piątek, 2 października 2026

Czy komuś zależało, by ta dziewczyna zaginęła?

Sara była niczym kolorowy motyl, który mógł przypadkiem złapać się w sidła. Podobała się, ciekawiła, fascynowała i to właśnie mogło ją zgubić. Możliwe, że komuś to przeszkadzało. Ludzie są zdolni do najbardziej odrażających czynów, nawet ci, których inni nigdy o to nie posądzają. 

"Zaginiona" Anety Kisielewskiej to mój przypadkowy wybór. Podczas moich poszukiwań w bibliotece, leżała na stoisku z ostatnio zwróconymi książkami. Pomyślałam sobie - czemu nie? - zwłaszcza, że opis wpisywał się w mój gust czytelniczy. 

Sara Maj nie jest przeciętną dziewiętnastolatką. Lubi się wyróżniać, ubierać wyzywająco, jest niepokorna i nie godzi się na porażki. Pewnego wieczoru po imprezie w klubie znika bez śladu. Kto może stać za zaginięciem nastolatki? Sprawa jest nieco skomplikowana, bo przez swój charakter mogła mieć wrogów i wpaść w poważne tarapaty. Komu zależało na jej zniknięciu? Czy jej tajemnicze rozstanie z chłopakiem kilka miesięcy wcześniej ma z tym związek? A może sprawcą jest ktoś z najbliższych?

Gotował się od emocji. Przestał komukolwiek ufać. Przez tę sprawę nie mógł jeść, kopcił jak miejski komin i zaczął cierpieć na bezsenność. Czuł na sobie ciężar odpowiedzialności. A co, jeśli Sara nie będzie jedyna? Jeśli za parę dni zniknie kolejna dziewczyna?

Kilka rzeczy mi się z tej książce spodobało, ale mimo wszystko jestem na nie. Sama pomysł na fabułę nie zapowiadał się nadzwyczajnie - w końcu większość kryminałów czy thrillerów mówi albo o morderstwie albo o zaginięciu. Skoro już zostało opisane zaginięcie, miałam nadzieję, że będzie nieprzeciętnie, w przeciwnym wypadku książka byłaby po prostu słaba. Niestety, pomimo starań autorki, by zrobić z tego ciekawą i niebanalną historię, moim zdaniem się nie powiodły. 

Narracja w książce to ciągłe, nieuporządkowane skakanie po dwóch płaszczyznach czasowych - sprzed i po zaginięciu Sary. Często taki zabieg wprowadza trochę grozy i tajemniczości. Tutaj, co prawda, dowiadujemy się nowych faktów, ale też niekiedy czytamy kilka razy o tym samym i jest to trochę nużące. 

Trzeba jednak przyznać, że sam styl autorki jest bardzo skrupulatny i obrazowy, wszystko opisuje bardzo przekonująco, a postaci bohaterów są przemyślane. Główna bohaterka - Sara - ofiara zaginięcia jest nieco kontrowersyjna. Z jednej strony powinniśmy się przejąć jej losem i niecierpliwie czekać na szczęśliwe zakończenie, a z drugiej... jest tak do bólu irytująca, że momentami sama miałam ochotę jej coś zrobić, czy chociaż przemówić do rozumu. Sara jest przedstawiona jako zbuntowana nastolatka, uparta i zaciekle broniąca swoich granic przed rodzicami, szczególnie przed ojczymem, z którym jest na wojennej ścieżce. Jest też uparta i gdy coś postanowi, żadnym sposobem nie da się jej tego wyperswadować. Z jednej strony czytamy z autentycznym zainteresowaniem - historia jest naprawdę realistyczna i mogłaby dotyczyć każdego - a z drugiej strony niektóre działania bohaterki są dla mnie nieracjonalne i nie do zaakceptowania. 

Sama fabuła nie jest zbyt oryginalna, ale mogłaby się jeszcze obronić, gdyby została ciekawie poprowadzona. Choć czytałam z zainteresowaniem, to jednak nie można powiedzieć, że jest wciągająca. Liczyłam też na nietypowe zakończenie, a było ono jak dla mnie przewidywalne. Już na początku miałam podejrzenia, kto będzie w tę sprawę zamieszany. Choć co prawda każdy z bohaterów wydaje się coś ukrywać i nie mamy pewności co do ich prawdziwych intencji.

