Człowiek przeżywa wszystko po raz pierwszy i bez przygotowania. To tak, jakby aktor grał przedstawienie bez żadnej próby. Cóż może być warte życie, jeśli pierwsza próba już jest życiem ostatecznym? Dlatego życie zawsze przypomina szkic. Ale nawet szkic nie jest właściwym określeniem, bo szkic to zawsze zarys czegoś, przygotowanie do obrazu, gdy tymczasem szkic, jakim jest nasze życie, to szkic bez obrazu, szkic do czegoś, czego nie będzie.
Kiedy miesiąc maj nadchodzi, kupuj bilet do Olsztyna -
śpiewał wokalista zespołu Enej. Autobusy już zapchane, wszyscy jadą do Kortowa.
Biletu niestety nie kupię, bo z powodu epidemii część połączeń autobusowych
pozawieszano. Okazało się jednak, że juwenalia i tak się odbędą. Jak to
możliwe przy zakazie imprez masowych? W tym roku mieliśmy Kortowiadę online.
Choć w niczym to nie zastąpiło imprezy w formie
tradycyjnej, to tradycji stało się zadość nawet w tych ciężkich czasach,
gdy organizowanie imprez masowych jest zakazane. Klucze do bram miasta, jak co roku,
zostały przekazane na ręce studentów przez rektora. Nie podczas parady ulicami
Olsztyna, jak to zawsze miało miejsce, ale wszystko zgodnie z zaleceniami
i w maseczkach. Zobaczyliśmy też wspomnienia z parady z poprzednich
lat.
Pierwszego dnia zagrał nam Dj Omen, który choć trochę dał
nam poczuć klimat „grubej imprezy” jak to określił. Zachęcał, by pogłośnić
muzykę i poznać swoich sąsiadów. Drugiego dnia zagrał dla nas duet Karaś
/Rogucki. Usłyszeliśmy kilka kawałków z ich najnowszej płyty „Ostatni
bastion romantyzmu”, która swoją premierę miała w walentynki tego roku. Choć
album powstał jeszcze przed wybuchem pandemii, klimat tych utworów idealnie współgra
z obecną sytuacją jaka panuje na świecie, a ich odbiór teraz ma zupełnie nowy
wymiar. Miłość jest lekarstwem na wszelkie zarazy, na niebezpieczeństwa, na zepsucie
tego świata – chcą nam przekazać artyści. A bliskie relacje mogą pomóc na
wszystko.
Spotkaliśmy się wirtualnie z kilkoma wokalistami
i prezenterami, którzy byli obecni na minionych edycjach Kortowiady, żeby
powspominać. Usłyszeliśmy kilka ciekawostek. Zobaczyliśmy pustą Górkę i plażę
Kortowską. Serce pęka, gdy patrzy się na te miejsca, które o tej porze co
roku tętnią życiem, teraz zupełnie puste. Choć nie pod sceną, a tylko przed
ekranami, wszyscy się połączyliśmy, żeby wspólnie uczestniczyć w tej „grubej
imprezie”. Niektórzy w swoich pokojach w akademikach, inni w domach
w różnych miejscach Polski.
Oczywiście nie mogło też zabraknąć zespołu Enej. Tym razem
usłyszeliśmy ich nie z Górki Kortowskiej, ale z Biblioteki
Uniwersyteckiej. Wybrzmiał hymn Kortowiady, by tradycji stało się zadość. Usłyszeliśmy
też kilka innych kawałków.
A może to ostatni raz
Może to ostatnie promienie słońca
Będziemy walczyć do końca
Jakoś inaczej zabrzmiały te słowa tego wieczoru. Ale mam
nadzieję, ze to nie ostatni raz. Że za rok będziemy mogli spotkać się w jedynym
słusznym miejscu, czyli na górce. I że jak co roku spadnie deszcz, którego
teraz podobno zabrakło, a Kortowo za rok o tej porze znowu będzie tętnić
życiem. Niesamowite jest to, że wszyscy potrafimy się zjednoczyć w tych
trudnych czasach.
Dziwnych, kochani, doczekaliśmy czasów O których nie śniło się naszym filozofom Dziś przed człowiekiem ucieka człowiek Wychodzimy z domu tylko wkładając maski Ktoś spyta: zatem co się zmieniło? Przecież to wszystko brzmi tak znajomo
Tylko ty czujesz się w tym inny, jakby obcy Bo kim tak naprawdę jesteś? Czy siedząc i rozmyślając w kąciku Udało ci się poznać odpowiedź? Czego pragnie serce i za czym tak tęsknisz? Za spotkaniami? Za wyjściem z domu? Ogniskiem nad jeziorem? Podróżą pociągiem? Za tym wszystkim, co miałeś na co dzień Czy może za czymś zupełnie innym Czymś, czego nigdy nie zdołasz odkryć...
