sobota, 2 lutego 2019

Akademikowy surwiwal - tu nic nie jest niemożliwe

Od kiedy zaczęłam studia, dane jest mi tu mieszkać. Jak to mówią, nigdzie człowiek tak nie poczuje klimatu studiowania jak w akademiku. I z taką właśnie myślą wybrałam akademik. Czy po dwóch latach mieszkania tutaj dalej mam takie pozytywne wrażenie? Podzielę się z Wami moimi doświadczeniami - dzisiaj obalamy mity na temat mieszkania w akademiku.
Jak wszystko ma to swoje wady i zalety. Wybierając akademik kierowałam się chęcią poznania nowych osób. Pierwszy rok studiów, a w szczególności pierwsze półrocze jest bardzo ciężkie i warto mieć jakąś bratnią duszę, która pomoże Ci to wszystko przetrwać. W akademiku, gdzie mieszkają sami studenci, w znacznej większości z tego samego lub pokrewnego kierunku, nie trudno o nowe znajomości. Nawet jeśli nie będzie to od razu przyjaźń na całe życie, to przynajmniej jest nadzieja, że spotkasz kogoś ze starszego rocznika, kto będzie tak dobry i podzieli się notatkami. Jeśli lubisz poznawać ludzi, akademik jest dobrym rozwiązaniem, chociażby dlatego, że nic tak nie pozwala poznać człowieka jak wspólne mieszkanie.
Spotkałam się z zarzutami, że ryzykowanie wspólnego mieszkania z kimś obcym to szaleństwo. Mówię tu o sytuacji, gdy ktoś wybiera się mieszkać do akademika nie znając swoich przyszłych współlokatorów, bo jak się idzie z kimś znajomym to zupełnie inna bajka. Gdy jesteś sam, nigdy nie masz pewności na kogo trafisz. I tu muszę przyznać, że na pierwszym roku, gdy jeszcze studiowałam na poprzednim kierunku, z którego potem zrezygnowałam, trafiłam tragicznie. Na początku roku akademickiego chętnych do mieszkania w akademiku było więcej niż miejsc. Wylądowałam w pokoju trzyosobowym z dwiema dziewczynami, które znały się już rok. Studiowały co prawda na tym samym kierunku, ale to było jedyne, co nas łączyło. Pokój jak dla trzech osób był mały i ciasny, ale wystarczyłby... gdyby nie to, że prawie codziennie nocował u nas chłopak jednej z koleżanek, który mieszkał trzy piętra wyżej.
Na początku, gdy jeszcze dziewczyny wydawały się być miłe, próbowałam to jakoś znosić, ale potem zmieniłam pokój. I za drugim razem wcale nie trafiłam lepiej. Mieszkałam z Olą w pokoju dwuosobowym. Ola studiowała filologię niemiecką, była otwarta i bezpośrednia, mogłam z nią pogadać na wiele tematów. Problemem było tylko to, że ona gadała zbyt dużo. Czasami wolałam sobie w spokoju poczytać książkę, posiedzieć w notatkach, dokończyć sprawozdanie, które musiałam oddać następnego dnia czy nauczyć się na poprawę kolokwium, a tych pod koniec semestru było mnóstwo, bo studiowałam jeden z bardziej wymagających kierunków — w jej towarzystwie można było przegadać godzinę i doba okazywała się być za krótka na zrobienie wszystkiego, co należy. Osoby o dwóch zupełnie różnych temperamentach zamknięte w jednym pokoju — tu muszę Was przestrzec, to nigdy nie kończy się dobrze :) Dlatego zawsze zwracajcie uwagę na to jaki jest ten współlokator i zastanówcie się będzie Wam to odpowiadać. Jeśli coś nie gra już na samym początku, to potem może być tylko gorzej.
W moim przypadku powiedzenie do trzech razy sztuka się sprawdziło. Obecnie jestem zadowolona zarówno z pokoju, który mimo tego, że trzyosobowy, jest duży i mam miejsce dla siebie, jak i ze współlokatorek. Wiadomo, że czasami zdarzają się napięcia czy kłótnie. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że funkcjonowanie wśród innych ludzi to często sztuka pójścia na kompromis - żeby się wzajemnie nie wykończyć psychicznie, trzeba mieć na uwadze nie tylko swoje potrzeby, ale też potrzeby innych i określić zasady, których będzie się przestrzegać. Mam tu na myśli chociażby określenie kolejki do sprzątania czy wyrzucania śmieci, ale nie tylko. Nieraz bywa tak, że jedna z nas z nas chce się uczyć, druga słuchać muzyki a trzecia przespać czy pogadać ze znajomymi. Wyjście wtedy jest tylko jedno — trzeba znaleźć rozwiązanie, które będzie odpowiadać wszystkim.


