Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Kim jest Nikt i dlaczego?

Nie czuję dawnego przytłoczenia przedstawicielkami płci pięknej. Już nie uważam ich za jednostki lepsze. To ja jestem wielki. Każda z nich mógłbym pozbawić godności i sprawić, że stanie się nikim. Nie ma jednak takiej potrzeby. Wystarczy, że wyjaśniam, kto jest szefem.

Sięgając po tę lekturę, miałam na uwadze poprzednie dzieła autora, które przypadły mi do gustu, i bardzo pozytywne recenzje, więc oczekiwania były duże. Jednocześnie zaczynając czytać, trochę walczyłam ze sobą. Gwałt? Przecież to już było, na pewno ten motyw już jest w wielu książkach opisany. Zatem może będę się nudzić, ale czy na pewno?

Tytułowy Nikt to żaden wydumany psychopata. Zwykły szary człowiek, który nie znosi swojego życia i winą za to obarcza płeć piękną. Pewnego dnia uderza w kobietę, która jest dla niego synonimem życiowego sukcesu i siły. Jego celem jest niszczenie i czerpanie z tego siły. Pragnie na cierpieniu zbudować swój wewnętrzny spokój. I skutecznie rujnuje spokój Kajetana, który po tragedii swojej żony, nie może się pozbierać. Nie tylko walczy ze stratą, ale musi udowadniać swoją niewinność, a "męska świnia" jest na wolności. Czy Nikt właśnie tego chciał, czy może jednak czuje niedosyt i zdecyduje się uderzyć po raz kolejny?

Prysznic biorę z otwartymi oczami, gnębiąc się widokiem tego, co straciłem. Chcę, żeby ból wyżerał każdą moją tkankę, zatruwał każdą myśl, skaził mi krew, wypalił wszystkie oznaki niepewności.

Moja rada - jeśli chcecie mieć więcej przyjemności z lektury nie czytajcie opisu okładkowego - ja zwykle tak robię, jeśli wiem, że się nie zawiodę. Tutaj okazało się to słuszne, bo opis zdradza tyle fabuły, że przez mniej więcej jedną trzecią książki wiadomo, co będzie dalej.

Jeśli chodzi o fabułę jest sprytnie poprowadzona - ledwie zdążymy ochłonąć po jednym wydarzeniu, a już czeka nas kolejna "sensacja". Współczujemy Kajetanowi i w duchu dopingujemy, by odkrył tożsamość tego... tu nie użyję żadnego określenia, bo same niecenzuralne cisną się na usta. I dopingujemy też, by odpłacił mu się za to jak należy. W międzyczasie pojawia się też jeszcze jeden wątek, którego rozwijać nie będę, bo to będzie spoiler, ale robi się bardzo ciekawie. Pod koniec lektura wbija w fotel na tyle, że nie zdziwi mnie, gdy zarwiecie noc. Ta książka studium duszy psychopaty oraz relacja z areny, na której toczy się walka o życie w jednym.

Mimo to, że mi się podobało, szczerze nie wiem, jak mam opisać moje wrażenia. Bo coraz więcej jest zachwytów nad tą książką, a jednak ja po przeczytaniu czuję lekki niedosyt. Z czego to wynika? Fabuła bardzo ciekawie poprowadzona, ale to nie do końca to, czego oczekiwałam. Lektura jak najbardziej wartościowa i godna polecenia, ale nie wryła się w moją psychikę na tyle, żebym ją uznała za świetną. Może to kwestia dużych oczekiwań wobec książek tego autora? Sceny gwałtu, choć opisane realistycznie jakoś zbyt mocno do mnie nie przemówiły. Sam główny bohater, choć to postać dobrze przemyślana, to jest bardzo schematyczny. Taki typowy zły charakter. A właściwie ktoś z jego brakiem. I choć próbowałam się w niego wczuć, to nie wywołał we mnie tak złych emocji jak na gwałciciela przystało. Ot, przeciętny człowiek, któremu w życiu się mocno nie układa i próbuje szukać zadowolenia kosztem innych. Zupełnie tylko to, czego się można było spodziewać, nic mnie nie zdziwiło. 

Nie jestem na nie, ale też czuję lekki niedosyt. Przeczytajcie, oceńcie sami :) 

Moja ocena 6/10

Adrian Bednarek, Nikt

Ilość stron: 496

Wydawnictwo: Zaczytani

Data premiery: 11.03.2026

środa, 17 kwietnia 2024

Czy w domu Straussów coś straszy?

Chciałabym Wam chociaż kilka słów powiedzieć o ostatnio przeczytanej przeze mnie książce, bo warto zwrócić na nią uwagę, gdy rzuci się Wam w oko w bibliotece czy na półce sklepowej. Wróciłam niedawno do lektury „strasznych” książek, jak już pewnie zdążyliście zauważyć. I tym razem, wbrew zasadzie, by nie oceniać książki po okładce, zdecydowałam się na „Dom Straussów”. Tutaj jednak decydującym kryterium wyboru był również autor. To moja trzecia pozycja Adriana Bednarka i śmiało mogę powiedzieć, że się jeszcze nie zawiodłam. A co tym razem mnie przekonało w jego książce?

        Zarys fabuły niby skądś znajomy – grupa studentów wybrała się na wakacje w malownicze mazurskie okolice – mogłoby się wydawać idealne miejsce na odpoczynek. Ale że gdy wszystko wydaje się być idealne, zawsze coś musi stanąć na przeszkodzie. Najpierw Adam  wpadł na pomysł, by na tydzień odłożyć smartfony. Reszta, jak można się domyślić – niechętnie i protestując – przystała na ten pomysł. W końcu przyjechali po to, żeby przeżyć przygodę, więc od czegoś trzeba zacząć. A jak się potem okaże – czas spędzony bez smartfonów okaże się być dla nich przygodą życia i to nie z powodu ich braku. Co takiego może ich spotkać w tej cichej mazurskiej okolicy, gdzie tylko w sezonie pełno jest turystów? Więcej nie mogę Wam zdradzić.

Nie miałam dużych oczekiwań wobec tej lektury – wręcz przeciwnie – po opisie fabuły trochę się obawiałam, że skończy się rozczarowaniem. Ale na szczęście niesłusznie. Autor nie daje nam się nudzić. Nie zabraknie wrażeń, brutalnych scen i będziecie czytać w napięciu do końca. A na koniec zostawi Was samych z pytaniami w głowie i okaże się, że książka momentalnie się skończyła, a Wy chcecie więcej.

Nie mogę tego zrozumieć, ale powieści Adriana Bednarka mają to do siebie, że nawet, gdy leje się krew i drżymy o życie bohaterów, bo z każdej kartki wieje grozą, to czyta się je lekko i przyjemnie. Mało tego – trudno się oderwać i chętnie się wraca, żeby czytać dalej! Jeśli ktoś lubi taki klimat, to naprawdę warto.



czwartek, 27 maja 2021

O randce z Oskarem słów kilka

(...) nie ma czegoś takiego jak szczęśliwe zakończenie. Są jedynie próby radzenia sobie z kolejnymi dramatami.

Pewnie zastanawiacie się, skąd taki tytuł, gdy mam zamiar pisać recenzję. Gdy zapowiedziałam na moim Instagramie, że końcu dorwałam tę książkę i mam zamiar napisać recenzję, autor życzył mi udanej randki z Oskarem. A dzisiaj właśnie podzielę się pikantnymi szczegółami dotyczącymi tej randki.

Przez długi czas nie mogłam się zabrać za czytanie żadnej książki. Aż do momentu, gdy na półce w bibliotece zobaczyłam „Obsesję" i nie mogłam się powstrzymać.... Chciałam ją przeczytać już gdy pojawiła się zapowiedź. W trakcie czytania okazało się, że jest to druga cześć serii o przygodach Oskara, ale nie przeszkadzało mi to w lekturze. Natomiast niedługo będzie miała miejsce premiera trzeciej.

Co byście czuli, gdyby wasza ukochana osoba nagle odeszła? Albo, co gorsze, została brutalnie zamordowana na waszych oczach? Konsekwencje dla psychiki mogą być odczuwalne jeszcze na długo po takim zdarzeniu. A w przypadku naszego bohatera – ciągle dawać o sobie znać. Nie tylko on odczuwa swój ból – stanowi również zagrożenie dla innych. Szczególnie dla młodych, ładnych dziewczyn o blond włosach i turkusowych oczach. Gdy już taka wpadnie w jego ręce, to jedno jest pewne – nie będzie z nią dobrze. Oskar siedem lat temu opuścił klinikę psychiatryczną pod warunkiem, że będzie regularnie chodził na spotkania z psychiatrą. Swojej pani doktor nie darzy sympatią, wręcz przeciwnie – myśli, co zrobić, by móc zakończyć te sesje. Ile zła może spowodować jeden nieszczęśliwy człowiek, którego miłość jest silniejsza niż śmierć? Jak długo może trwać taki stan?  Czy możliwe jest normalne funkcjonowanie po traumie? Czy może jednak obsesja będzie ciągle wygrywać?