Cokolwiek by to nie było Musi poczekać na lepszy moment Dziś tylko siedzisz cichutko w kąciku I od czasu do czasu uśmiechasz się
Do telefonu
Wiersz już trochę stracił na aktualności, bo kwarantanna w takim stopniu jak wcześniej już nie obowiązuje, ale posłużył mi do zastanowienia się, czym naprawdę jest szczęście. Trafiłam ostatnio na pewne stwierdzenie, które bardzo dało mi do myślenia. Szczęście to czas. Tyle razy zadajemy sobie pytanie czym jest szczęście i jak je znaleźć. Jedni z nas czują się bardziej szczęśliwi, inni mniej, zaś jeszcze inni wcale. Jednak do tej pory nikt nie zdołał dokładnie określić, czym to szczęście jest.
Często próbujemy odłożyć szczęście na później. Stawiamy warunki. Będę szczęśliwy/szczęśliwa, ale najpierw muszę kupić nowy samochód, mieć dobrze płatną pracę, zarobić mnóstwo pieniędzy, a najlepiej wygrać w totolotka. Jeszcze gdzieś na tej liście, wyżej lub niżej jest zalezienie drugiej połówki, czy innego rodzaju satysfakcjonujących relacji, co jest jeszcze trudniejsze, bo wymaga więcej czasu i zaangażowania niż samo zdobywanie dóbr materialnych. Czy któryś z tych elementów można uznać za miarę szczęścia?
Tyle celów do zrealizowania, więc jak mogę być szczęśliwy/szczęśliwa teraz? Dzisiaj? Nie, to nie do osiągnięcia. Tymczasem szczęście to czas. Każdy miesiąc, doba i godzina, które dostajemy mają nam to umożliwić. Można siedzieć z założonymi rękami i czekać nie robiąc nic. Znaleźć powody mówiące, że nie warto. Że jest beznadziejnie. Że nigdy się nie uda. Można też każdy dzień, każde dwadzieścia cztery godziny, które dostajemy wykorzystać i znaleźć w nim choć odrobinę szczęścia. Póki mamy jeszcze czas, wszystko da się zrobić. To kwestia naszego wyboru.
Przykładem, który najbardziej do mnie przemawia, jest obecna sytuacja w kraju i na świecie. Można stawiać poprzeczkę wysoko, robić plany. A co, jeśli z dnia na dzień tego wszystkiego zabraknie? Gdy z dnia na dzień pod znakiem zapytania stanie nie tylko nasza kariera zawodowa, naukowa, ale nawet zdrowie czy życie? Co jeśli nagle wszystkie plany stracą na znaczeniu?Gdzie wtedy szukać szczęścia? Jak tę odrobinę szczęścia znaleźć? Szczególnie w tym ciężkim czasie, gdy spotykają nas różne niedogodności? W dużej mierze szczęście zależy od tego, jak go szukamy. Powodów jest wiele, gdy zaczniemy dostrzegać nawet te najdrobniejsze. Cokolwiek, co pozwala się uśmiechnąć. Nie muszą to być dokonania na wielką skalę. A może, gdy jest nam ciężko, obok jest ktoś, kto potrzebuje pomocy? Szczęście to czas, wykorzystajmy go dobrze.
Są znaki... apokalipsy. Widzisz tych ludzi? Wyglądają jak opętani. Nie spali od dwóch tygodni. Żywią się tylko wiedzą. Jest taki zabawny filmik utrzymany w klimacie zwiastuna horroru mówiący o sesji na studiach. Jak dobrze te słowa pasują do obecnej rzeczywistości – Są znaki... apokalipsy. Widzisz tych ludzi? Wyglądają jak opętani. Biegają po domu niczym ninja, żeby nie przegapić wykładu online. Żywią się tylko wiedzą. Jedzą wyłącznie przed laptopami. Minął przeszło miesiąc, odkąd zamknięto uczelnie. Czy są już znaki apokalipsy? Przyjrzyjmy się bliżej tym niepokojącym realiom studenckiej rzeczywistości.
