wtorek, 19 marca 2019

I nawet kiedy wszystko się wali... — krótka rozprawa o szczęściu

Mówiłam już o szczęściu w ostatnim poście. Niedawno jednak miałam okazję obejrzeć  film pt. „Całe szczęście" i o nim też opowiem, bo wyniosłam z niego kilka ważnych lekcji. Wydawałoby się, że to tylko niepozorna komedia, ale jak się okazuje przez zabawę też można się wiele nauczyć, bo film skłania do życiowych przemyśleń. Właśnie nimi chciałabym się podzielić. i znowu: jeśli ktoś nie oglądał, a chce obejrzeć, to ostrzegam, że będzie trochę szczegółów zdradzających treść.
Kończy się gwałtowna burza, w której na szczęście nikt nie zginął, choć Robert popłynął na poszukiwania zaginionego synka, bo podejrzewał, że mógł wpaść na pomysł, by popływać. Bardzo wymowne są słowa, jakie padają w zakończeniu. Ojciec pyta synka, co będzie dalej, bo dziadek zamknął rodzinny biznes, jego wyrzucili z pracy, a Marta nie wyjechała tak jak planowała. A mały z uśmiechem podsumowuje to jednym krótkim zdaniem – „I całe szczęście". Nie zawsze to, co wydaje się być dla nas porażką, w efekcie rzeczywiście nią jest. Nawet zwolnienie z pracy może być okazją do znalezienia lepszej, czy odkrycia swojej pasji.
Czytałam kiedyś w pewnym czasopiśmie list, nie pamiętam o czym był, ale w tym momencie przypomniał mi się przykład, który był w nim podany. W kontekście tego, że los lubi z nami pogrywać i czasami to, co uważamy za nieszczęście czy życiową porażkę może obrócić się na naszą korzyść. Pewnemu mężczyźnie spłonął dom. Stracił więc cały swój dobytek. Czy można sobie wyobrazić większą tragedię? Z czasem jednak okazało się, że w miejscu, gdzie postawiony był dom, ukryty został majątek kilkukrotnie swoją wartością przewyższający wartość domu. Tam było to omówione w kontekście wiary — że nie można wątpić nawet, gdy przydarzy nam się taka tragedia, bo nigdy nie wiadomo, czy Bóg w swoim zamyśle nie ma dla nas czegoś lepszego niż dotychczas. Nawet przykre wydarzenia, których doświadczamy teraz, mogą w dłuższej perspektywie przynieść nam korzyści, choć z obecnego punktu widzenia nie jesteśmy w stanie tego dostrzec. Tak jak z tym domem i ukrytymi pod nim skarbami.
Wracając jednak do filmu — dzieci, choć jeszcze niewielkie mają doświadczenie życiowe, czasami potrafią dostrzec to, czego my dorośli nie widzimy. Czasami nam się wydaje, że nic w życiu idzie nam nie tak jak powinno. Ojciec Roberta zamknął prowadzoną przez kilka lat firmę. Od pokoleń w ich rodzinie prowadzono sklep z rybami. Wydawałoby się, że to to, co lubił i daje mu szczęście, ale czy faktycznie tak było? Okazało się, że nie, skoro postanowił sprzedać sklep i w końcu zrobić, to na co zawsze miał ochotę - wyruszyć w podroż swoich marzeń. Ta scena ma symboliczną wymowę. Oczywiście nie chcę w tym miejscu przekonywać Was, że rzucenie pracy i wyjechanie w podróż dookoła świata uczyni każdego szczęśliwym, nie to miałam na myśli :D Jednak stanowi to dobry przykład, że czasem warto odciąć się od wszystkiego, co dotychczas było naszą codziennością i szukać nowej drogi, która da nam szczęście. W końcu życie mamy tylko jedno. Szkoda marnować czas na coś, co nie daje nam satysfakcji.
I jeszcze jedno - marzenia są ważne. To one determinują to, kim chcemy być i jak widzimy siebie w przyszłości. Warto zaufać sobie i iść za ich głosem. Ale same się nie spełnią - działanie jest jeszcze ważniejsze 😊 A film zdecydowanie polecam obejrzeć. Nie było tam miejsca na nudę, a niektóre teksty wypowiadane przez bohaterów czy sceny z filmu rozbawiły mnie do łez. 