Gdy tak patrzę na to zdjęcie, stwierdzam, że nie jest ono całkowicie oderwane od rzeczywistości. w akademiku mimo zakazu naprawdę spotyka się zwierzęta i nie jest to wyjątkiem. Dwa pokoje na trzy w których mieszkałam były dzielone ze zwierzętami. No może nie były to żyrafy a chomiki :)
Niestety muszę powiedzieć, że w społeczności akademika zdarzają się też niemiłe incydenty jak na przykład kradzieże. Teraz się z tego śmieję, ale pamiętam, że rok temu nie było to takie zabawne. Zdarzyło mi się zostawić nowy garnek we wspólnej kuchni — w moim akademiku są dwie kuchnie na każdym piętrze — na mniej niż 24 godziny i miałam nauczkę, by już więcej tego nie robić. Ktoś go po prostu pożyczył. Na szczęście po tygodniu go odzyskałam, czy raczej znalazłam brudny w zlewie.
I jeszcze jedno — czasami bywa głośno. Kładziesz się do łóżka, żeby się wyspać przed egzaminem, a z klubu pod podłogą dobiegają odgłosy imprezy przedsesyjnej? I wtedy myślisz sobie: „jaka szkoda, że cały wieczór spędziłam z nosem w notatkach” albo... „w takich warunkach zaśnięcie to naprawdę sztuka”. No cóż, jak widać nie dla każdego. Czasami zdarzają się takie sytuacje, ale na szczęście na ogół zasypiam nim zdążę policzyć do dziesięciu. Ale to świadczy tylko o tym, że jestem wyjątkowym gatunkiem stworzonym do życia w akademikowych warunkach :D
Mimo tych wszystkich niedogodności, to jednak mieszkanie w akademiku tak naprawdę nie jest takie straszne jak się na ogół wydaje. Wszystkie mity na ten temat mają może ziarnko prawdy, co nie znaczy, że są całą prawdą i tylko prawdą. Kto nie spróbował, ten się nie przekona. Grunt to trafić na odpowiednie osoby. Dlatego taka decyzja może wydawać się ryzykowna, jeśli nie ma się nikogo znajomego do mieszkania razem. Jednak jest też szansa, że trafi się na kogoś miłego, a nawet kogoś, z kim można się zaprzyjaźnić czy po prostu wyżalić po ciężkim dniu na uczelni. Pod tym względem mieszkanie w grupie to duży plus - nigdy nie jesteśmy sami, zawsze znajdzie się ktoś, kto nas wysłucha.
I to dla mnie w ostatecznym rozrachunku zwycięża. Mieszkanie w grupie niesie ze sobą kłótnie czy spięcia - to oczywiste, nasze opinie różnią się od siebie w wielu kwestiach i trzeba to zaakceptować, nauczyć się współpracować i rozwiązywać problemy. Jednak atmosfera mieszkania w akademiku jest niepowtarzalna. Lubię wspólne wieczory, gdy wszystkie razem możemy po całym dniu zajęć porozmawiać o tym, jak ten dzień nam minął, czy ponarzekać na wykładowców i całą resztę świata. W akademiku jest też dość szybki obieg informacji, co czyni go dobrym ich źródłem. Mieszkając na osobności, na przykład na stancji nie wiemy na bieżąco o lokalnych wydarzeniach, nie znamy też w przybliżeniu realiów na najbliższe kilka lat, bo z opowiadań starszych kolegów i koleżanek można się dowiedzieć dosłownie wszystkiego.
Prawie zapomniałam. Jest jeszcze jeden plus mieszkania w akademiku. Przynajmniej w Olsztynie mieszkanie w akademiku na Kortowie to sąsiedztwo prawie wszystkich najlepszych klubów studenckich. Przynajmniej nie trzeba się obawiać, że po piwie nie trafisz do mieszkania. Nieocenione jest też to, jak blisko mam na zajęcia. Nie muszę nigdzie dojeżdżać, wystarczy, że wyjdę 10 - 15 minut wcześniej. Nie wspominam już o kosztach, bo to oczywiste, że pod tym względem akademik jest dobrym rozwiązaniem, nawet na studencką kieszeń.
Myślę, że nie jest to dobre rozwiązanie dla każdego. Mieszkanie w akademiku trzeba naprawdę lubić, bo czasami bywa ciężko. Za to na starość będzie co wspominać. w tym momencie chciałam jeszcze pozdrowić moją przyjaciółkę. Natalia, mam nadzieję, że w końcu się przekonasz 😊
Poniżej jeden z przykładów życia w akademiku. Myślę, że nie trzeba wspominać, że filmik oparty jest na faktach...
... mam rację? XD
A Wy co sądzicie na temat mieszkania w akademiku? 