Można by pomyśleć, że zajęcia zdalne pozwalają lepiej zagospodarować czas, bo nie ma sprawdzania obecności w tradycyjnej formie i sami wybieramy do którego przedmiotu trzeba się przyłożyć, a który jest tylko zapychaczem planu. No i nie trzeba przeznaczać czasu na przemieszczanie się z punktu a do punktu B, czyli jednym słowem dojazdy, bo teraz centrum wszystkich zajęć jest nasz komputer. Czy jednak czasu faktycznie jest więcej? Jeśli dobrze się rozplanuje zadania do wykonania, to tak, ale taka forma nauczania często prowadzi do wielu zabawnych czy absurdalnych sytuacji.
Sam fakt sprawdzania listy obecności na zajęciach trochę mnie bawi. Bo jak można być obecnym na zajęciach, skoro uczelnia jest zamknięta? A system to tylko system, serwer często się zawiesza i nawet, gdy się zaznaczy „obecność”, może zostać nieuwzględniona.
Dopiero teraz doceniamy jakim komfortem była możliwość pójścia na zajęcia i posłuchania wykładu w spokoju. W domu, gdy oczy bolą od ciągłego patrzenia w ekran laptopa, jednym uchem słuchasz prowadzącego, a drugim młodszego rodzeństwa, które domaga się twojej uwagi, Messenger nieustannie o sobie przypomina, logujesz się z jednych zajęć na kolejne i w międzyczasie śmigasz po domu niczym ninja, żeby móc coś zjeść, czy wyjść do toalety, niczego nie tracąc. Podczas jednych z ostatnich zajęć prowadząca zadała nam ćwiczenie do wykonania, które mieliśmy przez dziesięć minut wykonywać w ciszy. I w trakcie tej dziesięciominutowej ciszy nagle słyszymy głos: Przepraszam… jak tak tylko kątem ucha usłyszałem, że coś trzeba zrobić, bo byłem w toalecie i nie wiem, co dokładnie.
Często jesteśmy też pytani o nasze postępy w pisaniu pracy. Termin oddania coraz bliżej. Prowadzący nieraz żartują, że zapewne wszystko skończone i zostały tylko jakieś poprawki redakcyjne – kropki, spacje. Powiedzmy, że tak jest. Tylko to stawianie kropek trzeba by zintensyfikować, żeby wyrobić się w terminie. Krążą słuchy, że najprawdopodobniej czeka nas obrona zdalna. Jakoś ciężko mi sobie to wyobrazić. Warunki domowe niezbyt sprzyjają skupieniu. Poza tym kto by nie chciał mieć obrony w tradycyjnej formie? Jak każdy student do tej pory, ze zdjęciami pamiątkowymi i tą satysfakcją, że ten ważny etap już został zakończony. a co można będzie wspominać po latach w przypadku obrony zdalnej?
– Nie mogłam spać w nocy
– Dlaczego?
– Tak, to jest jak człowiek po nocach myśli o… projekcie z geografii ekonomicznej.
Takie to mrożące krew w żyłach dialogi można obecnie usłyszeć w studenckiej społeczności. Zadań do wykonania jest dużo, a niechodzenie na zajęcia wiąże się z mniejszą motywacją. Nietrudno też o czymś zapomnieć przez pomyłkę, czy nawet przegapić wykład. To wszystko powoduje tylko większy stres.
Potwierdzono przypadki studentów, którzy przyłapali się na tym, że tęsknią za uczelnią. Z sentymentem wspominają czasy, gdy juwenalia odbywały się bez żadnych zakazów, a jedyną przeszkodą utrudniającą wzięcie w nich udział był brak kaloszy na półkach sklepowych. Czasy, gdy w maju można było zrobić grilla nad jeziorem. Podobno brakuje im nie tylko kolegów ze studiów, ale też siedzenia na sali wykładowej, a nawet spotkań z prowadzącymi, robienia notatek w zeszytach czy nawet projektów w grupach. Żeby wzmóc nostalgię możecie państwo sobie przypomnieć ten piękny zapach, który unosił się w sali 206...– próbował pocieszyć swoich podopiecznych jeden z prowadzących podczas zajęć online.
Opisane powyżej przypadki z pewnością mogą świadczyć o tym, że widać już znaki apokalipsy. A tak na poważnie – do wszystkiego można się przyzwyczaić. Czy jeszcze przed miesiącem ktoś przewidziałby, że dojdzie do zamknięcia szkół i uczelni? Obecnie praca zdalna to już codzienność
Są rzeczy, których nie warto odkładać na później. To „później” może nigdy nie nastąpić. Szczególnie w dobie pandemii niczego nie można być pewnym. Może warto niektóre rzeczy z listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią zrealizować już teraz? Bo jak nie teraz, to kiedy? Czy warto czekać na lepszy moment?
