piątek, 31 lipca 2026

Bunt dwulatka - dlaczego moim zdaniem to mit?

Bywało, że zanim jeszcze urodziłam dziecko, trafiałam na różne treści i rolki o macierzyństwie. Czy to humorystyczne czy takie, w których mamy po prostu szczerze opowiadają o macierzyństwie, a przynajmniej taki jest ich zamysł. Obecnie staram się od tego całkowicie odciąć i skupić na własnym przeżywaniu tego, czego doświadczam, bez porad ludzi z internetu. Nie jest to łatwe, bo obecnie algorytmy Facebooka czy Instagrama usilnie podrzucają treści na podstawie zauważonego przez nas wyszukiwania, czy chwilowego skupienia na czymś uwagi. Ale powiedziałam dość. Będę na przekór aplikacjom, które podrzucają nam rzekomo interesujące nas treści, by tylko jak najdłużej zatrzymać naszą uwagę. 

Ale wracając do tematu - niedawno trafiłam na rolki, w których mama dwulatka opowiada o buncie. W jednej opisuje, że kocha być mamą, ale w skrócie - przez bunt dwulatka możliwe że "wyląduje w psychiatryku". W innej z kolei niby żartobliwie ukazuje pięć minut dla mamy, podczas gdy tata "walczy o życie ze zbuntowanym dwulatkiem". 

Szczerze? Nie rozumiem tej nagonki na bunt dwulatka i wylewania swoich frustracji na forum publicznym. Nie tylko w temacie buntu dwulatka zresztą. Przez dwa lata dużo już widziałam takich treści - jak nie skok rozwojowy to ząbkowanie, jak nie ząbkowanie to bunt roczniaka czy dwulatka, a to nie chce jeść, choruje, nie daje spać w nocy. Wszystko to daje do myślenia mniej więcej tyle, że macierzyństwo niby jest super, ale dziecko to chodzący problem. I żeby nie było - ja wcale nie neguję tych odczuć. Bo nikt nigdy nie powiedział, że macierzyństwo będzie łatwe. Ale czy doczekaliśmy czasów, że ze wszystkiego trzeba teraz zdawać relacje na forum publicznym? Bo dziecko kichnęło, ma temperaturę czy nie spało w nocy - pyk zdjęcie i trzeba się tym podzielić z obserwującymi. A może dziecko po prostu potrzebuje spokoju i  rodzica obok, a nie nagłaśniania połowy tego, co robi w internecie?

Wrócę jednak jeszcze do buntu dwulatka. Co mówi na ten temat literatura? "Bunt dwulatka, czyli potoczna nazwa kryzysu rozwojowego przypadającego na około drugi rok życia dziecka, to naturalny, a wręcz pożądany okres w życiu, wynikający z intensywnego dojrzewania dziecka – jego układu nerwowego, sfery poznawczej i emocjonalnej. W tym okresie dziecko zaczyna dostrzegać swoją odrębność, uczy się wyrażać swoje zdanie, by później, za kilkanaście lat stać się samodzielnym człowiekiem. Jest to okres przeżywania skrajnych emocji, co w połączeniu z jeszcze nie do końca rozwiniętą umiejętnością ich kontrolowania prowadzi do częstych i zaskakujących rodziców wybuchów złości".

Zatem nie trzeba być naukowcem, żeby stwierdzić, że bunt dwulatka jest buntem dwulatka tylko z nazwy. Nazwano go kryzysem rozwojowym, a jako rodzice niejednego takiego "kryzysu" doświadczamy. Nie lubię szufladkowania wszystkiego i prób nadania nazwy zachowaniom dziecka. Wystarczy mi wiedza, że małe dziecko ma niedojrzały układ nerwowy, nie umie samo regulować emocji i potrzebuje w tym naszej pomocy jako rodzica. I tyle. Nie szukałam dla każdego "złego" zachowania nazwy, wytłumaczenia, nie próbowałam na siłę przypisać go do jakiegoś potencjalnego kryzysu, który może w tym okresie wystąpić. Maluch krzyczy? Złości się? Rzuca przedmiotami? Rzuca się na podłogę i próbuje ją ugryźć? To jest w porządku, w końcu kto z nas się nie złości? My jedynie umiemy już to opanować - a i to nie zawsze - dziecko nie. Przesadnie reaguje na odmowę i zanosi się płaczem? Dziecko ma swoje powody, by to robić - nie oceniajmy, nie negujmy, nie dawajmy się wciągnąć w kolejną "kłótnię". Z czasem zauważalne są pewne schematy w jego zachowaniu i wiele takich kłótni da się sprytnie uniknąć, czy w najgorszym wypadku szybko załagodzić, zanim przejdzie to w niekończące się morze łez i burzę z piorunami. W wielu przypadkach ta burza staje się łagodniejsza, gdy malucha potraktujemy z należną mu wyrozumiałością czy po prostu przytulimy. 

