piątek, 15 listopada 2019

Cisza, która krzyczy

Czasami wystarczy nadstawić ucha i słuchać. Ci, którzy zetknęli się z mordercą, często mają sporo do powiedzenia, tyle że my, śledczy, nie traktujemy ich poważnie, uważamy się za ekspertów, chociaż nie znamy napastników ani ofiar, w przeciwieństwie do ich otoczenia.
O tej książce złego słowa jeszcze nie było. Cisza białego miasta jest wstępem do trylogii Białego miasta, a niedługo swoją premierę będą miały Rytuały wody, czyli jej drugi tom. Planowałam ją przeczytać już jakiś czas temu, ale jako że dopiero niedawno doczekałam się na swoją kolej w bibliotece, a w międzyczasie jeszcze zrobiło się o niej głośno przed premierą kontynuacji, to nie pozwoliłam jej zbyt długo leżeć na półce i wzięłam się do roboty.
W hiszpańskim miasteczku Vitoria grasuje morderca doskonały. Podwójne morderstwa. Perfekcyjny plan, brak śladów i brak tropów, które mogłyby na niego naprowadzić policję. Jakby tego wszystkiego było mało, jego wyszukany, można by nawet powiedzieć rytualny sposób zabijania, o którym w mediach coraz głośniej, budzi grozę w całej Vitorii. Kilku podejrzanych, ale śledztwo wciąż stoi w miejscu. Identyczne zabójstwa miały miejsce dwadzieścia lat temu. Czy tajemniczy morderca sprzed lat powrócił po kolejne niczego niespodziewające się ofiary?
    Czasami po prostu tak się dzieje. Tracisz głowę. Tracisz głowę, dla kogoś, dla kogo nie powinieneś. Nie ma to nic wspólnego z twoją wolą, zamiarami ani tym, czy to odpowiednia osoba. Winę ponoszą pewne feromony, jakiś ulotny czynnik, nienamacalny, ale rzeczywisty. i teraz właśnie się tak działo. Bo chociaż byłem niby taki wyemancypowany i niezależny, to nasłuchiwałem tupotu jej butów, odgłosu jej truchtu, który potrafiłem rozpoznać, kiedy zbliżała się ciemnymi ulicami naszej cichej Vitorii.
Na początku miałam i dalej mam mieszane uczucia co do tej książki. Trudno się czyta, zanim człowiek się przyzwyczai do ilości opisów, które tam są zawarte. Autorka zabiera nas w podróż do hiszpańskiego miasteczka Vitoria. Spacerując jego uliczkami podziwiamy architekturę i poznajemy kulturę mieszkańców. Duża ilość opisów, jeśli ktoś je lubi, można zaliczyć na plus, bo książka jest przez to niesamowicie klimatyczna. Czytając niemalże stajemy się częścią tamtego świata. Ja jednak wolę jak akcja przeważa nad opisami, a przynajmniej je równoważy. Tutaj zaś momentami myślałam, że czytam świetnie napisaną obyczajówkę, urozmaiconą nieco rozbudowanym i skomplikowanym wątkiem kryminalnym.
Trudno mi jednoznacznie ocenić tę historię - momentami bardzo wciągała, innym razem znowu miałam ochotę ją odłożyć. Pod koniec jednak wciągnęła mnie na tyle, że musiałam zarwać noc, żeby natychmiast poznać zakończenie. A gdy skończyłam, zabrakło mi słów, by to opisać, tak mną to wstrząsnęło. To, że zakończenie zwala z nóg to bardzo mało powiedziane. Ono może całkowicie wywrócić nasz świat. Zmusi Was, by jeszcze raz przewartościować, to, co się w życiu liczy. Pozwoli zwrócić uwagę na rzeczy najważniejsze. Wstrząsające i jednocześnie piękne przesłanie niesie ze sobą „Cisza białego miasta". Zastanawiam się, dlaczego w tytule użyto słowa cisza. W Vitorii bowiem cisza niewiele ma z ciszą wspólnego. Ona krzyczy.
Nie można jednoznacznie powiedzieć, czy książka była dobra czy zła. Choć momentami nudziłam się niesamowicie, to po przeczytaniu całości stwierdzam, że jest to kawał dobrej roboty i niesamowita powieść. Z pewnością sięgnę po kolejne części, bo seria zapowiada się obiecująco. Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że „Ciszę białego miasta” warto przeczytać. Jest to oryginalna historia, która zapisze się w pamięci na długo.
Moja ocena: 7/10