Pisałam niedawno posta „A gdyby rzucić studia i zostać Marylą Rodowicz?", w którym zastanawiałam się, co by było gdybym rzuciła studia, kupiła gitarę i zaczęła robić karierę. Studiów nie rzuciłam (jeszcze), Maryli Rodowicz pewnie nie dorównam (nigdy), ale jedną rzecz z tego zamierzenia udało mi się zrealizować, a mianowicie – kupić gitarę. Chodziłam z tym zamiarem przez miesiąc, aż w końcu kwarantanna, której końca dalej nie widać, zmusiła mnie do znalezienia sobie zajęcia, więc pomyślałam – jak nie teraz to kiedy? Pojawiły się różne głosy typu: „co to w ogóle za chory pomysł?" czy „nie masz na co kasy wydać?” lub też „po co ci to?”, „co ty będziesz z nią robić?”. Ale czasem trzeba przestać słuchać głosów i zrobić swoje. Bo jak nie teraz to kiedy?
Ile razy tak niewiele nam brakuje, by w końcu robić to, co chcemy? Niekiedy to jest tak oczywiste, a mimo to trudno to dostrzec. Nauczyłam się, że z marzeń się nie rezygnuje. Nigdy. Choćby były trudne w realizacji (a to było i to bardzo – podczas nauki akordów barowych nie raz byłam bliska wyrzucenia gitary przez okno🤣), to przecież jest właśnie to, co daje siłę, żeby iść dalej. Szczególnie w tak ciężkim czasie.
Całe zamieszanie wywołane przez pandemię powoduje wiele refleksji, na które w codziennym zabieganiu nie starczało czasu. Jesteśmy zmuszeni do zmian. Uczymy się żyć na nowo. Na nowo też uczymy się budować relacje. Izolacja wymusza relacje na odległość, co nie jest łatwym zadaniem. Oby starczyło nam siły i nadziei, bo przecież wszystko, co złe, musi kiedyś minąć.
Na dzisiaj tyle. Wybaczcie, że ostatnio tak krótko, ale jakoś to siedzenie w domu ani trochę nie działa na mnie twórczo. Też macie podobnie?
Pierwszego kwietnia znalazłam informację, że w sprzedaży jest już dostępna nowa książka Remigiusza Mroza „Kwarantanna”. Miał to być mrożący krew w żyłach kryminał, który ukazuje, co się dzieje z psychiką ludzi zamkniętych w małej przestrzeni i jak odbija się to na ich wzajemnych relacjach. „Kto wie, jakie trupy skrywają jego współlokatorzy...” – niesamowicie mnie zaintrygowało to pytanie. Już miałam ją zamówić, ale okazało się, że to tylko primaaprilisowy żart.
O ile to był jeszcze żart, to kwarantanna, której obecnie jesteśmy świadkami żadnym żartem nie jest. I rzeczywiście można by analizować jak to zjawisko wpływa na psychikę ludzi. Nowa rzeczywistość, której sami doświadczamy zmusza nas do nauczenia się życia na nowo. Wszechobecne hasło „zostań w domu”, a co za tym idzie izolacja, kolejki do sklepów, ograniczenia. Ciągły lęk i niepewność. Poczucie tkwienia w miejscu. Mnożące się pytania o to, co będzie dalej. Pytania, na które nikt z nas nie jest w stanie odpowiedzieć. Na razie obserwujemy tylko niekorzystne zmiany – ogromna ilość zachorowań, straty finansowe w gospodarce, różnego rodzaju blokady i utrudnienia.
Jednym z przejawów dostosowania się do obecnej sytuacji jest zdalne nauczanie. Rewolucja zarówno dla uczących jak i uczonych, bo trzeba opanować nowe programy komputerowe i w zupełnie inny sposób rozplanować swój czas. Czy taka forma nauczania jest w stanie w pełni zastąpić normalne uczestnictwo w zajęciach? Platformy umożliwiające zdalne nauczanie pozwalają na przeprowadzenie wykładów, a nawet rozmowę i zadawanie pytań wykładowcy.
W tym tygodniu mieliśmy kilka takich spotkań. I – co zaskakujące – frekwencja w porównaniu z tradycyjnymi wykładami, ku uciesze naszych wykładowców, była prawie że wzorowa. Nasuwa się pytanie: co spowodowało aż tak radykalną zmianę? Plus jest taki, że nie trzeba pół godziny stać przed lustrem, żeby wyjść na wykłady. Nie trzeba też brać jedzenia na wynos, bo obiad można zjeść słuchając jednocześnie wykładu. Oczywiście pod warunkiem, że mamy wyłączony mikrofon, a nie wszyscy mają – ostatnio podczas wykładu słychać było chichoty, brzękanie talerzy i różne inne zastanawiające dźwięki... Prowadzący zażartował, że widzi nawet kogoś, kto gada siedząc w wannie. Nauczanie zdalne rządzi się własnymi prawami. Jednak pomimo tych wszystkich udogodnień, myślę, że niejeden student już tęskni za wykładami. Tak samo jak prowadzący za kontaktem z realnymi ludźmi zamiast mówienia do ekranu.