Mimo wszystko jest w tej historii coś, co nie pozwoli o sobie zapomnieć. Zakończenie, choć niezbyt zaskakujące, to do bólu realistyczne i wymowne. Pozostawia nas z myślą, że niewiele trzeba, by wydarzyła się tragedia. I jak niedoskonały jest człowiek. Choć na co dzień tego nie okazuje, ma swoje czułe punkty i niewiele trzeba, by popchnąć go do nieracjonalnych zachowań. 

Książka jak dla mnie średnia, ale każdy ma inny odbiór, więc może się też podobać. 


Moja ocena: 5/10

Aneta Kisielewska, Zaginiona

Ilość stron: 294

Wydawnictwo Zysk i S-ka

Data premiery: 13.05.2025

wtorek, 29 września 2026

Wszystko jest kwestią organizacji

Dużo się mówi o tym, że macierzyństwo choć trudne jest piękne. Gdy widzimy takiego słodkiego bobasa, chcemy dostrzegać i dostrzegamy tylko pozytywy. W końcu taki mały człowiek to sama słodycz i radość. Na pewno opieka nad takim maluchem nie jest łatwa, ale czy naprawdę wiemy co to oznacza? Choć wiemy, że bycie matką takiego bobasa jest ogromną satysfakcją, to mamy jedynie wyobrażenie - bardziej lub mniej zgodne z rzeczywistością - z czym się to wiąże, dopóki nie będzie nam dane tego doświadczyć.

Ja wcale nie neguję tego, że bobas to sama słodycz i radość. Każda z nas jest tak skonstruowana, że niezależnie od tego, jak źle czy ciężko by było, i tak będzie patrzeć na swojego bobasa jak na największy cud. I tak ma być. Ale przyznajmy, że są takie dni, gdy odechciewa się wszystkiego. 

Zdarzają się takie dni, gdy wszystko jest na nie. Gdy bobo po milionie pobudek, wstaje wypoczęte o piątej nad ranem. Gdy padasz na twarz już rano, a potem jest tylko gorzej. Bo okazało się, że jajecznica, czy co tam ma zjeść na śniadanie, jest nieakceptowalna. Do tego już przy śniadaniu testuje twoją cierpliwość. A za pół godziny robi dramę, bo jednak chce to zjeść. Potem wychodzicie na szybkie zakupy i długi spacer. Zakupy, jak się okazuje, nie są szybkie, bo maluch odkąd odkrył, że w sklepie są małe wózki, wprost idealne do jego potrzeb, już nie chce pokornie siedzieć w swoim wózku czy nawet w dużym koszyku, tylko śmiga po całym sklepie, a gdy próbujesz przytrzymać koszyk, by w coś lub kogoś nie uderzył, denerwuje się, bo wszystko chce robić bez pomocy. W międzyczasie zdążyłaś już odpowiedzieć na milion pytań, kilkanaście razy powtarzając jedną i tą samą rzecz. Bo maluch póki co rozumie więcej, niż potrafi wypowiedzieć, połowy się domyślasz, ale on ma nieustanną potrzebę dialogu. Zaś na spacerze zaczyna biec w swoją stronę, a złapany za rękę denerwuje się, bo przecież w wieku dwóch lat może już wszystko sam. Albo zabiera ze sobą rowerek biegowy, odjeżdża nim pory kawałek od domu i stwierdza, że jest tak zmęczony, że nie da rady iść na własnych nogach. Zaczyna płakać, bo jest już śpiący, a ty choć sama jesteś już tykającą bombą, musisz opanować sytuacje i pomóc mu ogarnąć emocje. Gdy wracasz do domu i kładziesz malucha do łóżka, przypadkiem odzywa się domofon i nagle odechciewa mu się  spać. I chce jeszcze książeczkę. W tym momencie zwykle traciłaś cierpliwość, ale nauczyłaś się, że na przymus nic nie zdziałasz, więc cierpliwie czekasz. Gdy już zaśnie na dobre, okazuje się, że ktoś pod oknem uruchamia kosiarkę, piłę motorową albo inne warczące ustrojstwo i pocieszasz się, że gorzej już nie będzie. Czujnie nasłuchujesz, czy maluch jeszcze śpi. Potem podejmujesz popołudniowy maraton mniej lub bardziej potrzebnych czynności, podczas wykonywania których twoje centrum wszechświata robi wszystko, żeby cię od nich odciągnąć albo spędza chwilę w ciszy, co bywa jeszcze bardziej niepokojące, bo po takiej chwili nie poznajesz własnego mieszkania. Wieczorem, już nawet mimo chęci, zasypiasz podczas czytania książeczki, a dziecko grzecznie usypia razem z tobą. Choć tyle dobrego na koniec. 