środa, 30 stycznia 2019

Kuba Rozpruwacz i Czarna Dalia, czyli o zbrodniach do dziś nie rozwikłanych

Słyszeliście o Trupiej Farmie? A o Kubie Rozpruwaczu albo Czarnej Dalii? Jest mnóstwo morderstw, które do tej pory mimo postępów naukowych i coraz doskonalszych metod wykrywania sprawców, nie zostały rozwikłane i pewnie na zawsze pozostaną tajemnicą.
Morderstwa niestety nie są tematem, który funkcjonuje gdzieś poza naszą codziennością - wręcz przeciwnie w mediach często słyszy się, że ktoś kogoś porwał, zgwałcił, zamordował. Często wiele z tych przypadków wysuwa się na pierwszy plan w wydaniach wiadomości czy zajmuje pierwsze strony gazet. Przykładem mogą być chociażby ostatnie wydarzenia w Gdańsku, które miały miejsce podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i zabójstwo Pawła Adamowicza. Gdy ciągle słyszymy tylko o tym, ile zła dzieje się na tym świecie, pojawia się pytanie: jak to się dzieje, że ludzie robią tak straszne rzeczy? Czy można coś zrobić, by temu zapobiec? i wreszcie: czy sami zdolni bylibyśmy do popełnienia takiego okrutnego czynu?
Trafiłam ostatnio w Empiku na wydanie specjalne "Charakterów" - mój ulubiony magazyn psychologiczny, którego już dawno nie miałam czasu czytać. Tematem przewodnim tego numeru były „Śledztwa w sprawie mrocznych i nieco jaśniejszych zakamarków przestępczej duszy”. Zebrano w nim artykuły dotyczące morderstw, ich motywacji, metod chwytania sprawców. Przeczytałam też mnóstwo ciekawostek o tajemniczych zbrodniach, do tej pory nierozwiązanych, i dowiedziałam się, co dzieje się w umyśle mordercy od tej psychologicznej strony. Wszystko opowiedziane przez specjalistów z dziedziny socjologii, psychologii, w tym też psychologii policyjnej, neurobiologii czy kryminologii oraz kilka ciekawych wywiadów. Chciałabym się z Wami podzielić tym, czym się inspirowałam, pisząc tego posta.
Okazuje się, że często wpadamy w pułapkę myśląc, że wszystkie zbrodnie są doskonale zaplanowane. Niektóre z nich na pewno takie są. Niektóre popełnione już kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu do tej pory nie doczekały się odkrycia sprawcy.