Już zawsze będzie mi towarzyszyć to wspomnienie – wykład przez internet, gdy zamiast twarzy kolegów i koleżanek na sali wykładowej widzę ikonki z pierwszymi literami imion i nazwisk na liście czatu. To najlepszy obraz tego, jak w czasach kwarantanny brakuje nam kontaktu z drugim człowiekiem. Chętnie wróciłabym już na uczelnię i do normalnego trybu życia, gdy wychodzenie w domu nie wiązało się z zagrożeniem. Zawsze doceniamy to, co jest nam dane dopiero, gdy to tracimy. Może potrzebowaliśmy takiej właśnie przerwy, by nauczyć się wdzięczności?
Byłam i dalej jestem zdania, że żadna, choćby nawet
najlepiej wymyślona aplikacja, nie da takiej samej możliwości poznania drugiego
człowieka jak realne kontakty towarzyskie. Jednak nigdy jeszcze korzystanie
z Tindera nie było tak zasadne jak w czasie, gdy zostanie w domu
może przesądzić o naszym zdrowiu i życiu, wręcz nawołuje się do
ograniczenia kontaktów ze znajomymi i pozostania w domu. Obecnie
jesteśmy zmuszeni do bycia online i w zasadzie droga internetowa to
jedyna droga, którą możemy załatwić większość potrzeb – rozmowy ze znajomymi
online, zakupy online, nauczanie online, msze online. Czegoś jeszcze nie
wymieniłam?
Kilka postów wcześniej pisałam o podrywaniu. Skoro
teraz i to przeszło w tryb online, to dzisiaj będzie o typach
panów na Tinderze. Swoją drogą z psychologicznego punktu widzenia ciekawym
zjawiskiem jest, co potrafią oni wymyślić, żeby zachęcić do siebie płeć
przeciwną, używając tylko ograniczonej ilości znaków.Niektóre teksty wynotowałam sobie, by
stworzyć swego rodzaju przewodnik po Tinderze. Zapewne powstało już takich
mnóstwo, ale być może moje spostrzeżenia też się komuś przydadzą. Przedstawiam
Wam 10 typów osobników na Tinderze, ale najpierw piosenka, która idealnie wpasowała mi się w temat.
1. Poszukiwacz
Najpopularniejszy typ faceta na Tinderze. W końcu każdy
w swoim życiu czegoś poszukuje. Jedni drugiej połówki, inni przygód na
jedną noc, a jeszcze inni partnerki na wesele. Jednym słowem – każdy szuka
szczęścia, lecz w każdym przypadku to szczęście jest inaczej rozumiane.
Ten typ łatwo poznać po następujących zwrotach: Szukam prawdziwej miłości,
paniom, które szukają przygód dziękuję, Szukam tej jedynej, by dzielić z nią
życie i konto na Netflixie (gdzieś czytałam, że są takie opinie, że gdy
dzieli się z kimś konto na Netflixie, to znaczy, że związek jest na
poważnie),Szukam baby, a nie księżniczki, Szukam żony, bo mi gdzieś
uciekła(wyrazy współczucia), Szukam kogoś na miłe wieczory spędzone w fajnej
atmosferze. Niektórzy też szukają partnerki z powodów czysto materialnych –
Szukam partnerki do programu 500+, bądź innych nieuwzględnionych powyżej –Szukam koleżanki do trójkąta, Szukam dyskretnej kochanki, Szukam dziewczyny,
której mógłbym wylizać tyłek. Są też i tacy, którym aplikacja nie służy
tylko do szukania partnerki – Szukam przyjaciół, bo nie mam, Potrzebny ratunek,
umieram z nudów. Ostatnio zaś pojawił się jeszcze jeden typ poszukiwacza:Przez epidemię brakuje mi kontaktu z ludźmi i świeżego powietrza.
Zapraszam na kawę na Skype.
2. Dobry kucharz
Szczyci się umiejętnością gotowania. Umiejętność w życiu
bardzo przydatna, więc czemu by się tym nie pochwalić. Podobnofaceci są dobrymi kucharzami, ale czy wszyscy?