Mamo! Więcej wiary w swoje dziecko, ono nie potrzebuje mamy, która na wszystko znajdzie naukowe czy medyczne określenie. Potrzebuje tylko Twojej obecności i poczucia bezpieczeństwa. Pamiętaj, że nawet jeśli jest ciężko, wszystko jest do przejścia. Bo każdy z nas kiedyś był na tym etapie. A nasi rodzice też nie musieli być specjalistami w każdej dziedzinie, żeby wiedzieć co jest ważne w wychowaniu dziecka. W końcu żyjemy i mamy się dobrze. 

_______

1. Definicja z artykułu, w którym podane są źródła literatury:

https://1000dni.pl/dziecko-1-3-lata/co-wiesz-o-buncie-dwulatka-i-trzylatka-czy?gad_source=1&gad_campaignid=22762040384&gbraid=0AAAAADst8WWri8OWZuBFnW2h5eAVOqZJi&gclid=CjwKCAjwyabTBhBFEiwAM3mNUAZuRU4YaWvATB3VLN4_omxw6s5gZ-EtCA-SZBaxMPQzrBZpi1w_LxoC3IIQAvD_BwE


wtorek, 28 lipca 2026

Co się stało z moim mózgiem? - kilka dowodów na to, że mamy są wyjątkowe

Nieobce jest Wam zapewne stwierdzenie, że mózg kobiety w trakcie ciąży się zmienia. Robiono badania, które dowiodły m. in. że zmniejsza się nawet do 5% ilość istoty szarej w obszarach odpowiedzialnych za emocje i relacje, co ułatwia dostosowanie się do roli matki, wyostrza empatię oraz pomaga w odczytywaniu potrzeb dziecka. Zmienia się także poziom neuroprzekaźników (oksytocyny i prolaktyny), co objawia się trudnościami z koncentracją i gorszą pamięcią. Naukowcy twierdzą, że te zmiany zachodzące w mózgu nie są bez powodu - mają umożliwić młodej mamie nawiązanie lepszej relacji ze swoim dzieckiem. A zatem wszystkie te zmiany mają służyć lepszemu przygotowaniu do macierzyństwa. To tak w skrócie, bo nie będzie to artykuł naukowy. Ale skłoniło mnie to do zastanowienia, czy przyjmując, że to prawda, zauważam coś, czego nie doświadczałam zanim zostałam mamą?

I muszę przyznać, że coś w tym jest, bo niejednokrotnie łapię się na tym, że jako mama funkcjonuję o wiele inaczej, niż gdy nie miałam jeszcze dziecka. Oto kilka rzeczy, które wcześniej były mi obce. 

1. Zapominanie vs. zapamiętywanie

Czasami zastanawiam się, czy zamknęłam mieszkanie na klucz lub wyłączyłam gaz, ale z łatwością, o jaką nigdy bym się nie podejrzewała zapamiętuję wierszyki, by potem, gdy mała nie chce jeszcze zasypiać, opowiedzieć jej jeszcze jakiś wierszyk - bardzo ułatwia to sprawę z zasypianiem, a co za tym idzie bardzo ułatwia mi życie. Jeśli tak dalej pójdzie, niedługo będę recytować chociażby cały dorobek Tuwima i Brzechwy. Chyba jednak to twierdzenie o utracie pamięci nie jest do końca prawdziwe?

2. Rozumienie bez użycia słów

Każda mama spędzając najwięcej czasu ze swoim dzieckiem rozumie je najlepiej. Na początku płacz jest jedynym narzędziem komunikacji i uczymy się go właściwie odczytywać, aż opanujemy to do perfekcji. Może wydawać się, że ten etap jest najtrudniejszy. Nic bardziej mylnego. Potem okazuje się, że jesteśmy zmuszone stworzyć całkowicie nowy słownik. Dowiadujemy się że chociażby samo "ba-ba" może mieć kilka znaczeń w zależności od kontekstu. Do tego dochodzi też czasem język migowy, który też musimy się uczyć rozumieć. Bo mały człowiek, porozumiewając się w tym wymyślonym rzez siebie języku, patrzy ci wyczekująco w oczy i właśnie zrozumienia oczekuje. Nie mówiąc już o tym, że irytuje się, gdy musi kilka razy powtórzyć, a gdy okaże się, że go nie rozumiemy, może być to dla niego rozczarowaniem tak dużym, że skwituje to głośnym płaczem. Sytuacja wygląda nieco inaczej, gdy nasza pociecha zacznie mówić. Ale potem z kolei okazuje się, że może rozmawiać zawsze, o każdej porze i bez ustanku. Sami zdecydujcie więc, który etap jest najłatwiejszy.  

3. Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość

O tym już pisałam, ale w tym kontekście nie sposób o tym nie wspomnieć. Sięgając pamięcią wstecz, widzę jak bardzo musiałam tę cechę wypracować. Nie, nie wypracować, to zasługa tego małego człowieka. Nic tak nie wzmacnia cierpliwości jak przebywanie z dzieckiem. Tłumaczenie po kilka razy, codziennie tej samej rzeczy, by potem ono spojrzało ci w oczy i z radością zrobiło dokładnie przeciwnie, niż powiedziałaś. Cierpliwość i opanowanie - tylko to może nas uratować.

4. Miłość zdefiniowana na nowo

Tu też się pewnie powtórzę, ale nie da się w tym kontekście nie wspomnieć o miłości. Skoro nasz mózg zmienia się na potrzeby bycia matką, to może chemia w mózgu też ma w tym jakiś udział? Tak czy inaczej kochamy, jak nigdy do tej pory nie byłyśmy zdolne. Więź z dzieckiem jest czymś, czego nie sposób opisać. 

5. Menu godne mistrza kuchni

Wiele czynności robię szybciej i lepiej, niż zanim zostałam mamą. Numer jeden, oczywiście przygotowanie posiłków. A co za tym idzie nieodłączne pytanie, które każda z nas słyszy w głowie pewnie codziennie lub nawet kilka razy dziennie - "co dziś na śniadanie/obiad/kolację?" Z czasem jako mamy zaczynamy mieć w głowie coraz więcej przepisów na posiłki, które się sprawdzają, a przy tym są szybkie i proste w wykonaniu. I przede wszystkim - nie bez powodu ktoś stwierdził, że macierzyństwo to w dużej mierze smażenie placków czy naleśników - może dlatego, że są chętnie zjadane i nie zajmują dużo czasu. Nie myślałam, że kiedyś dojdę w tym do takiej wprawy, a nawet będę znać po kilka awaryjnych przepisów, które dziecko zawsze chętnie zje.

6. Wbudowany planer wszystkiego

Na początku macierzyństwa jesteśmy chodzącym chaosem. Cała dotychczasowa rutyna przestaje istnieć, gdy pojawia się mały człowiek. To on wymusza zbudowanie jej na nowo. Śpimy niewiele, jemy od czasu do czasu, ugotowanie posiłku to coś, co jest ponad nasze możliwości. A chwila da siebie to coś, czego często zwyczajnie nie ma. Z czasem jednak wszystko zaczyna się zmieniać. Czy raczej my adaptujemy się do nowych warunków. W końcu wypracowujemy całkiem nową rutynę. Taką która odpowiada zarówno nam i dziecku. Bez problemu planujemy każdy dzień tak, by znaleźć czas na wszystko, co chcemy zrobić, jak też czas na odpoczynek. Uczymy się wybierać, co jest najważniejsze. Jak nigdy przedtem zaczynamy rozumieć, że czasem trzeba odpuścić, bo w ograniczonym czasie nie da się zrobić wszystkiego. I świat się przez to nie zawali. 

7. Mniejsze zapotrzebowanie na sen

Śpimy różnie, w zależności od tego jak śpi dziecko. I czy trafimy na malucha, który lubi spać czy nie. Czasami nie śpimy w ogóle, czasami w znikomych ilościach, czasami dłużej, ale wtedy często z wybudzeniami co jakiś czas. Są też podobno rodzice, którzy dość szybko zaczynają przesypiać noce. Pewne jest jedno - każdy z nas chciałby należeć do tej ostatniej grupy. Zmierzam do tego, że kiedyś sypiałam zwykle od ośmiu do dziesięciu godzin i bywało, że byłam niewyspana. Obecnie, nie licząc naprawdę bardzo krótkiego epizodu przesypiania całych nocek, choć bywa, że obudzę się kilka razy w nocy, nawet nie śmiem pomyśleć, że jestem niewyspana. Czuję się wyspana i w pełni sił, a nawet jeśli nie, zwykle kawa poprawia ten stan. A kiedy i to nie pomaga - patrzę na swoje dziecko i już wiem, że siły mi nie może zabraknąć. Swoją drogą - jak one to robią, że ruszają się od kiedy otworzą oczy, do momentu gdy zasną, nie narzekając na zmęczenie, przeciwnie gimnastykując się tak, że dorosły po godzinie takiej zabawy nie miałby już sił?