Luiza nie była gotowa i choć jej nagość wywoływała we mnie silne podniecenie, musiałem się powstrzymać. Nie chciałem, żeby wzięła mnie za gbura, który rzuca się na nią od razu, tylko dlatego, że coś nas kiedyś łączyło. Zdobycie jej ciała było sprawą drugorzędną. Najpierw musiałem ponownie zdobyć jej duszę.

Muszę przyznać, że mam mieszane odczucia co do tej lektury. Pewnie dlatego, że jest to kontynuacja serii i nie mogłam przyjrzeć się bohaterowi od początku tej historii. Jednak moim zdaniem jego konstrukcja nie jest dość przekonująca. Oczekiwałam, że bardziej wczuję się w jego postać, sama poczuję się jak obsesyjny porywacz i zrozumiem jego motywację. Tymczasem Oskar mnie nieco irytował i nie mogłam wejść do jego głowy. Wiedziałam tylko tyle, że nic poza Luizą się nie liczy. Swojej obsesyjnej i trudnej miłości jest gotów podporządkować wszystko. Zupełnie nie zważał na konsekwencje. Zachowywał się lekkomyślnie, choć był profesjonalistą w swoim „fachu".

Sam pomysł na fabułę zasługuje na pochwałę. Sięgając po powieść, której głównym bohaterem jest psychopatyczny pisarz, spodziewałam się, że będzie to coś oryginalnego. Tak też było, choć książka nie spełniła do końca moich oczekiwań. Zachowanie Oskara było w dużej ilości przypadków przewidywalne, co czyniło lekturę nieco monotonną. Choć było kilka momentów, kiedy jego plany wymykały się spod kontroli i wtedy robiło się naprawdę ciekawie. Również zakończenie mnie zaskoczyło pozytywnie. A na sam koniec dostajemy taki zwrot akcji, że chciałoby się od razu sięgnąć po kolejną część... Mimo że przez całą powieść moje uczucia co do Oskara były ambiwalentne, na koniec naprawdę zaczęłam się o niego niepokoić. I muszę wiedzieć, co będzie w kolejnej części.

Warto wspomnieć, że uwielbiam styl autora. Jest to już kolejna jego książka, a i tym razem się nie zawiodłam. Mimo ciężkiej tematyki czyta się szybko i przyjemnie. Nie brakuje również poczucia humoru.

Książkę polecam, jeśli ktoś lubi thrillery. Z pewnością nie będzie to zmarnowany czas.

Moja ocena: 6/10


Adrian Bednarek, Obsesja (t.2)

Ilość stron: 541

Wydawnictwo: Novae Res

Data premiery: 2.09.2020

poniedziałek, 21 września 2020

Czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego...

Czasem odnoszę jednak wrażenie, że nie da mi się już pomóc. Wytrzymuję tylko dzięki swojej wewnętrznej sile. Nie wiem, skąd ją czerpię. Gdyby nie ona, już dawno skończyłabym jak Otylia – z nieudaną próbą samobójczą i psychoterapiami na koncie. Różnica pomiędzy nami polega chyba na tym, że ja wbrew pozorom kocham życie.

Gdy tylko usłyszałam o tej książce, wiedziałam, że muszę ją mieć. Marcel Moss jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, a dodatkowo tematyka nawiązująca do Belfra – jednego z niewielu seriali, który mnie naprawdę wciągnął. Czy słusznie spodziewałam się czegoś naprawdę świetnego?

Prestiżowe warszawskie liceum jak wszystkie inne szkoły ma swoje mroczne tajemnice. Autor odsłania problemy nastolatków, których dorośli często nie dostrzegają, albo po prostu nie rozumieją. W szkole dochodzi do tragedii. Na samym początku dowiadujemy się, że dwoje uczniów popełnia razem samobójstwo. Otylia, która była w szkole nielubiana, i Alan – popularny chłopak i kapitan drużyny siatkówki. Co ich do tego popchnęło? Jaka mroczna historia się za tym kryje? Ich przyjaciółka Marta, głęboko poruszona tragedią, postanawia dotrzeć do prawdy. Okaże się, że nawet ona nie wie wszystkiego. A może nie wie zupełnie nic?

Rywalizacja między ludźmi jest teraz wyjątkowo zacięta. (...). Wszyscy marzą o tym, by wyróżnić się w tłumie ślepo podążającym za tym samym. Social media tworzą wizję idealnego świata, który tylko nasila kompleksy młodych, uzmysławia im, że nie mogą mieć słabości, i sprawia, że pragną czegoś, co nie istnieje.

Powieść ma bardzo rozbudowaną fabułę. Dzieje się tyle, że trudno się oderwać nawet na moment. Narracja w pierwszej osobie, krótkie rozdziały i częste przeskakiwanie między poszczególnymi wątkami to jest to, co sprawia, że książkę czyta się szybko i bez wysiłku. Poszczególne wątki, choć na początku wydaje się ich dużo, z czasem łączą się w spójną całość, by pod koniec zafundować nam niemały szok. I pozostawić w oczekiwaniu na kontynuację.

W książce mamy wielu bohaterów. Nastolatkowie i nie tylko. Mają problemy, o których tyle się mówi, ale niewiele działań podejmuje, by im zaradzić. Ta lektura uświadamia nam, że często młodzi ludzie są zostawieni sami sobie z ich problemami i niezrozumiani. A gdy nie mają w nikim oparcia, może mieć to tragiczne konsekwencje. Choć o bohaterach czyta się ciekawie, to niekiedy miałam wrażenie, że mi się zlewają i są zbyt podobni do siebie.

Mam mieszane uczucia. Zabrakło mi w tej książce emocji. Były co prawda momenty, w których serce przyspiesza, ale jak na thriller zdecydowanie za mało. Książka miała bardzo mocny wydźwięk, ale nie przemówiła do mnie tak jak inne pozycje tego autora. Czy warto przeczytać? Zdecydowanie tak. Dla młodzieży jest to pozycja obowiązkowa. Warto po nią sięgnąć chociażby ze względu na aktualną tematykę i ciekawe podejście do problemów nastolatków.

Moja ocena: 6/10


Marcel Moss, Nie wiesz wszystkiego

Ilość stron: 383

Wydawnictwo: FILIA

Data premiery: 12.08.2020

poniedziałek, 27 lipca 2020

Wszystko, czego kiedykolwiek chciałaś, jest po drugiej stronie strachu

Świat jest pełen ludzi, którzy mają jakieś tajemnice. w gruncie rzeczy nikt nie jest tym, na kogo wygląda.

„Ostatni lot" to kolejny thriller psychologiczny, który stał się hitem. Książka polecana na Instagramie, złego słowa o niej nie słyszałam. Musiałam sprawdzić i ja, co takiego w niej jest.

Claire wydaje się mieć idealne życie. Jest żoną bogatego i znanego polityka. O Evie nie wiemy nic. Dwie kobiety, które chcą uciec przed przeszłością, przypadkiem się spotykają. I wtedy nadarza się ku temu okazja. Postanawiają sobie w tej ucieczce pomóc i wymieniają się biletami lotniczymi. Czy uda im się tak po prostu zostawić za sobą bagaż dotychczasowych doświadczeń i zacząć nowe życie z czystą kartą?

Teraz widzę, że właśnie tak rozumują przestępcy. Wmawiamy sobie, że inni przyparli nas do muru, a my tylko reagowaliśmy, współdziałaliśmy i walczyliśmy o przetrwanie. I jesteśmy tak przekonujący, że w końcu zaczynamy sami w to wierzyć.



Dużym plusem była nieprzewidywalna fabuła. Zaczynając tę książkę zupełnie nie wiedziałam, co może się wydarzyć. Stopniowo zagłębiamy się w przeszłość bohaterek poszukując tam odpowiedzi na pytanie, co skłoniło je do tak dramatycznego kroku, jakim była ucieczka przez zamianę miejsc w samolotach. Poznając trudną przeszłość bohaterek szukamy też odpowiedzi na pytanie, czym właściwie jest tożsamość, jak determinuje nasze życie i czy jest sposób, by od niej uciec zostawiając przeszłość za sobą.

Pochwała należy się autorce za wykreowanie postaci bohaterek. Claire jako ofiara przemocy domowej opowiada o swoich przeżyciach tak przekonująco, że z przejęciem czytamy o jej sytuacji. Eva również ma bagaż doświadczeń. Błędy przeszłości, które zdeterminowały całe dalsze życie. Nie wszystko da się naprawić.

Choć fabuła mnie zaciekawiła, to tempo narracji było dla mnie zbyt wolne. Czekałam na to, co wydarzy się dalej, ale napięcia w książce mi brakowało. Dopiero pod koniec zaczyna się więcej dziać i wtedy się wciągnęłam na dobre. Sama końcówka zaskoczyła mnie pozytywnie. Było kilka zwrotów akcji i niespodzianek.

Ostatni lot to wielowątkowy i prowokujący do myślenia thriller psychologiczny. Historia jest ciekawa, choć jej potencjał moim zdaniem nie został w pełni wykorzystany. Brakowało mi napięcia, które sprawia, że z niecierpliwością przewraca się kolejne strony.