Można go zidentyfikować po zwrotach typu: Robię dobre tagliatelle w sosie
brokułowym, czy Zrobię spaghetti i nawet będzie zjadliwe, Robię niezłe
gofry i naleśniki. Aczkolwiek i w tym przypadku można trafić na
niebezpieczne osobniki. Należy uważać na typ, który oferuje:Będę ci gotować
jeśli zostaniesz moją zmywarką.
3. Filozof/poeta
Ile ludzi, tyle dziwnych, zaskakujących, czasami śmiesznych,
mniej lub bardziej udanych prób wymyślenia czegoś oryginalnego. W przypadku
Tindera jest to temat rzeka. Może ktoś kiedyś napisze książkę o nurtach
filozoficznych powstałych na Tinderze? Albo zbierze te wszystkie poetyckie
teksty? Dość łatwo jest rozpoznać zarówno poetów jak i filozofów. A oto
typowe dla nich zwroty:
Nie potrzebuję skrzydeł, by latać. Potrzebuję ludzi, dzięki
którym nie upadnę.
Przez wyzbycie się pożądań i potrzeb możemy oderwać się
od świata, stać się mu obcymi i wyzwolić z cierpienia, jakie niesie.
Jestem jaki jestem i cieszę się z tego.
Jeśli myślisz, że przygody bywają niebezpieczne, spróbuj
rutyny, to dopiero niebezpieczne.
Ogólnie to spanie jest najważniejsze. Nic nie napiszę, bo
kogo to obchodzi, ważne, że piwko w sklepie się chłodzi.
Młody, zadbany ogier, pełen wigoru (jeszcze). Zapraszam na
interesujące podróże na moim grzbiecie.
4. Zaradny
Osobnik wykazujący umiejętności niesamowicie przydatne,
szczególnie podczas kwarantanny. Zaoferuje ci, że poratuje maseczką, bądź ma
zapas makaronu i papieru toaletowego. Są też tacy, którzy twierdzą, że
mają talent w zamawianiu żarcia na dowóz, co w obecnych czasach może
być umiejętnością na wagę złota.
5. Szczery do bólu
Nie boi się mówić o swoich wadach – Czasem za dużo
gadam, Nieudolnie śpiewam pod prysznicem. Nie ma problemów ze szczerym mówieniem,
o tym, co czuje czy myśli –Nie oszukujmy się, nawet was nie polubię, po
prostu nie mam z kim pić.
6. Pomocny
Już na samym początku znajomości jest gotów zaoferować
różnego rodzaju pomoc i zadbać o twoje potrzeby –Jestem otwarty na
dzielenie się kontem na Netflixie… dopóki mój kumpel nie zmieni hasła, Mogę
naprawić twoje auto albo zrobić spoko obiad (patrz:punkt 2.dobry kucharz).
Znajdzie się i taki, co z chęcią wypełni ci ankietę. I to się
ceni. Niektórzy też gotowi są posłużyć dobrą radą – Rozmazane zdjęcie? Weź
Rutinoscorbin, będzie lepiej.
7. Romantyk
O romantyka na Tinderze nietrudno, z tym, że każdy zna
inną definicję romantyzmu. Według słownika języka polskiego romantyk to artysta
tworzący zgodnie z założeniami romantyzmu czy w tym przypadku
mężczyzna romantyczny, uczuciowy, sentymentalny. Czy na Tinderze można takich
znaleźć? To nie ulega wątpliwości. Niejeden napisze, że zagra ci balladę pod
oknem na gitarze bądź zabierze cię w podróż dookoła domu i poczęstuje do
tego kawą z czajnika (to dopiero romantyk full wypas). Nie brakuje tam też
głębokich cytatów jak: Cały świat i wszystko na nim jest piękne, ale
najpiękniejsza jest kochająca kobieta.
8. Sprytny i wybitny
Tak zwany chłopak do tańca i do różańca. Ma wiele
różnych zainteresowań a także uważa, że posiadł wiele ważnych umiejętności
jak: gra na instrumentach, śpiewanie, pisanie wierszy (patrz: punkt
3.filozof/poeta), gotowanie (patrz: punkt 2.dobry kucharz), czy wiele innych.
Jednak zdarzają się tu dość specyficzne osobniki, które trochę odstają od tej
kategorii. Poniżej przykłady jak je zidentyfikować.
Mam pełne uzębienie i prawo jazdy. Jak się napiję, to
bywam zabawny.
Mam większy tyłek od twojego, lubię tańczyć do kubańskiej
salsy, gotować lepiej niż Gordon Ramsay.