sobota, 16 marca 2019

Dostrzec najważniejsze

Otwórz oczy
I nie błądź dłużej jak ślepiec
Zauważ że wyszło słońce
źródło fotografii: https://joemonster.org/art/42214
Że poranna kawa smakuje dziś lepiej
Że kolega, którego nie lubisz
Uśmiechnął się do ciebie
Zachwyć się drzew zielenią
I kwiatów wiosennych zapachem
Po prostu wdychaj ten świat
Aż się nim zachłyśniesz
Usłysz szum wiatru w gałęziach
I słowa szeptane codziennie
Czy nawet gesty mówiące
Kocham cię jak nikogo na świecie
Tak ważny przekaz, a tak trudno go zrozumieć
Zatrzymaj się, patrz i słuchaj
Pielęgnuj w sobie dziecko
Ten właśnie dziecinny zachwyt nad światem
I rozglądaj się uważnie
Bo w szczegółach tkwi siła
A jeśli nie zwrócisz uwagi
Znikną z pamięci na zawsze
__________________________________________

Wiersz napisany już dwa lata temu. Kiedyś od kogoś usłyszałam, że jest wyjątkowy, więc postanowiłam się nim pochwalić. I pozdrowić tego kogoś 😊
Wiersz powstał po tym, jak przeczytałam pewien artykuł o specyfice działania ludzkiej pamięci. Zapamiętujemy tylko rzeczy, na które zwrócimy uwagę, to znaczy pochylimy się nad nimi na dłuższą chwilę. Nie zapamiętamy drobiazgów, które umykają nam w pośpiechu niezauważone. A czasami takie małe rzeczy mają ogromne znaczenie. W końcu sztuka szczęścia polega na tym, by umieć się nimi cieszyć.
Zgadzacie się z tym, co napisałam? Czy może macie jakieś inne sprawdzone recepty na szczęście?

środa, 13 marca 2019

Olsztyn znany i nieznany - mroczne tajemnice Kortowa

Często zdarza mi się wracać późnym wieczorem przez Kortowo. O tej porze zazwyczaj jest już tu stosunkowo cicho. Wyjątkiem bywają jedynie odgłosy imprez dochodzące z klubów czy z okien akademików. Zupełne przeciwieństwo tego, co widziała ta spokojna okolica jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Zapewne nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Gdy pomyślę o tragicznych losach ludzi, którzy zostali kiedyś wymordowani w naszym pięknym Kortowie, pozostaje mi tylko cieszyć się, że wtedy nie było mnie jeszcze na świecie.
Ja o przeszłości Kortowa zasłyszałam co nieco na pierwszym roku studiów, ale mogę się założyć, że nawet niektórym tutejszym studentom ta mroczna historia nie jest dobrze znana. W lesie kortowskim są zbiorowe groby. W budynkach na ulicy Heweliusza czasami woda samowolnie leci z kranu. A w budynku, gdzie znajduje się nasza sala wykładowa po zmroku panie sprzątaczki boją się sprzątać, bo podobno straszy. Takimi opowieściami dzielą się studenci starszych roczników z kolegami późnym wieczorem podczas spacerów po mieście. Co łączy te wszystkie plotki i ile w nich prawdy? Jako że gdy coś mnie zainteresuje, to nie spocznę, póki nie zbadam sprawy do końca, postanowiłam przejrzeć dostępne źródła poruszające ten problem i przygotować artykuł. Niestety, niewiele znajdziemy  publikacji na ten temat. Dokumenty dotyczące tamtych czasów są nieliczne, częściowo zniszczone, a częściowo w ogólne takowe nie powstały, jakby komuś bardzo zależało, by te okrutne fakty nie wyszły na jaw.
Każdy, kto wjeżdża do Olsztyna szosą od strony Warszawy, w pierwszej chwili dostrzega majaczące w dali kontury nowoczesnych osiedli, potem szuka wzrokiem zagubionych w betonowym krajobrazie czerwonych wież starych budowli, w końcu spojrzenie przenosi na zieleń drzew i rozległych łąk, wypisz wymaluj ze wsi wziętych.
      Mało kto patrzy już potem na przesuwające się monotonnie z lewej strony piaszczyste pagórki. Umykają uwadze przesłonięte rozłożystymi drzewami stare i nowe domy, całe ich skupisko. Wkrótce okazuje się, że coś zostało w tyle. Nie wiadomo nawet co. Sen, mara?
Takim oto tajemniczym wstępem rozpoczyna swoją książkę Stanisław Piechocki, olsztyński pisarz, który jako pierwszy podjął tematykę przeszłości Kortowa. Książka nosi tytuł „Czyściec zwany Kortau” i była ona dla mnie prócz artykułów w internecie podstawowym źródłem informacji. Kortau, Korto, Trupi Czerep — kilka nazw na określenie jednego i tego samego miejsca, czyli Kortowa.
Jesteście gotowi na wycieczkę, która całkowicie odmieni Wasze spojrzenie na Kortowo? Ostrzegam, drzewa już zawsze będą szumieć inaczej niż do tej pory, gdy jeszcze nie mieliście świadomości tych przykrych wydarzeń, a po zmroku będziecie przechodzić obok lasku kortowskiego, oglądając się z lekkim niepokojem. Mimo wszystko uważam, że zawsze warto znać prawdę, niezależnie od tego jak ciężka do przyjęcia by ona była, zatem zapraszam.