Moja ocena: 6/10

Julie Clark, Ostatni lot
Ilość stron: 438
Wydawnictwo: Muza
Data premiery: 3.06.2020

wtorek, 30 czerwca 2020

Miłość może zmienić życie w piekło

Porto jest miastem, które stopniowo popada w ruinę, może dlatego czuję się tu tak dobrze: idealnie oddaje to, co dzieje się z moją duszą.

Tej książki byłam ciekawa, od kiedy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi. Z twórczością p. Magdy Stachuli już zdążyłam się zaprzyjaźnić i fanom thrillerów psychologicznych nie trzeba jej przedstawiać. „Idealna", „Trzecia", „W pułapce" i „Oszukana" zrobiły na mnie dobre wrażenie, więc względem jej nowej książki miałam ogromne oczekiwania. Czy i tym razem trafiła w moje gusta?

Anitę i Adama znamy z "Idealnej". Do idealnego małżeństwa im daleko. Po burzliwym czasie, jaki mają za sobą, trudnych doświadczeniach i bezskutecznych staraniach o dziecko w końcu im się udaje. Mogłoby się wydawać, że wreszcie ich życie zacznie się układać. Jednak historia zatacza koło i Anita znowu jest w niebezpieczeństwie. Pewnego dnia w jej skrzynce ląduje czerwona koperta z kompletem bielizny w środku. Mogłaby przypuszczać, że to prezent od męża, gdyby nie to, że stanik jest o trzy rozmiary za duży. Niby tylko niewinna przesyłka, ale w jej głowie znowu pojawiają się te same pytania. Kto próbuje ją zastraszyć? Czy to znowu ta sama osoba? I najważniejsze – co ją czeka tym razem?
Jak ująć to wszystko w słowa, te myśli, które przelewają się nieustannie w mojej głowie? Nie potrafię nad nimi zapanować. A może nie chcę? To one zawsze były moją ucieczką, pozwalały znaleźć się tam, gdzie w danej chwili chciałam być. Podróżowałam w wyobraźni, ale czym ona różni się od rzeczywistości. I tu, i tu wszystko trwa chwilę. Wrażenie, smak, zapach, dotyk mijają bezpowrotnie, jakie więc ma znaczenie dla wspomnień, czy naprawdę coś przeżyliśmy, czy działo się to jedynie w naszej głowie?

Anitę i Adama znamy z pierwszej części. O ile w pierwszej z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów, to tutaj nie zapałałam do nich sympatią. Anita irytowała mnie ciągle rozpaczając jak ciężko jest jej być matką i narzekając na brak zaangażowania ze strony męża. Z jednej strony trudno było jej się dziwić – Adam naprawdę nie świecił przykładem wzorowego męża i ojca. Egoista, dbający tylko o siebie i swoje potrzeby. Najbardziej zaciekawiła mnie postać Roberta, przyjaciela Anity, ale jaką rolę odegra w tej historii nie mogę zdradzić.

Zaczyna się całkiem niewinnie. Najpierw przesyłka, potem niepokojące wiadomości. Na początku akcja toczy się wolno, co w thrillerach jest typowe. Całość jest dobrze przemyślana. Autorka stopniowo buduje napięcie, z czasem akcja przyspieszy tak, że książkę trudno będzie odłożyć. Jednak widziałam dużo podobieństw do pierwszej części i to mi przeszkadzało, bo nastawiłam się na coś całkiem innego. Za to w połowie zrobiło się ciekawiej, a zakończenie było naprawdę niezłe.

Czy miłość naprawdę potrafi zmienić życie w piekło? Nad uczuciami nie zawsze da się zapanować. A to może mieć niekiedy poważne konsekwencje.

Całość historii oceniam dobrze, jednak spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Więcej emocji, napięcia, zwrotów akcji. Działo się sporo, ale miałam wrażenie, że niektóre wydarzenia są nieco naciągane i ciężko było mi się wczuć w tę historię. Poza tym odczuwalne było podobieństwo do poprzedniej części. Mimo wszystko fanom thrillerów psychologicznych książka się spodoba. Czyta się szybko i przyjemnie.

Moja ocena: 6/10

Magda Stachula, Strach, który powraca
Ilość stron: 364
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data premiery: 1.07.2020

sobota, 9 maja 2020

Gdy zostanie tylko jedyne wyjście...

O tym autorze jeszcze nie słyszałam, a że lubię eksperymentować, to postanowiłam się przekonać, czy jego twórczość przypadnie mi do gustu. Ryszard Ćwirlej ma na swoim koncie już dwanaście kryminałów z serii o policjantach z Poznania. Dwunastą, czyli „Jedyne wyjście", miałam przyjemność przeczytać jako pierwszą.
W małym miasteczku niedaleko Poznania zostaje porwany siedemnastolatek, syn bogatego biznesmena. Porywacze żądają okupu. Ojciec na własną rękę próbuje namierzyć porywaczy wykorzystując do tego kontakty z przeszłości, które zdobył, trudniąc się nie do końca legalnym interesami. Jeszcze nie wie, że przeszłość może obrócić się przeciwko niemu... Na trop porywaczy wpada też miejscowa policja. Niebagatelną rolę w całej sprawie odgrywa bystra Aneta Nowak, która oprócz tropienia przestępców uwielbia też jeździć na motocyklu. Wkrótce policjantom przybywa pracy, bo pewna młoda dziewczyna ginie bez wieści zostawiając męża i trzyletnie dziecko. Czy to możliwe, że za porwaniem i zaginięciem stoi ta sama osoba?
Nie do końca wiedziałam, czego mogę się spodziewać. I ta ciekawość na co trafię w tej powieści towarzyszyła mi do samego końca. Czymś, co wyróżnia tę powieść, jest spojrzenie na rolę kobiet we współczesnym świecie i próba walki ze stereotypami. Ile jest zawodów, w których kobiety są postrzegane jako gorsze od mężczyzn, czy nawet wykorzystywane? Tak samo sytuacja miała się w społeczności policji z podpoznańskich miejscowości. Zarówno policjantka Aneta jak i Martyna, rzeczniczka prasowa w policji, niejednokrotnie spotykają się z dyskryminacją ze strony męskiej części policyjnej społeczności. Jednak to właśnie one udowadniają, że potencjał kobiet, choć nie zawsze doceniany, może wnieść zupełnie nowe spojrzenie na sprawę, a niekiedy mieć decydujący wpływ na schwytanie przestępcy.
Powieść skupia się na dwóch głównych wątkach. Pierwszy z nich to porwanie chłopca i ten dość szybko zostaje rozwiązany, za szybko w moim odczuciu. Potem pozostaje już tylko kwestia osób zamieszanych w to porwanie. Jest jeszcze drugi wątek, który mnie zaciekawił bardziej, czyli zaginięcie Karoliny. Nie mogę zdradzić szczegółów, ale zaciekawił mnie ze względu na aktualność poruszonego tam problemu. w tracie czytania domyśliłam się zakończenia, bo natrafiłam na pewną sugestywną wskazówkę, ale kto wie – może to celowy zabieg autora? Końcówka moim zdaniem trochę za krótka i zabrakło mi wyjaśnienia motywu działania sprawcy.
Co do samych bohaterów, to dla mnie było ich zbyt wielu. Do tego akcja ciągle przeskakiwała od jednego do drugiego, tak że momentami chwilę mi zajęło, zanim domyśliłam się, o kim aktualnie czytam. Mamy tam do czynienia z różnymi postaciami i ta różnorodność nie pozwala się nudzić. Autor zagląda w głowy zarówno kobietom jak i mężczyznom, strasznym i młodszym, policjantom i cwaniaczkom trudniącym się zarabianiem na kradzionym towarze. Postaci są dość przekonujące i ciekawie się o nich czyta, choć niektóre elementy były moim zdaniem nieco przerysowane. Przede wszystkim rozmiar alkoholizmu wśród bohaterów. Co drugi, gdy akurat nie pije, to myśli o piciu. I na drugi dzień przychodzi do pracy na kacu, albo jeszcze lepiej lekceważy swoje obowiązki przez zły stan spowodowany nadużyciem alkoholu. Sama postać głównej bohaterki nie do końca mnie przekonała. Nie mam jej nic do zarzucenia, ale czegoś mi w niej zabrakło. Poza pasją związaną z motocyklami, niewiele ją wyróżnia. Owszem jest bystra i szybko pnie się po szczeblach swojej policyjnej kariery. Ale czy to możliwe, żeby mieć w tak krótkim czasie tyle szczęścia?
Całość oceniam dobrze. Niezła rozrywka na przyzwoitym poziomie, a do tego wspomniane wcześniej oryginalne wątki, z którymi wcześniej nie spotkałam się w kryminałach.
Moja ocena: 6/10

Ryszard Ćwirlej, Jedyne wyjście
Ilość stron: 512
Wydawnictwo: Muza
Data premiery: 22.04.2020