Posiadam instrukcję obsługi świrów.
Lubię jeść, pić, oddychać i mrugać.
Lubię wstawać o 5 rano w celu skorzystania z ubikacji.
W wolnych chwilach odwiedzam różnego rodzaju supermarkety celem nabycia
czerwonego bądź złotego trunku w szklanej 700 ml butelce. Pozdrawiam
serdecznie i liczę na fortunny odzew ze strony jejmości.
9. Buntownik/Anarchista
Uważa, że aplikacja randkowa to dobre miejsce, by wyrazić
swoje niezadowolenie z faktu, że żyje, wylewać życiowe rozczarowania czy
po prostu narzekać – Ten świat jest gównem pier*******. Roz******** go z chęcią,
ale nie mam odpowiednich narzędzi; Dla wszystkich, którym nie pasuje moje 180cm
– nie podoba się to wyp********; Kiedyś będę normalny, ale póki co jestem
młody.Niektórzy nawet na wstępie skutecznie do siebie zniechęcają – Nie musisz
być mądra, nawet ładna, nawet wcale mogłoby cię nie być. Ale jak już jesteś to
trudno.
10. Kreatywny i zaskakujący
Próbuje zaskoczyć na różne sposoby, żeby przyciągnąć twoją
uwagę. Stara się rzucić tekst, który tak ci da do myślenia, że nie będziesz
spała po nocach zastanawiając się, co poeta miał na myśli (patrz: również punkt
3. filozof/poeta). Typowe dla niego zwroty to na przykład:
Dokąd nocą tupta jeż?
Czy znacie legendę o niemym Michałku, który tak żuł
gumę, że oślepł?
Moja dusza jest jak sumienie faszysty (tutaj to naprawdę się
zaniepokoiłam),
W święta słucham kolęd Zbigniewa Stonogi.
Ten osobnik też chętnie też podzieli się faktami ze swojego
dzieciństwa – Jak byłem mały to jadłem danonki bez łyżeczki, a czasem
rzuci wyzwanie – Pokaż cycki, dam ci pączka.*
________
*z tym jedzeniem to jest ciekawa kwestia. Jeszcze gdy ktoś
lubi pączki, to jestem w stanie zrozumieć, ale jak zrozumieć takiego,
który pisze: Nie lubię jeść pączków? Są też tacy, którzy konkretnie piszą:
Jeśli nie masz nic przeciwko pizzy hawajskiej to się dogadamy, bądź zapytani
o to, czy lubią kebaby wykazują niesamowity entuzjazm.
Tekst ma być tylko i wyłącznie żartobliwy, więc mam
nadzieję, że nikogo nie obraziłam i dobrze się bawiliście. Jeśli jednak
kogoś obraziłam, to uwzględnię wszelkie zażalenia 😁 Czy lista jest kompletna? O typach
panów na Tinderze już było, więc może teraz pora na panie? A jakie jest
Wasze zdanie na temat tego wynalazku?
Na tego wirusa trudno znaleźć antidotum
Ludzie masowo chorują, niektórzy umierają
Każdy rozpaczliwe pragnie się przed nim uchronić
Zachowujemy skrupulatnie wszelkie środki ostrożności
Unikaj zgromadzeń, zachowaj bezpieczny odstęp
Myj ręce – często, długo i dokładnie
Zostań w domu, jak słynne hasło głosi
Bo gdy wyjdziesz, może czaić się za rogiem
Jest jeszcze inny wirus, być może równie groźny
Na niego lekarstwa nie ma, a śmierć mu nieobca
Środki ostrożności też warto zachować
Bo może cię dopaść, gdy tylko wyjdziesz z domu
A gdy to się stanie, nie ma już ratunku
Bo kto raz prawdziwie pokocha
Ten kawałek serca traci już na zawsze
Do tej pory nie powstało antidotum
Co by można zażyć na serce
By uleczyć wszystkie dziury i pęknięcia
Lecz wirus to przypadek osobliwy
Bo kto chciałby się leczyć
Z zakochania?
Co myślicie o takim zestawieniu?
Takie to ponure przemyślenia mnie dopadają w tym ponurym czasie. W czasie, kiedy doświadczamy czegoś przełomowego. Mówią, że takiej epidemii nie było 700 lat. Mówią, że ten czas to próba człowieczeństwa, że wydobędzie z nas to, kim jesteśmy naprawdę. Powstały nawet teorie, że świat zbliża się ku końcowi. Może rzeczywiście się skończy? Albo radykalnie zmieni? Jeśli tak, to niech zmienia się na lepsze. Może właśnie po to dany jest nam ten czas? By coś przemyśleć i zmienić w swoim życiu?