Brzmi choć trochę znajomo? Oczywiście te wszystkie rzeczy zwykle nie wydarzają się na raz. To tylko przykład, że czasem dobre nastawienie i pozytywne chęci guzik dają, gdy masz naprzeciwko małego wszędobylskiego człowieka, upartego i zdeterminowanego, by osiągnąć swoje małe cele. W głębi ducha cieszysz się z tego, że taki jest, ale czasami po prostu szlag trafia wszystkie twoje zasady idealnego rodzicielstwa, wychodzisz z siebie i stajesz obok. A gdy śpi, analizujesz, co poszło nie tak. I pocieszasz się myślą, że jeszcze będzie szansa, by to zrobić lepiej.

Znacie to stwierdzenie, że wszystko jest kwestią organizacji? Po części tak. Dużo rzeczy można zaplanować i dużo zrobić, ale czy najważniejsze jest to, by wszystko było idealnie zrobione i dopięte na ostatni guzik? Takie priorytety można sobie stawiać, póki nie pojawi się inny priorytet, czyli dziecko. Potem codzienność to już niekiedy jazda bez trzymanki. I choć będziemy się dwoić i troić, cała reszta i tak jest nic nieznacząca, bo to potrzeby małego człowieka są na pierwszym miejscu i to on absorbuje najwięcej naszego czasu. I matka choćby miała milion innych rzeczy do zrobienia, nie pozostanie obojętna na to, że dziecko potrzebuje uwagi, więc kwestia organizacji nijak się ma do rzeczywistości. Sama niekiedy przyłapuję się na tym, że tylko gdy dziecko śpi lub opiekuje się nim druga osoba, jestem w stanie się w pełni skupić, zebrać myśli i wykonywać wszystkie czynności w takim tempie, w jakim bym chciała.

I wiecie jaką mam na to wszystko radę? Żadną. Nie zawsze może być idealnie. Nie zawsze jest nawet dobrze. Czasami jest po prostu wystarczająco. A czasami tylko tak, że plan to przeżyć i iść spać. Ważne, by w tym wszystkim pamiętać, po co to robimy. I w całym tym bałaganie znaleźć choć chwilę, by się zatrzymać i pomyśleć o tym, co dla nas ważne.

piątek, 25 września 2026

Czy ten chłopak rzeczywiście jest idealny?

Co chwilę słyszy się o samotnych dziewczynach, które zostały uduszone albo zadźgane na śmierć we własnych mieszkaniach. Ale to mało prawdopodobne. Nie ma żadnych śladów włamania. Jestem pewna, że nikt nie czai się za drzwiami. No sami powiedzcie, jakie są szanse bycia napadniętą dwukrotnie w ciągu jednego wieczoru? Wkładam klucz do zamka i trochę się z nim mocuję jak zawsze. Po kilku sekundach zmagań drzwi stają otworem. 
Często, gdy słyszę o autorze mnóstwo pozytywnych opinii, potem sama się rozczarowuję. Za to moja druga książka Freidy McFadden tylko potwierdziła moje przypuszczenia co do jej twórczości. Choć i pierwsza mi się podobała, ta wypada zdecydowanie lepiej. W przypadku tej autorki twórczość zdecydowanie zasługuje na miano fenomenu. I cały czas usiłuję odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to się dzieje. 