8. Większe zapotrzebowanie na kofeinę

Coś, z czym nie da się dyskutować. Kawa przestaje być tylko kawą. Zaczyna być wsparciem emocjonalnym i lekarstwem na gorsze momenty. Choć bywa, że ciężko znaleźć na nią chwilę, a co gorsza, ciężko wypić w całości ciepłą, i tak się nie poddajemy. 

Te i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy to nieodłączna część bycia mamą. Czy coś jeszcze dodałybyście do tej listy?

piątek, 24 lipca 2026

Gdy wyrok okaże się niesłuszny

Największe potwory zawsze wydają się takie nieszkodliwe. Miłe, a nawet pociągające. Ona nie zamierza jednak popełnić tego błędu i poddać się złu, jakkolwiek pięknie będzie wyglądało. Nie, zło umie się kamuflować, jest podstępne i dlatego tak często cię zaskakuje.

Zachęcona pierwszym spotkaniem z autorką, które było udane - po przeczytaniu "Dziewczyny z pokoju 12", nie wahałam się sięgnąć po jej kolejną książkę. Czy i tutaj się nie zawiodłam?

Jess cały czas żyje w cieniu tragedii, jaką było zabójstwo jej matki, gdy ona była jeszcze mała i nie mogła pamiętać sprawcy. Gdy po latach spotyka się z nią człowiek podejrzewany przed laty o to zabójstwo, mimo początkowego lęku bierze sprawy w swoje ręce i postanawia dowiedzieć się, co takiego ten człowiek wie w sprawie śmierci matki. Zwłaszcza, że ten twierdzi, że wie, kto to zrobił. Im bardziej angażuje się we własne śledztwo, tym więcej informacji na temat jej własnej rodziny wychodzi na światło dzienne. Niekoniecznie takich informacji, które chciałaby usłyszeć... Czy doprowadzi ją to w końcu do odpowiedzi, czy tylko bardziej skomplikuje życie?

Tyle się słyszy o ludziach, którzy popełniają straszliwe zbrodnie, choć są uczynnymi sąsiadami, dobrymi mężami czy żonami. Filarami lokalnych społeczności. Co to znaczy? Ludzie udają, abyśmy uwierzyli, że są lepsi niż naprawdę.

Jedyne, co mi się w tej książce spodobało i sprawiło, że dotrwałam do końca to sposób opowiadania. Sama historia jest opowiedziana w taki sposób, że może zainteresować. Narracja jest dwutorowa - z perspektywy zamordowanej matki i z perspektywy Jess, co sprawia, że czyta się szybko. Niespiesznie, strona po stronie autorka dawkuje nam napięcie, by pod koniec zszokować rozwiązaniem historii. Podrzuca też kilka fałszywych tropów, które rzeczywiście mogą zmylić. Mnie jednak ta historia ani trochę nie przekonała.

Po pierwsze, sam zarys fabuły już wydał mi się nieco abstrakcyjny. Przebrnęłam przez początek, który niesamowicie się dłużył, dopiero z czasem coś się zaczęło dziać, choć nie tyle, bym zdołała się wciągnąć. Wychodzi na jaw coraz więcej nowych faktów, ale sama główna bohaterka jest nieco irytująca z tym obsesyjnym poszukiwaniem prawdy i ciągłym wypytywaniem jednego członka rodziny po drugim. Brakuje mi u niej tej warstwy emocjonalnej, która w thrillerach psychologicznych jest istotna. Ciężko wczuć się w jej postać. Momentami miałam wrażenie, jakby te całe poszukiwania nie dotyczyły jej osobiście. Podobnie zresztą jak z drugą bohaterką - matką Jess - druga postać, której ani nie polubiłam ani nie znienawidziłam, dobrnęłam jedynie do końca, by poznać zakończenie. A i pojawił się jeszcze człowiek, przed laty uznany za winnego zbrodni. Naprawdę chciałam mu współczuć, czy choć trochę się przejąć jego losem. Mimo że nieco się dowiadujemy o nim i o jego przeszłości, pozostał dla mnie postacią zupełnie bezbarwną, podobnie jak reszta bohaterów. 

Sama historia, choć może wydać się szokująca, mi wydała się odrobinę naciągana. Nie mówię, że była to całkowicie nieudana lektura, bo czytało się nawet przyjemnie, nie mam zarzutów do samego stylu autorki, a to duży plus, ale ani fabuła, ani bohaterowie nie byli dla mnie przekonujący. 


Moja ocena 6/10

Kathryn Croft, Zanim wydasz wyrok

Ilość stron: 376

Wydawnictwo Mova

Data premiery: 28.01.2026