Kuba Rozpruwacz
Dobrym przykładem jest Kuba Rozpruwacz, o którym zdążył już usłyszeć cały świat, poświęcono mu wiele książek, filmów czy nawet piosenek - zbrodniarz mordujący londyńskie prostytutki — w ciągu trzech miesięcy 1888 roku zamordował co najmniej pięć prostytutek, podcinając im gardła. Ofiary miały też rany brzucha, niektórym morderca usunął narządy wewnętrzne i zabrał ze sobą. Policjanci dostawali od niego listy, w których przyznawał się do winy nazywając się Kubą Rozpruwaczem. Do jednego z takich listów dołączył nawet ludzką nerkę. Do tej pory nie wiadomo, kim był.

Czarna Dalia
Czarna Dalia, czyli Elizabeth Short, miała 22 lata. Jej ojciec upozorował własne samobójstwo  i wyjechał do Kalifornii. Pracowała jako kelnerka i marzyła o tym, by zostać aktorką. 15 stycznia 1947 roku w Los Angeles nagie, przecięte na pół ciało Elizabeth znalazła kobieta spacerująca z córką około dziesiątej rano. Jak zeznała, początkowo wydawało jej się, że widzi manekina sklepowego. Powiadomiła policję, gdy zorientowała się, że to ciało kobiety. Jej ciało zostało brutalnie okaleczone, ale zabójca starannie je umył, bo w pobliżu nie znaleziono żadnych śladów krwi. Sekcja zwłok wykazała, że okaleczenia zostały wykonane już pośmiertnie, a kobieta prawdopodobnie została też zgwałcona. Tajemniczy zabójca napisał kilka listów do policji, ale sprawa do tej pory nie została rozwikłana.
Przydomek Czarna Dalia zaś wziął się od nazwy filmu wyświetlanego w kinach w dniu zabójstwa Elizabeth - "Blue Dahlia"

Zodiak
Pod koniec lat 60. zamordował w Kalifornii co najmniej pięć osób, prawdopodobnie przypadkowych. W grudniu 1968 roku na parkingu zastrzelił dwóch nastolatków, siedem miesięcy później postrzelił dwie kolejne osoby w zaparkowanym aucie. Jedna z nich przeżyła. Wtedy lokalne gazety zaczęły otrzymywać anonimy, w których sprawca przyznawał się do zabójstw. Do listów dołączał kryptogramy składające się z kilkuset znaków. Groził, że jeśli jego listy nie zostaną opublikowane, zginą następne osoby. Do dziś nie wiadomo, kim jest Zodiak.
To tylko kilka z przykładów takich morderstw, które do dziś nie doczekały się zidentyfikowania sprawcy. Temat jest niewyczerpany, istnieją nawet zestawienia najbardziej zagadkowych zbrodni w historii, ale chciałam się skupić bardziej na tym, jak to się dzieje i co popycha ludzi do czynu jakim jest morderstwo.
"Zbrodnie są w swej istocie naturalną, konieczną i nieuniknioną częścią kultury społeczeństwa" - mówi w swoim wywiadzie Jorn Lier Horst, pisarz, który przez ponad 20 lat pracował jako szef wydziału śledczego Okręgu Policji Vestfold - Na ogól motywacja jest dosyć banalna - zadrość, pożądanie, seks, zemsta, honor, wstyd, wykluczenie. (...) Widziałem wystarczająco dużo zabójstw i zatrzymałem wystarczająco wielu sprawców, żeby wiedzieć, że nie są takimi złymi ludźmi, za jakich chcemy ich uważać. Zabicie człowieka nie było ich największym życiowym marzeniem. Niemal wszyscy sprawcy nigdy wcześniej nawet nie próbowali sobie wyobrazić, że mogą kogoś zabić. a jednak to zrobili, choć nie byli ani chorzy, ani szaleni."
Co się dzieje w mózgu mordercy?
Jako że fascynuje mnie funkcjonowanie ludzkiego mózgu, najbardziej w tym numerze zainteresowało mnie, co się dzieje w mózgu mordercy.
Grady Nelson, około 15 lat temu dźgnął swoja żonę 61 razy nożem w głowę. Zabił również dwoje jej dzieci, które wcześniej wykorzystał seksualnie. Przedtem był już karany za przemoc seksualną wobec dzieci. Po poddaniu go badaniu neurologicznemu metodą QEEG, czyli ilościowego badania fal występujących w mózgu, lekarze stwierdzili u niego wyraźne nieprawidłowości po lewej stronie płata czołowego.
Płat czołowy jest takim miejscem, które uważa się za "siedzibę" osobowości człowieka. Zajmuje on dość duży obszar mózgu i mieści wiele ośrodków czynnościowych odpowiedzialnych m. in. za ruch (zakręt przedśrodkowy), jego plasowanie (zakręt czołowy, górny i środkowy), mowę (ośrodek Broki) czy wyższe funkcje psychiczne (kora przedczołowa). Ta ostatnia jest szczególnie ważna dla analizy ludzkich zachowań, zwłaszcza myślenia, rozpoznawania wartości swoich czynów, podejmowania decyzji czy oceny własnych emocji.