środa, 29 kwietnia 2020

Każdy ma swoją piętę achillesową

A skoro już wspomniałam o miłości, prawie tak samo trudno jest się przyznać do zakochania jak do odkochania, nie sądzicie? Ale nawet jeśli przestajemy kogoś kochać, nie daje nam to prawa do głoszenia wszem wobec, że miłość nie istnieje.
Choć nie powinno się oceniać książki po okładce, to ta zdecydowanie ma w sobie coś intrygującego. i ten tytuł – „Na progu zła" – który sugeruje coś ciekawego. Lubię thrillery psychologiczne, bo każdy jest jak pudełko z niespodzianką. Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, czego się spodziewać, gdy otwieramy książkę. Czy tym razem spotkała mnie miła niespodzianka?
Pewnego dnia Fiona wraca z wyjazdu do domu i zastaje tam firmę przeprowadzkową i obcych ludzi, którzy twierdzą, że kupili ten dom. Dom w którym mieszkała razem z mężem i dziećmi już ładnych parę lat. Czy to możliwe, by doszło do jakiegoś fatalnego nieporozumienia? Fiona próbuje się dodzwonić do męża, ale jego telefon nie odpowiada. Czy ta niepokojąca rzeczywistość, która stała się jej udziałem, to zwykłe nieporozumienie, czy może zaplanowane i dopracowane w szczegółach oszustwo na wielką skalę? Czy z tej sytuacji znajdzie się jakieś rozsądne wyjście?
Nie miałem zatem innego wyjścia, tylko zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Teraz widzę, że tak właśnie rozumują przestępcy. Wmawiamy sobie, że inni przyparli nas do muru, a my tylko reagowaliśmy, współdziałaliśmy i walczyliśmy o przetrwanie. I jesteśmy tak przekonujący, że w końcu zaczynamy w to wierzyć.
Przyznam, że mam mieszane uczucia co do tej książki. Taka sobie lektura – ani dobra, ani zła. Ciężko mi ją jednoznacznie ocenić. Początek był naprawdę dobry i zapowiadało się na ciekawą historię, ale dalej już nie było tak interesująco. Miałam wrażenie, że czytam o sprawie, która już dawno została rozwiązana, a to, co się dzieje w książce, to tylko niepotrzebne przeciąganie. Dałoby się o tym opowiedzieć bardziej zwięźle i bez zbędnego przynudzania. Było kilka ważnych momentów dla akcji, ale poza tym czytałam i czytałam, a działo się niewiele. Za to pod koniec naprawdę nie mogłam się oderwać. Zakończenie jest wstrząsające i przerażająco wiarygodne.
Podobał mi się w tej książce sposób opowiadania. Choć niewiele się działo, to czytało się nawet przyjemnie. Co do samych wydarzeń, trzeba przyznać, że są opisane przekonująco i dosyć wiarygodnie. Nie miałam poczucia, że fabuła jest naciągana. Z niezwykłą wnikliwością przedstawione są motywy postępowania bohaterów, nawet te, do których sami z trudem dochodzą. Bohaterowie w tej książce są tacy ludzcy. W thrillerach psychologicznych często spotykam się z irytującymi postaciami, o których ciężko mi się czyta, ale tutaj tak nie było. Fi i Bram, a także inne pojawiające się w tej książce postaci są starannie wykreowane i nawet dają się lubić… albo znienawidzić, bo znajdziemy tam też czarne charaktery. Jednego można być pewnym – emocji nie zabraknie, bo bohaterowie nie są bezbarwni i czyta się o nich z zainteresowaniem.
Choć nie jestem tą lekturą do końca usatysfakcjonowana, to nie mogę też powiedzieć, że straciłam czas. Całość ma mocny wydźwięk i daje do myślenia. Przede wszystkim uświadamia, że konsekwencje nawet tych na pozór drobnych błędów czy złych czynów mogą ciągnąć się za nami całe życie. Mogą też prowadzić do kolejnych i w ten sposób rozkręcać spiralę zła. A jej zatrzymanie graniczy z cudem. W tej powieści znalazłam również wiele inspirujących cytatów. Czy warto ją przeczytać? Tego rodzaju książki każdy odbiera inaczej i ile osób, tyle opinii, więc warto przeczytać i samemu ocenić.
Moja ocena: 6/10

Louise Candlish, Na progu zła
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Muza
Data premiery: 15.04.2020

poniedziałek, 17 lutego 2020

Chaos jest poczatkiem nowego świata

W Warszawie nie ma wschodów i zachodów. Noc niezauważenie przechodzi w dzień, a dzień w noc, i raczej nikogo specjalnie to nie interesuje. Wszystko toczy się własnym, niezależnym rytmem – słońca po prostu nie ma, a zaraz potem jest, by wieczorem, ukryte za budynkami, z powrotem po cichu zniknąć.
Przed świętami, poszłam do biblioteki oddać książkę. Zastrzegłam sobie, że tylko ją oddam i żadnej innej nie wezmę, bo zapas na święta mam już wystarczający. Ale jak to mam w zwyczaju nie mogłam wyjść z biblioteki nie sprawdziwszy półki z nowościami. I tam zobaczyłam obiekt mojego pożądania  tak po prostu sobie leżała i mogłam ją dostać bez kolejki. Wtedy moje postanowienie o niewypożyczaniu większej ilości książek niż zdążę przeczytać po raz kolejny zostało złamane 😂
Maniek ma za sobą misję w Afganistanie. Ta historia ukazuje, że jest to jedno z doświadczeń, które pozostają w człowieku już na zawsze. Próbuje on na nowo odnaleźć się w świecie, który po powrocie z Afganistanu stał się dla niego zupełnie obcym światem. Swój świat próbuje też odnaleźć Zuza, jego sąsiadka. Usiłuje rozwikłać tajemnicę, która związana jest ze śmiercią jej matki, zaś jej bliscy uparcie milczą w tej kwestii. Zuza bierze więc sprawy w swoje ręce. Historia jest połączeniem opowiadań dwóch osób, tak różniących się od siebie. Może jednak znajdzie się coś, co będzie dla nich wspólne?
Mój ojciec, zwyczajny, normalny i w tej normalności wspaniały, każdy by chciał mieć takiego ojca, i matka, której udało się wyrwać z rodzinnego schematu, skończyć studia, wychować mnie, Milenę i trochę też ojca, wreszcie Milena, z jej spokojem, obojętnością i uporem, wszyscy oni stoją teraz obok mnie, i wszyscy razem ze mną trzymają palce na spuście.
Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, o czym jest ta książka, bo porusza wiele problemów. Na szczególną uwagę zasługuje styl opowiadania. Historia opowiedziana jest prosto, swobodnie bez zbędnych upiększeń, ale narrator niejednokrotnie potrafi rozbawić czytelnika, czy rzucić jakąś zaskakującą lub inspirującą myśl. Jednocześnie od książki trudno się oderwać, czyta się tak lekko, że można to zrobić za jednym podejściem. Zwykle unikam książek, które choć trochę poruszają tematykę wojenną. Jednak tutaj ten problem dotknięty był w dość przystępny i ciekawy dla mnie sposób.
Największym plusem było to, że w tej powieści właściwie ciężko dopatrzyć się jakiegokolwiek schematu. Cały czas niecierpliwie czekałam na rozwój wydarzeń, nie mając nawet przypuszczeń, czym autor w efekcie może mnie zaskoczyć. Bohaterowie są interesującymi postaciami, a ich historia przekazana jest tak naturalnie, bez żadnego patosu.
„Horyzont” to jedna z historii, które nie mają jasnego i oczywistego przekazu. Daje czytelnikowi dużą swobodę w odbiorze, przez to każdy może z niej wyciągnąć coś dla siebie. W moim odczuciu jest to przede wszystkim opowieść o człowieku i o tym, jak nierozerwalnie związany jest ze swoją przeszłością. Uzmysławia nam, że można zrobić krok do przodu tylko jeśli się ją zaakceptuje taką jaką jest, niezależnie od tego, jak ciężkie czy bolesne prawdy się w niej znajdują.
Jeśli macie ochotę na lekką powieść, która w wyjątkowy sposób porusza ważne tematy, skłania do zastanowienia, a przy okazji dobrze się ją czyta, to ta pozycja będzie odpowiednia. Do tej pory zastanawiały mnie wszystkie zachwyty nad tą książką i wystawiane wysokie oceny, gdziekolwiek bym nie spojrzała. Teraz już rozumiem.
Moja ocena: 6/10

Jakub Małecki, Horyzont
Ilość stron: 336
Wydawnictwo: SQN
Data premiery: 18 września 2019

piątek, 13 grudnia 2019

Grawitacja nie istnieje, to życie po prostu jest ciężkie

Przychodzi taki dzień, gdy do człowieka dociera, że dalsza tułaczka nie ma sensu. Że dokądkolwiek idziesz, zabierasz ze sobą siebie.
Gdy do kin weszła kontynuacja „Lśnienia" – „Doktor Sen", postawiłam sobie za cel najpierw nadrobić zaległości czytelnicze w tym temacie. „Lśnienie" było jedną z pierwszych pozycji Kinga, które zdecydowałam się przeczytać. Było to już dwa lata temu, a do tej pory pamiętam jak moją wyobraźnią zawładnął opis trupa kobiety wychodzącego z wanny. Trochę bałam potem wejść do łazienki. a jeszcze bardziej ciekawiło mnie czy kontynuacja będzie równie dobra, czy lepsza.
Hotelu Panorama nie ma już od trzydziestu lat, ale są rzeczy, których żadnej sile nie udało się zniszczyć. Choć siedlisko zła spłonęło, zło wciąż jest obecne i ma się dobrze. Dan walczy z uzależnieniem od alkoholu. Abra – dziewczynka o nadludzkich umiejętnościach, walczy ze swoim strachem. Razem łączą się, by walczyć z czymś niesamowicie potężnym. Prawdziwy Węzeł to zgromadzenie, które poszukuje dzieci takich jak Abra, „obdarowanych” jasnością, czyli pierwiastkiem, pozwalającym im na robienie różnych rzeczy niedostępnych dla zwykłych ludzi. Gdy już znajdą swoją ofiarę, jej losy na pewno nie skończą się szczęśliwie. Istoty z Prawdziwego Węzła żywią się nie tylko jasnością, ale też bólem. Czyni je to jeszcze potężniejszymi. Czy takich przeciwników w ogóle można pokonać, a przynajmniej unieszkodliwić?

