 

        Boimy się też samego porodu. I słusznie, bo to żywioł, więc nie wiemy czego się spodziewać, a mózg pamięta wszystkie najgorsze zasłyszane historie o porodach przedłużających się i z komplikacjami. Cóż, urodziłam siłami natury bez znieczulenia w takim tempie, że jedna z obecnych na sali lekarka powiedziała, żeby przy kolejnym porodzie poinformować, że pierwszy był szybki. 

        Dużo by jeszcze wyliczać, które z moich obaw nijak się miały do rzeczywistości. Ale żałuję jednej rzeczy. Tego, że wcześniej nie wiedziałam tego, co wiem teraz. A tego nawet nie da się opisać i przekazać komuś, kto tego nie doświadczył, więc jak mogłabym to wiedzieć? Żałuję, że nie wiedziałam, że można kogoś tak kochać. Kiedy pierwszy raz spojrzałam w oczy stworzonego przez siebie człowieka, jeszcze nie byłam tego świadoma. Że to małe, upaćkane, jeszcze też niczego nieświadome stworzonko, stanie się moim wszystkim. To przyszło z czasem. Na początku był tylko lęk. Czy wszystko robię dobrze, czy niczego jej nie brakuje i przede wszystkim czy oddycha. I w tej kwestii niewiele się zmieniło. Ale z czasem zaczęła wszystko bacznie obserwować, uśmiechać się i komentować rzeczywistość po swojemu, a moje serce rosło. Teraz, gdy już zaczęła chodzić (czytaj: uciekać, jak szalona, gdy tylko nadarzy się okazja) i wymieniać się ze mną myślami (nie wiedziałam, ile można przekazać za pomocą kilku słów, uzupełniając to wymyślonym przez siebie językiem migowym), wiem, że najgorsze już za nami. Mogę odetchnąć i cieszyć się tym, że codziennie wieczorem słucham wykładu w języku kosmitów, a codziennie rano widzę ten psotny uśmiech. 

        Ale nie tylko o to mi chodzi. Kiedyś patrząc na inne dzieci i innych rodziców, myślałam tylko, że na to, czyli na rodzicielstwo, nie da się być gotowym nigdy. Bo jak można spędzać całą dobę z takim małym brzdącem, który ciągle coś chce, nie da posiedzieć w spokoju i przede wszystkim - jest i zawsze już przy tobie będzie - nie będzie ci dane już tak naprawdę posiedzieć w samotności. To duże obciążenie i odpowiedzialność. I teraz też wcale tego nie neguję. Ale zyskałam zupełnie inną perspektywę. Przecież ten mały brzdąc to nie jest jakieś tam obce dziecko, tylko moje drugie serce na własnych nogach. I dbam o nie bardziej niż o siebie, nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że nic już nie liczy się bardziej. Bo czy można na tym świecie doświadczyć czegoś bardziej ekscytującego niż stworzenie nowego człowieka? 

        Czy też macie podobne doświadczenia? A może uważacie zupełnie inaczej? Co byście chciały wiedzieć przed urodzeniem pierwszego dziecka? Ja mam mnóstwo takich kwestii. Dziś tylko o najważniejszych, ale może zrobi się z tego nowa seria? - "Tego się nie dowiesz, dopóki nie zostaniesz mamą". Co Wy na to?