Cała panika zaczęła się wraz z początkiem marca.
Pierwsze potwierdzone przypadki koronawirusa w Polsce. Miałam tyle planów.
Czwartego marca jeszcze dołożono 200 dodatkowych biletów na „Wybranych” w Bydgoszczy.
Potem codziennie dowiadywaliśmy się o nowych przypadkach zachorowań. Kilka
dni później odwołano dni otwarte na UWM-ie. Na innych uczelniach zajęcia
częściowo ograniczono. 10 marca dowiedziałam się jednocześnie trzech rzeczy –
wystąpiło podejrzenie zakażeniem koronawirusa w Olsztynie, zakazano
odwiedzin w akademikach, a koncert w Bydgoszczy został
przełożony na wrzesień. A potem z dnia na dzień zmieniło się
wszystko.
Zajęcia na wszystkich uczelniach zostały zawieszone na dwa
tygodnie. Zamknięto kina, muzea a nawet biblioteki. W sklepach,
a potem w aptekach pojawiły się kolejki, z półek zaczęły znikać
niektóre towary. a potem pierwsza śmiertelna ofiara w Polsce, a wszystkich
zachorowań jest już 58. Lęk i panika osiągają apogeum. Każdy z nas
zadaje sobie pytanie: dokąd nas to wszystko doprowadzi?
Na zajęciach prowadząca powiedziała, że epidemię
koronawirusa można określić mianem czarnego łabędzia – jest to nieprzewidywalne
zdarzenie o ogromnym wpływie na rzeczywistość. To mnie chyba dotknęło
najbardziej. Skoro sytuacja tak bardzo się zmienia z dnia na dzień, to kto
jest w stanie przewidzieć, co będzie za miesiąc? Za kilka miesięcy i później?
Gdy zagrożenie staje się realne, zmienia się nasz sposób
myślenia. Temat koronawirusa poruszany jest wszędzie, a media bombardują
nas nowymi informacjami na ten temat na kroku. Epidemia to teraz temat numer
jeden. Tu nie ma miejsca na stopniowe przystosowanie się do nowych realiów. Z dnia
na dzień zostaliśmy wrzuceni w rzeczywistość, gdzie na każdym kroku czai
się ryzyko zachorowania, trzeba bardzo dokładnie dbać o higienę, wszelkie
wyjścia z domu stały się niebezpieczne, a nawet niepożądane, o imprezach
już nie wspominając. Jeszcze kilka dni temu narzekałam jak ciężko jest mi
siedzieć od ósmej do szesnastej na uczelni, a niedługo będę tęsknić za
normalnością. Nawet zdalna praca w domu nie zastąpi tej na ćwiczeniach,
gdy trzeba zrobić projekt na zaliczenie w grupie. Dwa tygodnie jeszcze
można w ten sposób przetrwać, ale co będzie dalej?
W obliczu takiego zagrożenia przyjmujemy różne postawy. Pojawiają
się różne myśli, w tym też myśli o śmierci. Może to nie do końca
uzasadnione, bo panika wszystko wyolbrzymia, ale zaczęłam zadawać sobie
pytanie, co bym zrobiła, gdyby jutro miał być mój ostatni dzień. Usłyszałam
ostatnio takie zdanie, które mi tutaj pasuje. Nie pamiętam, kto był jego
autorem, ale brzmiało mniej więcej tak: za dużo czasu marnujemy na rzeczy
niepotrzebne, a za mało poświęcamy na to, by kochać. Może przyszedł czas,
by w końcu to zmienić?
Zwolniłam, zaczęłam się zastanawiać nad priorytetami. Co
jest w życiu najważniejsze, a na co poświęcam za dużo czasu
niepotrzebnie? Co chciałabym jeszcze zrobić tutaj i teraz? Czy są jakieś
relacje, które powinnam naprawić lub przynajmniej spróbować naprawić? Czy jest
coś, co jeszcze powinnam powiedzieć lub zrobić, zanim będzie za późno? Znalazłam
czas na rzeczy, które ciągle mi gdzieś umykały w tym codziennym pośpiechu.
Znalazłam czas, żeby nacieszyć się wypitą bez pośpiechu herbatą. I świadomie
przeżywać każdą chwilę.
I wiecie co? Myślę, że ta świadomość powinna nam towarzyszyć
każdego dnia, a nie tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Nigdy nie
będziemy wiedzieć, ile czasu nam pozostało. Musimy przeżywać każdy dzień
maksymalnie. Tak, by potem nie było czego żałować.