        Jeśli nie ma żadnych trwałych następstw – jak zamknięcie się w sobie, izolowanie się, zachowania obsesyjne, moczenie łóżka – pewnie wszystko jest w porządku.
Ale czy to w porządku, że dziecko budzi się z wrzaskiem z koszmaru? Czy to w porządku, że zaraz potem na parterze rozlegają się głośne fortepianowe akordy? Że krany w łazience na końcu korytarza same się odkręcają? Że żarówka w lampce nad łóżkiem Abry strzela, kiedy ona lub David ją wyłącza?

Niechętnie przyznaję, że książka bardzo mnie rozczarowała. Po dobrej pierwszej części, wobec tej też miałam duże oczekiwania. A co dostałam? Poznajemy dalsze losy Dana, który za czasów „Lśnienia” był kilkulatkiem i doświadczył traumatycznych wydarzeń. Nie pozostało to bez śladu na jego psychice. Podobnie jak ojciec zmaga się z uzależnieniem alkoholowym. Ale nie ono jest najgorsze. Podobnie jak Abra ma jasność, która bardziej szkodzi niż pomaga. Widzi i słyszy rzeczy, których nie chciałby widzieć i słyszeć. Rzeczy, których nie powinien wiedzieć i które powodują ogromny niepokój. Za zasługą jasności poznaje Abrę, która jak się potem okazuje jest zagrożona – staje się najbardziej pożądanym celem Rose Kapelusz – przywódczyni Prawdziwego Węzła. I od tej pory zaczyna się prawdziwe polowanie. Śledzimy poczynania jednej i drugiej strony. Momentami opisy były naprawdę sugestywne i przejmujące, ale przez większą część lektury nie było takich emocji, jakich spodziewałabym się po Kingu.
Gdy tak się zastanawiam, co poszło nie tak, trudno mi to jednoznacznie ocenić. Brakowało mi w tej historii dynamiki. Owszem, sporo się dzieje, ale opisy są tak skrupulatne i miejscami naprawdę się wynudziłam, zanim trafiłam na ciekawszy fragment. „Doktor Sen” to jedna z wielu powieści Kinga, które podejmują motyw walki dobra ze złem. Tutaj jednak ta metafora nie uderzyła mnie jakoś szczególnie.
Dla tych, którzy czytali „Lśnienie" jest to na pewno lektura obowiązkowa. Mnie nie przypadła do gustu, ale może Wy odbierzecie ją zupełnie inaczej. Pozostaje mi liczyć, że film zrobi lepsze wrażenie. Widzieliście? Warto?
Moja ocena: 6/10

Stephen King, Doktor Sen
Cykl: Lśnienie, tom 2
Ilość stron: 656
Wydawnictwo: Prószyński i S–ka
Rok wydania: 2013

piątek, 8 listopada 2019

Nie wierz nic, w co do tej pory wierzyłeś...

– Chcesz wierzyć w to, co widzisz? a może w to, co słyszysz? A może w to, w co wierzyłeś do tej pory? (...). Nic nie rozumiesz. Tamtego świata, tego, który znasz i którym cały czas się posiłkujesz, już nie ma... Tu panują inne zasady – dodała.  – Jest tylko las. Las i tylko las. On jest wszystkim i on o wszystkim decyduje.
Gdy ta książka wpadła w moje ręce, długo się nie zastanawiałam. Widziałam, że jest to nagrodzona powieść grozy i byłam jej ciekawa. Dodatkowo zmotywowało mnie to, że teraz dużo pisze się o nowej, poprawionej wersji tej powieści, która swoją premierę będzie miała w listopadzie. Dlatego też chciałam zapoznać się z pierwszą wersją, która jest debiutancką powieścią tego autora.
Karolina i Tomek są parą. Studiują w Warszawie. Gdy do związku po trzech latach bycia razem, zaczyna wkradać się kryzys, postanawiają, że dobrze zrobi im wyjazd i oderwanie się od uczelnianej rzeczywistości. Wybierają się w malownicze okolice niedaleko Suwałk. Czy rzeczywiście będzie to wycieczka ich życia? Z pewnością. Nie, nie tylko dlatego, że okolica jest piękna, a wspólny wyjazd będzie okazją, by się do siebie zbliżyć. Zapamiętają ten wyjazd na długo także z innych powodów. Będą musieli zweryfikować wszystko, w co do tej pory wierzyli. Wszystko to stanie pod znakiem zapytania, gdy w lesie doświadczą czegoś... przerażającego.
Ale jedno przynajmniej wiedzieli na pewno – według mapki z tablicy Gałęziste było stamtąd praktycznie rzut beretem. Zanim dotarli do rozwidlenia dróg, z których jedna prowadziła lekko pod górkę, druga zaś – wzdłuż podnóża tego właśnie wzniesienia. Zgodnie z tym, co wskazywał szlak, wybrali tę pierwszą i z każdym kolejnym krokiem powoli ukazywała się im spora kolista i wolna od drzew przestrzeń.
Jezioro było tuż – tuż. 
Podobnie jak śmiertelne niebezpieczeństwo, o którego przerażającej bliskości żadne z nich nie miało najmniejszego pojęcia.
Czy to, w co wierzymy, jest słuszne? Czy może jest coś, o czego istnieniu nie mamy pojęcia? Czy nasze zmysły zawsze odbierają rzeczywistość taką, jaką jest? Karolina i Tomek z takimi pytaniami będą musieli się zmierzyć.
Styl, w jakim została utrzymana ta książka jest luźny. Autor dopuszcza kolokwializmy i przekleństwa w języku bohaterów. Zwykle razi mnie to w książkach, ale tutaj wyszło naturalnie. Młodzi ludzie, a zresztą nie tylko młodzi, nie zawsze wyrażają się ładnie, szczególnie gdy do głosu dojdą emocje. A emocji w tej historii nie brakowało. Każda dobra książka na swój sposób wciąga. W tym przypadku jak najbardziej słuszne wydaje się stwierdzenie – im dalej w las, tym więcej drzew 😁 Od samego akcja rozwija się dość szybko, ale z czasem jest coraz lepiej. Ta historia naprawdę niejednokrotnie niepokoi a nawet szokuje. I wtedy pojawia się dylemat z serii – chcę czytać i nie chcę czytać, bo momentami naprawdę bałam się tak, że mówiłam sobie dosyć. Jednak ciekawość wygrała. Napięcie rośnie aż do samego końca. Samo zakończenie nieco mi się dłużyło, ale finał był niesamowity! Na tym przykładzie przekonacie się dokładnie, co to są sprzeczne emocje. Poruszyło mnie bardzo i jeszcze długo potem nie mogłam się po nim pozbierać z dwóch powodów. Za wiele niestety nie mogę zdradzić.
„Gałęziste” to powieść dla tych, którzy lubią się bać, bo mocne wrażenia na pewno tam znajdziecie. Atutem książki jest też sam pomysł na fabułę – oryginalne motywy, z którymi w książkach się jeszcze nie spotkałam. Zdecydowanie polecam ją wszystkim, którzy lubią mroczne klimaty 😊
Moja ocena: 6/10