Przeanalizowano skany mózgów sprawców 41 morderstw i porównano je z obrazami normalnej aktywności mózgowej. Jeśli spojrzymy na skany mózgów osób, które nie popełniły morderstwa, to możemy zauważyć, że poziom aktywności w korze przedczołowej i korze potylicznej jest niemalże identyczny. Mózgi badanych morderców wykazują dużo większą aktywność kory przedczołowej niż potylicznej, a także znacznie zmniejszony poziom metabolizmu glukozy w korze przedczołowej w porównaniu z grupą kontrolną. To dowodzi, że zaburzenia w funkcjonowaniu kory przedczołowej u morderców są jednak faktem.
Pozostaje jeszcze kwestia tzw. plastyczności mózgu. Plastyczność to zdolność mózgu do zmiany własnej struktury nerwowej po przebytych urazach, chorobach czy innego rodzaju ubytkach. Taka odbudowa zajmuje bardzo dużo czasu, a jej efekty nie zawsze są pozytywne. w momencie uszkodzenia mózgu następuje szok neuronalny i dezintegracja neuronów - komórki nagle znajdują się w nowym, zniszczonym środowisku i kompletnie nie wiedzą jak mają się "zachować". Struktura i funkcje mózgu ulegają reintegracji, co ujawnia się w trwałych lub przemijających zmianach zachowania i osobowości.
Ciekawym przykładem na udowodnienie istnienia plastyczności mózgu będzie Phineas Gage - kierownik budowy jednego z odcinków kolei w USA. Żelazny metrowy pręt przebił mu głowę, jednak mężczyzna nie tylko przeżył, ale nawet ani na chwilę nie stracił przytomności! Niestety jak się potem okazało, uraz spowodował daleko idące zmiany w osobowości Phineasa Gage'a. Z sympatycznego, otwartego mężczyzny stał się człowiekiem oziębłym, obojętnym i niekonsekwentnym. To u niego właśnie zaobserwowano uszkodzenie płata czołowego mózgu w wyniku tego nieszczęśliwego zdarzenia. Naukowcy potraktowali to jako dowód, że w płacie czołowym mieszczą się najbardziej znaczące neurobiologiczne ośrodki naszej osobowości. 