Eva Garcia Saenz De Urturi, Cisza białego miasta
Seria: trylogia Białego miasta, tom: 1
Ilość stron: 576
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 27.02.2019

poniedziałek, 11 listopada 2019

Nie ma ludzi czarno-białych, czyli cała prawda o człowieku

Niedawno udało mi się obejrzeć film pt. "Boże Ciało" w reżyserii Jana Komasy. Pewnie większość z Was już o nim słyszała, bo premiera była mocno nagłośniona. Film ten opowiada o chłopaku, który chce zostać księdzem, ale w przeszłości był karany, nie może uzyskać na to zgody. Co mu pozostaje? Pewnego dnia trafia do przypadkowej parafii i zaczyna podszywać się pod kapłana.
W trakcie oglądania niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, gdzie leży granica. I przede wszystkim – czy dostaniemy jakąś jednoznaczną ocenę postaci głównego bohatera? Otóż nie. Siedzimy  z niepokojem śledząc losy księdza, który jak się okazuje robi dla ludzi wiele dobra. Udało mu się ostatecznie zażegnać spór, który dzielił parafian latami. Udało mu się dotrzeć do ich serc. Pokochali go. Jak ostatecznie się skończy ta historia? Czy zostanie ukarany za to, że odprawiał msze i przejął obowiązki księdza nie mając do tego uprawnień? Czy może to dobro, które zrobił, zostanie mu w jakiś sposób wynagrodzone? Tutaj się rozczarowałam. Film nie daje odpowiedzi. Siedzę i z napięciem oglądam, wreszcie widzę tylko napis końcowe.
       I to tyle? – chciałoby się zapytać. O co w tym wszystkim chodziło? Jak należy to odebrać i zrozumieć? Doszłam do wniosku, że to niejasne zakończenie mówi więcej, niż można się spodziewać. Mamy tam przedstawioną historię człowieka. Nie księdza, zbrodniarza, tylko po prostu człowieka. Jednocześnie film opowiada całą prawdę o każdym z nas. Człowiek bowiem ma to do siebie, że chce kochać i chce czynić dobro. A jak mu to wychodzi? Nie zawsze tak, jak powinno. W życiu każdego z nas są rzeczy i czyny, których żałujemy, czy nawet słowa, które chciałoby się cofnąć. Mimo tego zła, które kładzie się cieniem na naszym życiu, staramy się postępować dobrze – przebaczać, pomagać, kochać. Gdzie umiejscowić tę granicę między dobrem a złem w naszym życiu? Nie ma takiej granicy.  Nic nie jest jednoznaczne. Nawet o kimś, kogo uważamy za zwyrodnialca, nie zawsze można jednoznacznie powiedzieć, że jest złym człowiekiem. I odwrotnie – ktoś, kto wydaje nam się być ideałem bez skazy, również ma swoje słabe strony. I o tym właśnie mówił ten film

piątek, 8 listopada 2019

Nie wierz nic, w co do tej pory wierzyłeś...