Artur Urbanowicz, Gałęziste
Ilość stron: 462
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2016 (wydanie pierwsze) 

piątek, 25 października 2019

Są rzeczy gorsze niż strach, bo strach to dopiero początek

Mam wrażenie, że zmieniam się w inną osobę. Próbuję odnaleźć prawdę, dogonić wspomnienia, które mogą okazać się druzgoczące. Nadal czuję, że to absurd: jak można nie pamiętać kilku dni życia?
Nadrabiam zaległości. Zaprzyjaźniłam się z książkami pani Magdy, więc postanowiłam przeczytać wszystkie, które do tej pory się ukazały.  Czytałam wiele entuzjastycznych recenzji, które mówiły, że książka „W pułapce” jest tą najlepszą. Czy rzeczywiście tak było?
Klara budzi się na klatce schodowej przed wejściem do swojego mieszkania. Nie spodziewała się, że tak skończy się impreza, z której wracała i wstyd jej z tego powodu. Jednak gdy włącza telefon, okazuje się, że impreza była w sobotę, a jest już wtorek. Bohaterkę ogarnia lęk i dziwne przeczucia. Jak można nie pamiętać dwóch dni z życia? Co mogło się z nią dziać przez tak długi czas? Zaczyna sobie przypominać pewne szczegóły, ale nie może znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. Kto może za tym wszystkim stać? Okazuje się, że nie tylko ją spotkało coś takiego. Rok wcześniej spotkało to inną kobietę. Czy spotkanie z nią pomoże rozwiązać zagadkę? A może przyniesie jeszcze więcej pytań i obaw...
     Często porównujemy się z innymi, od początku wiedząc, że to zgubne i zupełnie niepotrzebne. Nie ma uniwersalnego modelu szczęścia czy tragedii, więc po co nam te konfrontacje? Jednak w tym momencie opanowuje mnie taki rodzaj lęku, który nigdy wcześniej nie gościł w mojej głowie. W tej strasznej i dziwnej historii nie chcę być wyjątkiem, elementem niepasującym do reszty kompletu.
Akcja jest podzielona na trzy tory. Najpierw poznajemy Klarę, główną bohaterkę. Potem przeskakujemy rok wcześniej odwiedzamy Berlin, gdzie mieszka Lisa i przyglądamy się temu, co może spotkać też Klarę. Próbujemy rozwiązać jej zagadkę, wnioskując co się przydarzyło Lisie. Jest jeszcze trzecia bohaterka, której imienia długo nie znamy, a to, co się z nią dzieje, może mieć decydujący wpływ na dalsze losy bohaterek, dlatego z niepokojem śledzimy rozwój akcji.
Dwie kobiety. Żadna z nich nie może się odnaleźć, po tym, czego doświadczyły. Dwa dni wyjęte z życia wciąż pozostają zagadką. I powodują, że strach i obawy o przyszłość towarzyszą im na każdym kroku. Bo co jeśli sytuacja się powtórzy? Co jeśli tym razem skończy się to gorzej, a tajemniczy sprawca ich nie oszczędzi? Napięcie w tej książce było odczuwalne i z każdą przeczytaną stroną rośnie, by przynieść nam zakończenie, które naprawdę szokuje. Czy to będzie historia, którą niedługo po przeczytaniu zapomnę? Na pewno nie. Ta historia ma uniwersalną wymowę i niesie też dla nas pewne ostrzeżenie. To, co przydarzyło się bohaterkom, może spotkać każdą z nas. I już zawsze jedząc brzoskwinie będę przypominać sobie o tym, co spotkało Klarę… Ale nie mogę zdradzić dlaczego 😊
Co do samych bohaterek, to nie do końca mnie przekonały. U Klary zaciekawił mnie wątek trudnego dzieciństwa i problemów z ojcem, ale nie był on w moim odczuciu dostatecznie rozwinięty. Trochę przeszkadzało mi też, że dwie historie są do siebie bardzo podobne i można się pogubić, gdy nie czyta się uważnie.
Czytałam wiele pozytywnych opinii o tej książce, ale nie do końca je podzielam. Muszę powiedzieć, że inne thrillery pani Magdy bardziej przypadły mi do gustu. W tę historię trudniej było mi się wczuć i wciągnąć. Nie zmienia to jednak faktu, że książka jest bardzo ciekawa, dobrze napisana, a przede wszystkim nieprzewidywalna i trzymająca w napięciu do samego końca. Dla miłośników thrillerów psychologicznych jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa.
Moja ocena 6/10

Magda Stachula, W pułapce
Ilość stron: 298
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018

piątek, 18 października 2019

Co słychać w Instytucie?

Jest otchłań, rozumiecie? Czasami mi się śni. Biegnie bez końca w głąb i jest pełna rzeczy, których nie wiem. Nie mam pojęcia jak otchłań może być pełna, przecież to oksymoron, ale ona taka jest. Sprawia, że czuję się mały i głupi. Ale nad nią biegnie most i chcę po nim przejrzeć. Chcę stanąć pośrodku i podnieść wysoko ręce... (...) a wtedy te wszystkie rzeczy w ciemności wypłyną do góry. Ja to wiem!
Gdy tylko usłyszałam, że King szykuje dla nas nową premierę, już wiedziałam, że chcę to przeczytać. I wcale nie dlatego, że jestem jego fanką – niektóre książki tego autora bardzo mi się podobały, a inne mniej. Opis mnie zachęcił, bo wiele obiecywał. Ale czy rzeczywiście „Instytut" zaliczyłabym do najlepszych książek Mistrza?
Luke Ellis ma jedenaście lat i uczy się w szkole dla wyjątkowych dzieci. Jest niezwykle uzdolniony – opanował już materiał szkoły średniej i planuje rozpocząć naukę na dwóch uczelniach. Ale wcale nie dlatego zainteresowali się nim ludzie z Instytutu. Od czasu do czasu, gdy towarzyszą mu silne emocje, udaje mu się poruszać niewielkie przedmioty w swoim otoczeniu. I dlatego zostaje porwany. Okazuje się, że takich dzieci jak on jest w Instytucie więcej. Każde z nich, podobnie jak Luke ma moce parapsychiczne, które Instytut ma za zadanie rozwinąć. Dzieci razem stanowią siłę, która niewłaściwie użyta, może ten świat doprowadzić do zguby... Stosowane w tym miejscu metody badawcze nie mają jednak nic wspólnego z dobrem dzieci.
„(...) jeśli naprawdę uda ci się uciec, jeśli nie złapią cię w lesie ani w Dennison River Bend i znajdziesz kogoś, kto ci uwierzy... jeśli pokonasz te wszystkie znaki zapytania, może uda ci się wyciągnąć na światło dzienne wszystko, co się działo tutaj przez pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat. Zwalisz im to wszystko na głowy. (...).
A to może oznaczać koniec świata.”
Początek do złudzenia przypomina serial Stranger Things, bo niektóre motywy się powtarzają. Telekineza, wyjątkowe moce, dziecięcy bohaterowie i eksperymenty rządowe – już wcześniej to znałam. dlatego też na początku książka mnie nudziła, tak mniej więcej do połowy niewiele się działo. Owszem, świat wykreowany przez Kinga bardzo się różni od tych serialowych, ale jednak podobieństwo jest zauważalne. Czytałam jednak w nadziei, że jest to wprowadzenie do czegoś niesamowitego.
Książki Mistrza mają to do siebie, że albo trafiają prosto w serce, albo zupełnie się nie podobają. Co do tej jednak mam mieszane uczucia. Pierwsza połowa mi się dłużyła. Opisy męczyły, choć z drugiej strony opisanie takiej ilości bohaterów musiała być niezłym wyzwaniem, a tutaj wypadło to całkiem dobrze. Drugą połowę już lepiej mi się czytało, a pod koniec autor szykuje dla nas naprawdę mocne wrażenia. Co tam się działo! Pamiętam, że w napięciu czytałam te ostatnie 150 stron podczas czterogodzinnej podróży autobusem. Można by to porównać do dobrego kina akcji. Szanuję autora za to, że potrafi tak działać na wyobraźnię, że książka przemawia do nas lepiej niż jakikolwiek film. Zastanawiam się też jak to możliwe, że autor umie tak manipulować czytelnikiem. Wśród tych wszystkich dramatycznych scen w finale, niejednokrotnie natrafiałam na momenty, gdzie może się zdarzyć niekontrolowany wybuch śmiechu. Pasażerowie podróżujący ze mną mieli zatem niezły ubaw 😁
Ta lektura nie należy do lekkich. Styl jest dosyć wymagający i bogaty w opisy. Akcja na początku może się dłużyć. Mimo wszystko to, co autor robi z nami pod koniec, jest wystarczającym powodem, by sięgnąć po tę książkę. w moim odczuciu nie jest to najlepsza książka autora spośród tych, które czytałam, ale mimo wszystko jestem zadowolona, że mogłam ją przeczytać. Było warto. „Instytut” to kolejna niepokojąca wizja świata, w którym dobro nie zawsze zwycięża. Tylko tym razem z udziałem dzieci… Jesteście gotowi?
           Moja ocena: 6/10