Trupia Farma
Bycie martwym nie rożni się zbytnio od rejsu statkiem wycieczkowym. Większość czasu spędza się w pozycji leżącej. Mózg wyłączony. Ciało flaczeje. Nic nowego się nie dzieje i nikt się po tobie niczego nie spodziewa" - pisze Mary Roach w swojej książce popularnonaukowej, pt. "Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków"
Wiecie skąd naukowcy biorą wiedzę na temat tego, co się dzieje z ludzkim ciałem po śmierci i jak rozkładają się ludzkie zwłoki? W Stanach Zjednoczonych znajduje się laboratorium kryminalistyczne (jest ich kilka, ale to jedno jest najbardziej znane), które nazwano Trupią Farmą. Jest ono częścią Uniwersytetu Tennessee. Trupa Farma to wyodrębniony teren, na którym prowadzone są badania rozkładu zwłok przez antropologów sądowych. Na powierzchni około dwóch hektarów znajdują się dziesiątki zwłok - pod wodą, w zaroślach lub we wrakach aut, w zadaszonych pomieszczeniach, zakopane na różnych głębokościach, zalane betonem i przysypane liśćmi. Brzmi makabrycznie? Ale jest to miejsce, dzięki któremu nasza wiedza o ludzkim ciele jest bogata jak nigdy dotąd.
Zwłoki są powszechnie używane w kształceniu przyszłych lekarzy, szczególnie na zajeciach z anatomii i patologii, oraz w czasie zabiegów ćwiczeniowych - jak na przykład operacje treningowe z wykorzystaniem chirurgii laserowej czy intubowanie (udrażnianie dróg oddechowych). z kolei przyglądanie się pokrojony na kawałki mózgom może przyczynić się do lepszego zrozumienia zaburzeń psychicznych - do tego nie nadają się mózgi zwierząt, bo one nie chorują na schizofrenię czy Alzheimera.

Dzięki Trupiej Farmie nastąpił duży postęp nauki. W ciągu czterdziestu lat dowiedzieliśmy się o wiele więcej o ludzkim ciele niż przez minione stulecia. Mimo wszystko niektóre morderstwa do dziś pozostają tajemnicą i niestety – ciągle ich przybywa i będzie przybywać.

PS. Jak widzicie, założyłam zakładkę ''Prośby, skargi i zażalenia'', w której możecie pisać o tym, co chcielibyście jeszcze przeczytać na tym blogu. Zachęcam do dzielenia sie pomysłami 😊

zdjęcia i cytaty zaczerpnięte z magazynu "Charaktery", nr 2/2018

poniedziałek, 28 stycznia 2019

„Gińcie pokrzywy!" — dzieciństwo kiedyś a dzieciństwo dziś

Nie bez powodu mówi się, że teraz nadeszła era obrazków i smartfonów, a ludzi czytających książki będziemy niedługo mogli zobaczyć już tylko w muzeach. Gdy myślę o swoim dzieciństwie, wyglądało ono zupełnie inaczej niż zapewne wyglądałoby teraz.
Gdy przypominam sobie swoje dzieciństwo, kojarzy mi się ono z wielkim, pełnym różnego rodzaju „skarbów” strychem na poddaszu. Miałam kiedyś w domu taki strych, lubiłam tam się zakradać i godzinami poszukiwać jego historii. Znajdowałam tam mnóstwo starych listów, pocztówek, zabawek i innych dowodów obecności ludzi tam przede mną i związanych z nimi ciekawostek, o których nie miałam pojęcia albo nie opowiedziała mi babcia. Lubiłam też przeglądać z nią stare zdjęcia, jeszcze te biało-czarne i słuchać opowiadań o tym, co wydarzyło się jeszcze zanim nie było mnie na świecie. Dopiero, gdy byłam w piątej czy szóstej klasie podstawówki, zainteresowałam się portalami społecznościowymi — wtedy popularna była Nasza Klasa — i grami komputerowymi. Mimo wszystko jednak udało mi się zachowywać w tym umiar, miałam czas na wiele innych rzeczy, dużo czytałam czy bawiłam się z rówieśnikami.