Krótka lekcja historii
Zanim oprowadzę Was po Kortowie, opowiem o faktach historycznych, których znajomość jest konieczna, by zrozumieć losy mieszkańców dawnego Kortowa.
Na zdjęciu obok, które znalazłam w książce, znajduje się plan Kortowskiego Zakładu dla Obłąkanych z 1913 roku. W Kortowie powstał on w 1886 roku. Miał dwa oddziały — dla kobiet, który znajdował się we wschodniej części  i dla mężczyzn w zachodniej. Rozdzielała je oś, jaką można poprowadzić między kotłownią, a domem dyrektora zakładu.  Zakład w Kortowie był zaliczany do najlepiej prosperujących w Prusach Wschodnich, dopóki nie rozpoczęła się tzw. akcja T-4, co oznacza program likwidacji psychicznie chorych Niemców.
Dnia 14 lipca 1933 roku weszła w życie ustawa o zapobieganiu potomstwu dziedzicznie obciążonemu, która potem stała się podstawą do uśmiercenia setek podopiecznych kortowskiego zakładu. Na podstawie wypełnianych przez lekarzy kwestionariuszy, które zawierały odpowiedzi na kilka pytań, chory mógł zostać faktycznie skazany na śmierć, choć wtedy jeszcze nie wiedziano, w jakim celu się je wypełnia. Określone w kwestionariuszu wady takie jak: posiadanie chorób nieuleczalnych czy starczych, uciążliwość w opiece nad danym pacjentem oraz to, czy w przeszłości dopuścił się przestępstwa, mogło zadecydować o postawieniu w ankiecie czerwonego krzyżyka przez ekspertów Komisji Eutanazji oraz zakwalifikowywaniu do uśmiercenia. Wybrani za pomocą kwestionariusza pacjenci zostali przewiezieni do ośrodków eutanazyjnych m. in. pod Lipskiem,  które były przystosowane do masowego mordowania ludzi.
Komory gazowe były zręcznie zamaskowane. Znajdowały się z reguły w typowych pawilonach szpitalnych. Poprzedzały je zwykle pomieszczenia pozorujące z powodzeniem gabinety lekarskie i poczekalnie. Niczego nie podejrzewających skazańców wprowadzano do szatni, a stamtąd do komór, wyglądających jak łaźnie. Tam z natrysków — już po zaryglowaniu drzwi — zamiast wody zaczynał wydobywać się trujący gaz. Po kilkudziesięciu minutach było już po wszystkim. Za następne pół godziny trupy ładowano na wózki i wywożono do krematorium lub na rampę, skąd samochodami zabierano je na ukryte w lasach miejsca pochówku. W jednej komorze duszono przeciętnie około setki chorych.
Miejsca zwolnione w kortowskiej placówce zostały zajęte przez niemieckich żołnierzy. Kortowski Zakład dla Obłąkanych został po części przekształcony na lazaret wojenny.
Jednak to nie koniec tragicznych wydarzeń, których doświadczyli mieszkańcy tej okolicy. Na przełomie 1944 i 1945 roku liczba pacjentów szpitala psychiatrycznego i lazaretu wojennego wynosiła około kilkaset osób, gdy rozpoczął się atak Rosjan. W dniach 19 i 20 stycznia samoloty Armii Czerwonej prowadziły bombardowania, które dosięgnęły i Olsztyn. Z niewiadomych powodów ewakuację ludności opóźniano aż do ostatniej chwili. Ogłoszono ją dopiero 21 stycznia 1945 roku dosłownie na klika godzin przed pojawieniem się Rosjan w mieście. Pacjenci szpitala w Kortowie, a także lekarze nie zostali oszczędzeni — Rosjanie wymordowali ich zaraz po zajęciu Kortowa.