Stephen King, Instytut
Ilość stron: 670
Wydawnictwo: Albatros
Data premiery: 11.09.2019

czwartek, 26 września 2019

Historia miłosna, która zmrozi krew w żyłach

Odrazą napawało go pojęcie normalności propagowane przez wieczorne seriale telewizyjne. Nie potrafiłby się w nie wpasować. Rzeczywistość nie idzie na ustępstwa. A kiedy wreszcie nabrał pewności siebie, w jego życiu pojawiła się Clarice i wniosła w to życie trochę sensu – albo inaczej: zniszczyła sens, który sam sobie stworzył.
Gdy w moje ręce trafiła „Dziewczyna w walizce”, długo się nie zastanawiałam. Elektryzujące tempo, szokujące zwroty akcji i niespodzianki, niektóre przeznaczone dla ludzi o mocnych nerwach – tak obiecująco zapowiadały lekturę opisy na okładce. Raphael Montes to utalentowany brazylijski pisarz, a „Dziewczyna w walizce”, jego druga powieść na prośbę matki miała być historią miłosną. Trzeba przyznać, że jest to bardzo nietypowa historia miłosna…
Theo nie do końca rozumie wzorce postępowania, które obowiązują wśród ludzi. Zawsze czuł się wyobcowany, inny. Studiuje medycynę, a za swoją najlepszą przyjaciółkę uważa Gertrudę, która jest... ciałem zmarłej, na której studenci przeprowadzają praktyki. Kiedy na przyjęciu spotyka Clarice, która zaskakuje go swoim niefrasobliwym podejściem do życia, pustkę w jego życiu zaczynają wypełniać myśli o niej. Gdy jednak dziewczyna nie okazuje mu dostatecznego zainteresowania, postanawia nakłonić ją do zmiany zdania. Nawet za wszelką cenę. Do czego może być zdolny i jak się skończy ta historia?
Przystawiła sobie rewolwer do głowy i oparła się o ścianę, aby się nie wywrócić. Bardzo się trzęsła. Pistolet ciążył jej w dłoni, zupełnie jakby zaskoczyła ją jego masywność. Spoglądała na Tea z diabolicznym wyrazem twarzy, a on odpowiedział spojrzeniem pełnym niezrozumienia i żalu. Bez namysłu pociągnęła za spust.
Lubię książki, w których postaci bohaterów są przekonująco wykreowane. Gdy mogę przeżywać historię razem z nimi i z ciekawością obserwować ich kolejne kroki. Tutaj zdecydowanie czegoś mi zabrakło. Styl był dość oszczędny i opisy niezbyt rozbudowane. Samych bohaterów ani nie polubiłam ani nie znienawidziłam, tacy przeciętni. Theo zachowuje się dziwnie, czym niejednokrotnie wywoływał moją dezaprobatę, ale o to w tej powieści chodziło. Poznajemy sylwetkę młodego człowieka, którego czyny trudno przewidzieć i który, co śmiało można stwierdzić z każdą kolejną kartą powieści staje się coraz bardziej niebezpieczny dla otoczenia.
Tę historię traktowałam trochę z przymrużeniem oka. Opisane tam wydarzenia wydają się tak nieprawdopodobne, że trudno mi uwierzyć, by mogły wydarzyć się naprawdę. Niemniej jednak sam pomysł na fabułę jest bardzo oryginalny – tego nie można autorowi odmówić. Jest w niej kilka mocnych scen, które zmrożą Wam krew w żyłach. Historia szokuje, daje do myślenia i zapamiętuje się ją na długo. Po jej przeczytaniu, jeszcze długo siedziała mi w głowie i zastanawiałam się, czy w efekcie skończyła się dobrze, czy źle. I co by było gdyby wydarzenie przybrały taki, a nie inny obrót. Czym tak naprawdę jest miłość? Czy można zawładnąć człowiekiem tak, by zmusić go do miłości? Czy przeznaczeniu trzeba pomagać? I jak daleko jesteśmy skłonni się posunąć, gdy coś układa się nie po naszej myśli? Na te wszystkie pytania będziecie mieli okazję poszukać odpowiedzi podczas tej lektury.
Z tej historii płynie też dla nas pewna przestroga. Należy uważać na ludzi, których spotykamy na naszej drodze. Nawet przypadkowa znajomość może mieć nieprzyjemne, czy nawet tragiczne w skutkach konsekwencje.
Choć mam co do tej książki mieszane uczucia, to uważam, że warto się z nią zapoznać. Oprócz tego, że zmusza do myślenia i długo zostaje w pamięci, to czyta się ją przyjemnie i szybko. Polecam, jeśli macie ochotę na coś innego, co Was zaskoczy i zupełnie namiesza w głowach.  
Moja ocena: 6/10

Raphael Montes, Dziewczyna w walizce 
Ilość stron: 356 
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2016

wtorek, 20 sierpnia 2019

Mieć serce w dwóch światach...

Cisza w słuchawce otworzyła się między nami niczym otchłań bez dna. Wiedziałam, że nie jestem w stanie wygrać. Jeśli spróbuję go ostrzec, co się dzieje, wyjdę na zazdrosną harpię. Jeśli tego nie zrobię, on będzie dalej, niczego nie podejrzewając, zmierzał prosto w jej sidła. Aż pewnego dnia zda sobie sprawę, że tęskni za nią równie mocno jak dawniej za mną.
O tej autorce i jej powieściach słyszałam już tyle słów zachwytu, że nie mogłam po nią nie sięgnąć. Postanowiłam przekonać się, co takiego mają w sobie książki Jojo Moyes, że podbijają serca tyłu czytelniczek. Traf chciał, że sięgnęłam akurat po trzecią część serii o Lou, nie znając dwóch poprzednich, ale pomyślałam, jeśli mi się spodoba, przeczytam całość.
Luisa Clark decyduje się wyjechać do Nowego Jorku, którego odwiedzenie od dawna było jej marzeniem. Podejmuje tam pracę jako asystentka w domu nowojorskich bogaczy. Miasto wydaje się tak inne od Londynu, w którym mieszkała, a jednocześnie fascynujące. Lou szybko odnajduje się w tym nowym wspaniałym świecie. Brakuje tam jedynie jej chłopaka Sama, który nie mógł z nią wyjechać. Jak ten wyjazd odbije się na jej związku? Czy miliony kilometrów, które dzielą ludzi zawsze oddalają ich od siebie? Gdy pewnego dnia Lou spotyka mężczyznę tak bardzo przypomina Willa, którego kiedyś kochała, a Sam zaczyna spędzać coraz więcej czasu z koleżanką z pracy, ich związek staje pod dużym znakiem zapytania.
Przyznam, że mam co do tej książki mieszane uczucia. Przez pierwsze pięćdziesiąt stron miałam ochotę rzucić tę książkę i walczyłam ze sobą, żeby czytać dalej. Było dużo opisów. Miejsc, nowych bohaterów, których poznajemy niemało. Rozpoczynając tę lekturę zupełnie niewtajemniczona, kim jest słynna Louisa Clark znana i lubiana z poprzednich części, i jakie przygody przeżyła w poprzednich częściach serii, potrzebowałam więcej czasu, by się wciągnąć w lekturę. Gdy już mi się to udało, cieszyłam się, że przebrnęłam przez ten ciężki początek.
W końcu udało mi się zrozumieć dlaczego główna bohaterka jest tak lubiana przez czytelniczki. Sama polubiłam Lou za jej podejście do życia. Jest odrobinę ekscentryczna, co lubi okazywać swoim ubiorem. Ma duże poczucie humoru oraz skłonność do wplątywania się w dziwne sytuacje, ale choćby cały świat jej się walił, to i tak zawsze znajduje jakieś wyjście. Jak poradzi sobie tym razem?
Myślałam o tym, jak bardzo kształtują nas ludzie, którzy nas otaczają, i jak z tego powodu bardzo trzeba uważać, wybierając ich, a potem przyszło mi do głowy, że mimo wszystko może się okazać, że trzeba ich utracić, żeby tak naprawdę odnaleźć siebie.
Książka w dość ciekawy sposób porusza wiele problemów, z którymi spotykamy się na co dzień. Lou zaskakuje nas różnymi przemyśleniami, w których odnajdujemy wiele mądrości życiowych. Styl autorki polubiłam za to, że czyta się ją przyjemnie, a w ciągu kilku stron potrafi wywołać w czytelniku szereg skrajnych emocji. Historia zaskakuje, w jednym momencie płaczemy, żeby niedługo potem śmiać się bez opanowania. A niektóre sceny sprawiają, że można śmiać się i płakać jednocześnie.
Książka zdecydowanie jest warta polecenia. Choć nie znajdziemy tu mrocznych tajemnic czy trzymającej w napięciu akcji, którą jako fanka thrillerów lubię najbardziej, to ta książka będzie świetną rozrywką, jeśli szukacie czegoś lekkiego, fajnego, dobrze napisanego, a jednocześnie mądrego i z przekazem oraz z bohaterami tak pełnymi życia, że ma się wrażenie, że istnieją naprawdę. Na letnie popołudnia ta książka sprawdzi się w sam raz 😊
Moja ocena 6/10

Jojo Moyes, Moje serce w dwóch światach
Ilość stron: 506
Wydawnictwo: Między Słowami
Rok wydania: 2018

piątek, 9 sierpnia 2019

Co może być zapisane w wodzie?