– Chcesz wierzyć w to, co widzisz? a może w to, co słyszysz? A może w to, w co wierzyłeś do tej pory? (...). Nic nie rozumiesz. Tamtego świata, tego, który znasz i którym cały czas się posiłkujesz, już nie ma... Tu panują inne zasady – dodała.  – Jest tylko las. Las i tylko las. On jest wszystkim i on o wszystkim decyduje.
Gdy ta książka wpadła w moje ręce, długo się nie zastanawiałam. Widziałam, że jest to nagrodzona powieść grozy i byłam jej ciekawa. Dodatkowo zmotywowało mnie to, że teraz dużo pisze się o nowej, poprawionej wersji tej powieści, która swoją premierę będzie miała w listopadzie. Dlatego też chciałam zapoznać się z pierwszą wersją, która jest debiutancką powieścią tego autora.
Karolina i Tomek są parą. Studiują w Warszawie. Gdy do związku po trzech latach bycia razem, zaczyna wkradać się kryzys, postanawiają, że dobrze zrobi im wyjazd i oderwanie się od uczelnianej rzeczywistości. Wybierają się w malownicze okolice niedaleko Suwałk. Czy rzeczywiście będzie to wycieczka ich życia? Z pewnością. Nie, nie tylko dlatego, że okolica jest piękna, a wspólny wyjazd będzie okazją, by się do siebie zbliżyć. Zapamiętają ten wyjazd na długo także z innych powodów. Będą musieli zweryfikować wszystko, w co do tej pory wierzyli. Wszystko to stanie pod znakiem zapytania, gdy w lesie doświadczą czegoś... przerażającego.
Ale jedno przynajmniej wiedzieli na pewno – według mapki z tablicy Gałęziste było stamtąd praktycznie rzut beretem. Zanim dotarli do rozwidlenia dróg, z których jedna prowadziła lekko pod górkę, druga zaś – wzdłuż podnóża tego właśnie wzniesienia. Zgodnie z tym, co wskazywał szlak, wybrali tę pierwszą i z każdym kolejnym krokiem powoli ukazywała się im spora kolista i wolna od drzew przestrzeń.
Jezioro było tuż – tuż. 
Podobnie jak śmiertelne niebezpieczeństwo, o którego przerażającej bliskości żadne z nich nie miało najmniejszego pojęcia.
Czy to, w co wierzymy, jest słuszne? Czy może jest coś, o czego istnieniu nie mamy pojęcia? Czy nasze zmysły zawsze odbierają rzeczywistość taką, jaką jest? Karolina i Tomek z takimi pytaniami będą musieli się zmierzyć.
Styl, w jakim została utrzymana ta książka jest luźny. Autor dopuszcza kolokwializmy i przekleństwa w języku bohaterów. Zwykle razi mnie to w książkach, ale tutaj wyszło naturalnie. Młodzi ludzie, a zresztą nie tylko młodzi, nie zawsze wyrażają się ładnie, szczególnie gdy do głosu dojdą emocje. A emocji w tej historii nie brakowało. Każda dobra książka na swój sposób wciąga. W tym przypadku jak najbardziej słuszne wydaje się stwierdzenie – im dalej w las, tym więcej drzew 😁 Od samego akcja rozwija się dość szybko, ale z czasem jest coraz lepiej. Ta historia naprawdę niejednokrotnie niepokoi a nawet szokuje. I wtedy pojawia się dylemat z serii – chcę czytać i nie chcę czytać, bo momentami naprawdę bałam się tak, że mówiłam sobie dosyć. Jednak ciekawość wygrała. Napięcie rośnie aż do samego końca. Samo zakończenie nieco mi się dłużyło, ale finał był niesamowity! Na tym przykładzie przekonacie się dokładnie, co to są sprzeczne emocje. Poruszyło mnie bardzo i jeszcze długo potem nie mogłam się po nim pozbierać z dwóch powodów. Za wiele niestety nie mogę zdradzić.
„Gałęziste” to powieść dla tych, którzy lubią się bać, bo mocne wrażenia na pewno tam znajdziecie. Atutem książki jest też sam pomysł na fabułę – oryginalne motywy, z którymi w książkach się jeszcze nie spotkałam. Zdecydowanie polecam ją wszystkim, którzy lubią mroczne klimaty 😊
Moja ocena: 6/10

Artur Urbanowicz, Gałęziste
Ilość stron: 462
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2016 (wydanie pierwsze)