Spacer po Kortowie
Atmosfera tajemniczości, jaka otaczała Kortowo stała się powodem powstania różnych opowieści, niekoniecznie prawdziwych. Mówiono, że w bloku szpitalnym przeznaczonym dla ciężkich przypadków znajdowało się krzesło elektryczne służące do uśmiercania chorych. Jeden z mieszkańców Kortowa twierdził, że urządzenie to stosowano wobec pacjentów z napadami szału. Twierdzono również, że w tamtejszej piwnicy znajdowało się krematorium do palenia trupów składające się z murowanych pieców wyposażonych we wsuwane do nich metalowe ruszty na kółkach. Sprawdzenie prawdziwości tych informacji nie jest już możliwe, bo budynek, o którym mowa spłonął w latach 60. i został rozebrany. Ale jeśli chcecie poznać inne interesujące fakty,  zapraszam na krótki spacer po Kortowie, wszystko Wam opowiem po drodze.
Warszawska 107 - dawny dom lekarzy
Zaczynamy od Alei Warszawskiej, przy której pod numerem 107 znajdował się dom lekarzy pracujących w kortowskim szpitalu. Tak wygląda on obecnie. 
       To, co się w nim wydarzyło opisane jest w podrozdziale zatytułowanym Szubienica na poddaszu". Kilkanaście osób szukało tam schronienia podczas zajmowania Kortowa przez Rosjan. Niestety strych na poddaszu okazał się być śmiertelną pułapką. Tych ludzi potem znaleziono powieszonych na belkach pod sufitem.
    Nieco dalej, na Warszawskiej 109 znajduje się obecnie Zakład Higieny Weterynaryjnej. Kiedyś w ogrodzie przed tą posesją pochowano w zbiorowym grobie ludzi, których znaleziono powieszonych na strychu w domu lekarzy. Grób znaleziono przypadkowo w trakcie prac budowlanych, gdy powstawał Zakład Higieny Weterynaryjnej. Obecnie w miejscu, gdzie znajdował się grób, stoi betonowy słup latarni. 
Warszawska 109 - Zakład Higieny Weterynaryjnej
        Idąc dalej nie sposób nie zauważyć budynków z czerwonej cegły, których znajduje się tu kilkanaście. Zaczęto je które zaczęto budować w roku 1883. Jedno i dwupiętrowe, kryte dachówką, posiadające użytkowe poddasza i głębokie podpiwniczenia. W latach 1888 — 1907 ośrodek stopniowo rozbudowywano. Dla postronnego obserwatora ta okolica wyglądała tajemniczo i przerażająco — kraty w oknach budynków, górujący nad okolicą komin kotłowni i rozciągający się tuż za nią rozległy cmentarz.