Zawsze cię to ciekawiło. Kiedy byłaś młodsza, fascynował cię sam fizyczny akt, jego trzewia, sama kwintesencja. Ciągle pytałaś: czy to boli? Długo boli? Uderzyć w wodę z takiej wysokości, ciekawe, jakie to uczucie? Poczułabyś, że pęka ci kręgosłup? Dużo mniej myślałaś o reszcie, o tym, ile odwagi trzeba, żeby wejść na szczyt skały czy stanąć na brzegu i nie zatrzymać się, zrobić jeszcze ten jeden krok.
Do tej książki byłam bardzo sceptycznie nastawiona. „Dziewczyny z pociągu" nie czytałam, bo słyszałam o niej dużo negatywnych opinii, ale gdy trafiłam na drugą książkę Pauli Hawkins postanowiłam dać jej szansę. Czy to podejście było udane?
Historia osnuta jest wokół zdarzeń, które rozegrały się w pewnym miejscu nas rzeką umownie przez mieszkańców nazwanym Topieliskiem. Widziało ono już śmierć kilku kobiet, a teraz zostaje znalezione kolejne ciało. Nel Abbot nie żyje, skoczyła – rozeszła się wieść po okolicy. Ile z tych śmierci było samobójstwami i co je łączy? Czy aby na pewno Nel Abbot skoczyła? Co ją do tego popchnęło i dlaczego miałaby zostawiać piętnastoletnią córkę? Powoli odrywając zagadkowe okoliczności towarzyszące śmierci kobiet, zaczynamy też odkrywać zagadki, jakie może skrywać ludzka psychika. Zauważamy też tajemnice z przeszłości bohaterów, które odkryte mogą zniszczyć życie. Ta książka również dobrze obrazuje, jak ciężko jest czasami zrozumieć drugą osobę, a także jak przez brak dialogu i zwykle nieporozumienia można chować urazę latami, aż będzie za późno by cokolwiek zrobić.
Ale czy to, co zrobił, było aż takie straszne? Gdyby rzeczywiście był potworem, zimnym, okrutnym i pozbawionym uczuć, zwodziłby ją dalej, dla pozoru. Przecież leżałoby to w jego interesie. Nie, nie był złym człowiekiem. Po prostu jeśli już kochał, to kochał bez reszty, ale co w tym złego?
Historia opowiadana jest z perspektywy kilku różnych bohaterów, ale mimo tego, co o niej czytałam – niektórym to bardzo przeszkadzało i twierdzili, że gubią się w tej historii – mi nie sprawiło to większych problemów. Wymaga tylko nieco skupienia. Wątkiem, który łączy te wszystkie punkty widzenia jest miejsce zwane Topieliskiem.
Po przeczytaniu pierwszych kilku stron miałam wrażenie, że ta książka ma ciężki styl i będzie wymagająca. Skrupulatne opisy, ich nagromadzenie zapowiadało, że nie będzie to książka, przez które można szybko przebrnąć. Szybko jednak zmieniłam zdanie. Taki sposób narracji nie pozwalał się oderwać od książki. Ma się poczucie, że za chwilę coś nieoczekiwanego się wydarzy. Bohaterów otacza jakaś tajemnicza aura. Takie wrażenie miałam do dwóch trzecich objętości książki. Potem, gdy większość wątków się wyjaśniła, zrobiło się nudno i zastanawiałam się, dokąd ta akcja dalej zmierza. Czytałam tylko dlatego, że nie lubię zostawiać niedokończonych książek i miałam wrażenie, że nic ciekawego się już nie wydarzy. Muszę przyznać, że nie miałam racji – warto było doczytać do końca.
Gdy sprawdzałam opinie o książce na lubimy czytać i jedna z pierwszych, na którą się natknęłam brzmiała „O Boże, jakie to było złe", a kolejne wcale nie były lepsze, pomyślałam sobie, że może nie był to najlepszy wybór i nie będę mieć co do tej książki zbyt dużych oczekiwań. Skoro ma takie oceny, to muszą być ku temu powody. Jest to typowy thriller psychologiczny. Nie przypadnie do gustu czytelnikom, którzy od książki oczekują dynamicznej akcji i ciągłego napięcia. Za to poznajemy tutaj mroczną historię, pełną zagadek– również tych, które skrywa ją umysły bohaterów  – i krok po kroku, sukcesywnie odkrywamy prawdę.
Wśród innych thrillerów tę pozycję wyróżnia staranny język, bardzo mroczny nastrój oraz odpowiadające mu opisy i ciągły niepokój, który nawet na chwilę Was nie opuści 😊
To historia opowiedziana została w tak pokręcony sposób, że do samego końca nie można być niczego pewnym. Cały czas podejrzewane przeze mnie okoliczności śmierci bohaterek ulegały zmianie. Historia sama w sobie nie robi piorunującego wrażenia, można by nawet uznać ją za przeciętną, taką której nie pamięta się zbyt długo. Na uwagę zasługuje natomiast sposób w jaki została opowiedziana i myślę, że dlatego warto się pokusić o jej przeczytanie. Jeśli ktoś lubi typowe thrillery psychologiczne i pasjonuje go złożoność ludzkiej psychiki, będzie zadowolony z tej lektury.
Moja ocena: 6/10

Paula Hawkins, Zapisane w wodzie
Ilość stron: 364
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2017

wtorek, 30 kwietnia 2019

Co zapoczątkowało koszmar? - Leonidy. Spektrum. Recenzja

Leonidy. Spektrum
Seria: Spektrum, tom I
Autor: Nanna Foss
Rok wydania:2016
Ilość stron: 540


Tej książki nie sposób nie zauważyć na półce. Intensywnie fioletowa okładka z trójkątnym pryzmatem tak przemówiła do mojej czytelniczej ciekawości, że sięgnęłam po nią, nie czytając nawet recenzji. Opis na okładce mnie zaciekawił już po pierwszych zdaniach, więc długo się nie musiałam zastanawiać. Mówią, że nie należy oceniać książki po okładce, ale w tym przypadku okładka naprawdę ma znaczenie. Tym bardziej, że jest w moim ulubionym kolorze.
Czego się po niej spodziewałam? Właściwie to nie do końca wiedziałam, czego mam oczekiwać, bo sam opis mówił nie wiele, a tylko intrygował, pozostawiając czytelnika w niepewności. Jesteście ciekawi, jaką zagadkę kryje ta książka?
Nanna Foss to duńska autorka, której debiutancka powieść została entuzjastycznie przyjęta w wielu krajach. "Leonidy" to pierwszy z dwóch tomów serii Spektrum. Drugi – "Geminidy", jeszcze przede mną. Trzeci zaś, z tego, co udało mi się wyszukać, nie jest jeszcze dostępny w języku polskim.
Po przeczytaniu początku stwierdziłam, że jest to zdecydowanie powieść dla cierpliwych, o czym świadczą nie tylko jej rozmiary, ale przede wszystkim tempo akcji. Akcja bowiem rozwija się powoli i stopniowo, dlatego nie polecę jej osobom, które już od samego początku spodziewają się mocnych wrażeń. Nie zniechęciło mnie to jednak i wytrwałam do końca, więc mogę powiedzieć, że było warto.
Być może istnieje granica, ile cierpienia tych, których kochamy, można zabsorbować, nie rozpadając się.
Bohaterowie to szóstka nastolatków. Emilia – główna bohaterka ma piętnaście lat, jest nieco niezdarna i nieśmiała, ładnie rysuje. i to prawie wszystko, czego się o niej dowiadujemy.  Mimo swojego dość młodego wieku, bohaterowie nie są jednak tak dziecinni jak się spodziewałam. Choć trochę się zawiodłam, bo nie są opisani tak przekonująco, bym mogła ich polubić.
Język autorki jest dość prosty, nie ma w książce bardzo rozbudowanych opisów, czasami raził mnie potoczny język, ale myślę, że nie dało się go uniknąć – w końcu książka jest o nastolatkach. Mimo tego, czyta się nawet przyjemnie i szybko.
To, co mnie pozytywnie zaskoczyło i zachęciło do sięgnięcia po drugą część, to oryginalna fabuła. W żadnej przeczytanej przeze mnie książce jeszcze coś takiego się nie powtórzyło. Nie chcę zbyt dużo zdradzać, bo zagadka powinna zostać zagadką. Powiem tylko, że bohaterowie z czasem dowiadują się o swoich nietypowych umiejętnościach, o które by się nigdy nie podejrzewali. Szkolne problemy, które do tej pory miały najwyższą rangę, przestają mieć znaczenie w obliczu tego, co może ich czekać. Nie jeden raz będą się obawiać o własne życie i uciekać przed niebezpieczeństwami. Wspólnie z nimi zastanowicie się nad tym, gdzie są granice między snem a rzeczywistością. Czy to sen, który miała Emilia zapoczątkował całą serię zdarzeń i spowodował, że są w śmiertelnym niebezpieczeństwie? A może staruszka oskarżająca ją o spowodowanie końca świata miała w tym swój udział? Zastanowicie się też, gdzie leżą granice między przeszłością, teraźniejszością a przyszłością. Ale co dokładnie odkryją bohaterowie i jakim problemom będą musieli stawić czoła, to już dowiecie się czytając tę niezwykłą powieść 😊
Na wiele pytań nurtujących mnie przez cały czas czytania tej książki poznałam odpowiedzi dopiero pod sam koniec. W ostatnich rozdziałach zarówno dosłownie jak i w przenośni byłam świadkiem niezłej zadymy. Zaś drugie tyle pytań pozostało jeszcze nierozstrzygniętych, co zmusza mnie do sięgnięcia po drugi tom cyklu jak najszybciej.
Mimo tego, tego, że postaci bohaterów mnie nie zachwyciły i w zdecydowanej większości książki tempo akcji było dość wolne, to jednak uważam, że jest godna polecenia ze względu na swoją oryginalną fabułę. Autorka bowiem swoją pierwszą powieścią wprowadza nas w świat fantastyki, jakiego dotąd jeszcze nie znaliśmy. Pierwsza część mnie zaintrygowała i z chęcią sięgnę po kontynuację.
Moja ocena: 6/10