Sydney Shaw to zwyczajna dziewczyna, która jak każda z nas marzy o tym, by w końcu znaleźć sobie przyzwoitego faceta. Po niezliczonych rozczarowaniach na randkach z aplikacji, opuściła już poprzeczkę do minimum i nie szuka ideału. Gdy jednak przypadkiem poznany chłopak okazuje się nim być, jest przeszczęśliwa. Przystojny, inteligentny i w dodatku lekarz. Do tego świetnie im się układa i uwielbiają spędzać ze sobą czas. Sydney dopiero po upływie czasu zaczyna mieć wątpliwości. Zwłaszcza, że nie tak dawno w mieście miały miejsce morderstwa, których sprawca wybierał ofiary właśnie umawiając się na randki. Czy ten wprost idealny mężczyzna może coś ukrywać?

I nawet teraz, gdy wiem, jaka jest niebezpieczna, nie byłbym w stanie jej skrzywdzić. I ona o tym wie. Ale ja i ona to skończona sprawa. Nie będzie już moją dziewczyną. Nie pocałuję jej. Nie stracimy ze sobą dziewictwa. Nie pobierzemy się, nie będziemy mieli dzieci i nie zestarzejemy się razem. Nadal będę o niej myślał. Chodź postaram się jak najrzadziej. (...) teraz marzę jedynie o tym, by znaleźć się jak najdalej od niej. Nie pozwolę jej się zniszczyć. Jestem ponad to.

W powieści mamy trzy przyjaciółki - Bonnie, Gretę i Sydney. Nie są już nastolatkami i nie w głowach im imprezy. Każda pragnie tylko szczęśliwej przyszłości z kimś, kto będzie ją kochał. Nie chodzi o ideał - wystarczy ktoś, z kim można spędzić spokojny wieczór i po prostu czuć się dobrze. Greta jest w szczęśliwym związku, a Bonnie i Sydney umawiają się na randki przez aplikację stworzoną dla mieszkańców Nowego Jorku. Każda z nich jest inna, ale da się je lubić - takie normalne sympatyczne dziewczyny. 

Narracja w powieści jest dwutorowa - historię opowiada Sydney i pewien chłopak, którego poznajemy zaczynając od wydarzeń z jego przeszłości, jednocześnie cały czas zastanawiając się, gdzie autorka umieści go w historii dziewczyn i czy to on będzie tym czarnym charakterem. Rozdziały są krótkie i często kończone w momencie największego napięcia, przez co zostajemy z pytaniami w głowie i szybko zaczynamy kolejny rozdział. Lubię ten zabieg, wprowadza nieco grozy do powieści i niejednokrotnie przyprawia o gęsią skórkę. 

Trzeba przyznać, że zakończenie jest nieoczywiste. Autorka robi wszystko, by nas zmylić, i w moim przypadku w końcu jej się udało - mniej więcej pod koniec książki uznałam, że stanie się to, czego można było się spodziewać. I wtedy zaczęło się dziać coś zupełnie innego.

Może to właśnie narracja, a może sposób kreowania postaci przez autorkę - opowiada o ich losach w taki sposób, że chętnie o nich czytamy i mamy wrażenie jakby istnieli naprawdę. A może coś jeszcze innego, ale to już moja druga książka i też ma "to coś", co dostarcza nam naprawdę dobrej rozrywki i sprawia, że książkę pochłaniamy w mgnieniu oka. 

Ta książka to, oprócz naprawdę dobrej rozrywki, też ostrzeżenie dla nas. Że nie każdy jest tym, za kogo go uważamy. Niektórzy pod maską zwyczajności i dobrych manier, ukrywają swoją mroczną stronę. I naprawdę łatwo jest ulec pozorom, dlatego musimy uważnie wybierać, komu ufać, a komu nie. 

"Jej chłopak" to historia, której bohaterką mogłaby być każda z nas, a zatem uniwersalna w odbiorze i może dlatego tak przejmująca. Choć czyta się ją szybko i przyjemnie, jest to zdecydowanie coś dla fanów historii z dreszczykiem. 


Moja ocena: 8/10

Freida McFadden, Jej chłopak

Ilość stron: 440

Wydawnictwo Czwarta Strona

Data premiery: 29.07.2026