Zaś gdy obserwuję dzisiejszy świat, czasami zaczynam tęsknić za czasami, gdy jeszcze komputery i smartfony nie były tak rozpowszechnione, a by porozmawiać z rówieśnikami, dzieci wychodziły na podwórko, a nie przeglądały messengera. Wystarczy wyjść na miasto i się rozejrzeć. Bardzo niepokojące jest to, jak często mijam człowieka w moim wieku, któremu właściwie muszę zejść z drogi, żeby się z nim nie zderzyć, bo jest tak pochłonięty ekranem swojego smartfona. Nieraz jadąc autobusem widzę jak rodzic daje dziecku telefon, żeby się uspokoiło i przestało narzekać, a czasem nawet inny, smutniejszy obrazek — dziecko wpatrzone w swój telefon, a rodzic w swój. w takich momentach przypomina mi się pewna riposta z wiersza, który jeszcze w gimnazjum bardzo zapadł mi w pamięć.

Śmierć w kręgu rodziny
Ludwik Jerzy Kern

Jest cicha wieczorowa pora.
Siedzimy całą rodziną frontem do telewizora.
Dziadkowie,
Rodzice,
Synowie,
Córki,
A na ekranie same wybiórki.
To znaczy tacy panowie i panie,
Co są specjalnie wybrani, żeby nas bawić na małym ekranie.
Wieczór taki spokojny,
Milutka atmosfera,
I tu ni stąd, ni zowąd czuję, cholera,
Że coś umiera.
Patrzę na dziadka,
Co zjadł przed chwilą sześć pączków firmy Blikle,
Czy dziadek się czasem nie kończy?
Nie, dziadek jest wesolutki
Jak zwykle.
Jedna babcia różowa,
Druga babcia różowa,
Uśmiechnięta synowa,
Pełna werwy teściowa,
Wszystkie wnuki w porządku,
W porządku ciocia Mila,
Która (widać w półmroku) pepsi z rumem właśnie wychyla.
Na koniec wzrok mój trafia na postać wuja Zdzicha...
Ale on przysnął tylko.
Dycha.
A jednak nie mogę się pozbyć dziwnego niepokoju,
Bo czuję,
Wyraźnie czuję,
Ze coś umiera w tej chwili i to tu, w tym pokoju.
Jeszcze raz przeskakuję wzrokiem od głowy do głowy
I nagle wiem, co umiera.
To umiera piękna sztuka rozmowy.