        W Starej Kotłowni ukrył się jeden z naocznych świadków kortowskiej masakry. Obecnie pełni ona funkcję centrum ekspozycyjnego. Znajduje się w niej galeria sztuki oraz odbywają różne wykłady czy konferencje. 
Stara Kotłownia 
        Na przełomie 1949 i 1950 roku rozpoczęto remont starych budynków szpitalnych znajdujących się na przeciwko kotłowni, gdzie obecnie znajduje się stołówka. Podczas prac remontowych robotnicy natknęli się na pojedynczego trupa. Gdy powiększono wykop, okazało się, że w tym miejscu znajduje się więcej zwłok. Wspomniany grób znajdował się pod drugim i trzecim oknem od prawej.
Od 1950 roku co jakiś czas trafiano na zbiorowe doły śmierci, choć o największym nikt nie wiedział. Nikt nie przypuszczał, że tą masakrę udało się komukolwiek przeżyć, ale znalazł się naoczny świadek, który przekazał swoją wersję wydarzeń palaczowi Josephowi, który od 1948 pracował w kotłowni, a ten po kilkunastu latach zdecydował się nią podzielić. Świadek ten przebywał w kotłowni jeszcze zanim Rosjanie zajęli Kortowo. Ukrył się tam i postanowił przeczekać niebezpieczeństwo. Jak się potem okazało było to najlepsze wyjście z sytuacji.
Według relacji palacza Josepha, Rosjanie zabijali pacjentów i personel lazaretu na terenie całej placówki, gdzie kogo dopadli, a zatem zarówno w budynkach jak i na zewnątrz nich, po czym trupy grzebano w zbiorowej mogile.
Stołówka akademicka - w pobliżu odkryto tzw. dół śmierci
        Relacja ta ujawniła też jej położenie — mogiła znajdowała się po wschodniej stronie wspomnianego wcześniej budynku, w którym obecnie znajduje się stołówka.
Dom Studencki numer 6
Wzdłuż  niego ciągnęła się jedna z głównych cmentarnych alei. Być może pod drzewami leży gdzieś jeszcze zgubiony kamień nagrobny z napisem: "Dr Heinrich Borgien, Ruhe in Gott". Po wojnie ekshumowano pochowanych tam ludzi. Gdy uwzględni się zwłoki wyjęte z ziemi na terenie cmentarza, liczba wszystkich ekshumowanych w Kortowie po II wojnie światowej wyniesie łącznie ponad cztery tysiące.
Dom Studencki nr 6 - obok niego znajdował się cmentarz
Po wojnie cmentarz przez kilka lat stał opuszczony, grabiony i dewastowany. Zlikwidowano go na początku lat 50, przed rozpoczęciem tam budowy obiektów Wyższej Szkoły Rolniczej. Do końca 1953 roku ekshumowano stamtąd 3625 zwłok, które przeniesiono na inne olsztyńskie cmentarze, głownie przy al. Wojska Polskiego oraz Parafii św. Jakuba. Przypuszcza się, że z terenu kortowskiego cmentarza nie wydobyto jednak wszystkich zwłok. Mogą one dalej tkwić na terenie parku i wokół starych domów studenckich.
W niektórych rejonach cmentarza znajdowano skupiska szkieletów z zastanawiająco wypreparowanymi czaszkami czy otwartymi ich pokrywami, co mogło świadczyć o poddawaniu pacjentów eksperymentom pseudomedycznym. Zastanawiające jest dla mnie to, że nie zlecono zbadania tych zwłok — nie dokonywano oględzin czy sekcji, by udowodnić przyczynę zgonu, podczas gdy w Kortowie krążyły wtedy też wieści o truciu pacjentów, nie zrobiono nic, by to zbadać.
Pomnik upamiętniający istnienie cmentarza na Kortowie
O istnieniu cmentarza przypomina dziś pomnik znajdujący się naprzeciwko auli im. Gotowca i auli im. Moczarskiego. Zdobią go fragmenty dawnych nagrobków i nie najgorzej zachowany metalowy krzyż.
        To tak w dużym skrócie i tylko wybrane fakty z otoczonej do dziś aurą tajemnicy przeszłości Kortowa Wam przedstawiłam. Nie uda mi się zrekonstruować całej, bo wiele budynków spłonęło czy zostało zniszczonych. Zainteresowanych odsyłam do literatury, polecam szczególnie książkę Stanisława Piechockiego. Polecam również spacer po Kortowie, choć późnym wieczorem wydaje mi się on odrobinę przerażający, szczególnie teraz, gdy zaczęłam interesować się historią Kortowa. Przeszłość przeszłością, ale dziś jest to piękna okolica i mimo wszystko cieszę się, że mogę tu mieszkać.