Najlepiej w nim oddana jest prawda dotycząca wpływu telewizji na komunikację w rodzinie. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że przez nadmierne oglądanie telewizji czy też korzystanie ze smartfona lub laptopa poświęcamy coraz mniej czasu swoim bliskim, a to przecież oni są najważniejsi.
Sama często się przekonuję jak wielkie spustoszenia może powodować brak kontroli nas tym, ile czasu poświęcamy chociażby na media społecznościowe — Facebook, Messenger i Instagram. Często łapię się na tym, że sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić coś w internecie, tymczasem odkładam go po prawie godzinie, dopiero wtedy przypominając sobie, po co tak naprawdę po niego sięgnęłam.
Nie wyobrażam sobie funkcjonowania w dzisiejszych czasach bez telefonu z dostępem do internetu i bez laptopa. To jest jedyna platforma komunikacji ze znajomymi, którzy mieszkają daleko. Internet przydaje się od czasu do czasu, by zasięgnąć informacji, coś przeczytać czy obejrzeć. Jednak powinniśmy zachować równowagę pomiędzy życiem wirtualnym a realnym, mając na uwadze, że to drugie powinno absorbować więcej naszego czasu. Czasami podejmuję wyzwanie, by jak najdłużej dać swojemu telefonowi odpocząć i wcale nie czuję się przez to gorzej.
Ostatnio spotkałam się z wielokrotnie powtarzającym się stwierdzeniem, że Facebook czyni nas nieszczęśliwymi, sama też zaczęłam się nad tym zastanawiać i uznałam, że jest w tym dużo racji. Z ciekawości poszukałam danych i statystyk dotyczących wpływu mediów społecznościowych na nasze poczucie szczęścia i moje przypuszczenia się potwierdziły.
Było prowadzonych mnóstwo badań dotyczących tego problemu, m. in. w USA, Wielkiej Brytanii czy we Włoszech. Zadawano ludziom pytanie: jak bardzo są zadowoleni ze swojego życia w skali od zera do dziesięciu. Okazało się, że najbardziej zadowoleni z życia są ci, którzy regularnie wychodzą z domu, by spotkać się ze znajomymi. Oni też mają większe zaufanie do ludzi.
Spędzanie zbyt dużej ilości czasu na Facebooku czy innych portalach społecznościowych sprawia, że mniej czasu poświęcamy znajomym w realnej rzeczywistości. Jednak jeszcze druga przyczyna tego, czemu tak niekorzystnie wpływają one na nasz poziom szczęścia. To co widzimy, przeglądając Facebooka, czyli zdjęcia znajomych czy celebrytów, którzy są uśmiechnięci i wydają się prowadzić barwne i ciekawe życie, często bywa właśnie powodem naszego złego samopoczucia. Musimy pamiętać, że zdjęcia to tylko zdjęcia, nie oddają rzeczywistości taką jaką jest, więc powinniśmy zachować do tego dystans.
Już 91% osób z Wielkiej Brytanii w wieku 16-24 korzysta z social mediów. Fundacje Royal Society for Public Health i Youth Health Movement opublikowały raport, w którym przeanalizowano pozytywne i negatywne skutki wpływu mediów społecznościowych na nasze zdrowie. W okresie luty-maj 2017 roku przeprowadzono badania na grupie ponad 1500 osób z Wielkiej Brytanii. Ankietowani mieli za zadanie ocenić jak każdy z portali, z których korzystają, wpływa na 14 aspektów powiązanych z naszym zdrowiem takich jak m.in sen, samoocena, samotność, wyobrażenie naszego ciała, wsparcie emocjonalne, FOMO (ang. Fear Of Missing Out — lęk przed przegapieniem informacji) czy relacje w świecie rzeczywistym. Pod uwagę wzięto pięć najpopularniejszych serwisów — YouTube, Facebook, Twitter, Instagram, Snapchat.
Z badań wynika, że Instagram i Snapchat mają najbardziej negatywny wpływ na zdrowie i psychikę młodych ludzi, a z kolei YouTube może pochwalić się najlepszym oddziaływaniem. Instagram wpływa na lęki, depresje i samotność. Niezbyt dobrze w rankingu wypada także Snapchat. Co ciekawe jednak, uznano, że zarówno YouTube jak i Instagram wpływają bardzo źle na sen. Stwierdzono także, że media społecznościowe są bardziej uzależniające niż papierosy i alkohol. W ciągu ostatnich 25 lat ilość zachorowań na depresje i stany lękowe wzrosła o 70%.
Jak widać prognozy związane z mediami społecznościowymi są dość niepokojące. Jeszcze kilka lat temu nie powiedziałabym, że staną się one częścią mojego życia, a teraz pochłaniają mi mnóstwo czasu. Pozostaje tylko uczyć się nim racjonalnie tym czasem gospodarować, by nie pozwolić się pochłonąć całkowicie. Czasami nasuwa mi się pytanie: skoro już teraz nie wyobrażamy sobie życia bez telefonu, to jak będzie ono wyglądało za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat? Co jeszcze wymyślą producenci aplikacji, by zwiększyć zyski, a nas zachęcić do spędzania większej ilości czasu na Facebooku czy innych platformach społecznościowych? Aż strach pomyśleć.