piątek, 28 lutego 2020

Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie

Zauważyłam, że od pewnego czasu dzieje się ze mną coś niebywałego. Sama siebie już momentami nie poznaję. W pewnym momencie zaczęłam się temu przyglądać i zastanawiać, dlaczego tak jest. Pojawiły się u mnie różne odruchy, których wcześniej nie miałam. Zdziwiłam się, gdy bez większego namysłu i rozważania wszystkich „za” i „przeciw” ustąpiłam miejsca dziewczynce stojącej za mną w kolejce w sklepie,  żeby nie czekała, bo chciała tylko kupić butelkę soku. Nie jest to może nic wielkiego, ale zmiany często zaczynają się od małych rzeczy. „Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie” – to zdanie często mi towarzyszy, gdy myślę sobie od czego warto zacząć wszelkie zmiany.
       W swoim środowisku spotykam różnych ludzi. Jednych darzę sympatią już od pierwszego spotkania, zaś innych wręcz przeciwnie, co jest rzeczą naturalną, bo nie wszystkich da się lubić. Ale jak łatwo jest popełnić błąd. Źle zaszufladkować. Po co w ogóle to robimy? Chcąc jakoś uporządkować to, czego doświadczamy, wkładamy jednych tu, drugich tam. Stanowczo i nieodwołalnie. Bez szans na zmianę tej pozycji. A może warto się wyzbyć tych dwóch szufladek? Przypisywania etykiet: „fajny/a”, czy „niefajny/a”, a zamiast tego skupić się na własnym podejściu do relacji z drugą osobą?
Pracowałam z koleżanką, którą już na początku znalazła się w tej drugiej szufladce. Wydawała mi się nieco gburowata i niechętna do kontaktu. Właśnie – wydawała się. Często kluczem jest nasza subiektywna ocena sytuacji. Gdy tylko przestałam o niej myśleć w tym kluczu, a skupiłam się na tym, co ja sama mogę zrobić, żeby było lepiej, odniosłam zupełne inne wrażenie. Zaczęła się częściej uśmiechać, wymieniać różnymi spostrzeżeniami. Nawet sympatycznie nam się dalej współpracowało.
Oczywiście to działa też w drugą stronę. Są osoby, które na samym początku trafiają do szufladki pierwszej. Od razu po pierwszej rozmowie wydaje nam się, że z tej znajomości może powstać coś dobrego. Miałam takiego kolegę, który już od samego początku wydał mi się absolutnie fascynujący. Z czasem coraz więcej rozmawialiśmy, podobne rzeczy nas interesowały, myślałam że można mu zaufać. Ale gdy przyszło do zbudowania czegoś więcej, okazało się, że nasze poglądy na ważne kwestie zasadniczo się różnią i niektórych zachowań zaakceptować się po prostu nie da. Często ktoś, kto zrobi na nas dobre pierwsze wrażenie i na samym początku wrzucimy go do pierwszej szufladki, wcale nie powinien się tam znaleźć.
Jest jeszcze trzecia możliwość. Gdy ktoś na początku trafia do pierwszej szufladki, potem zostaje zdegradowany do drugiej, ale znajomość wraz z tym się nie urywa. Gdy ktoś czasami irytuje nas do tego stopnia, że mamy ochotę rwać włosy z głowy (niekoniecznie tylko sobie ). Mieszkałam kiedyś z taką jedną dziewczyną. Przez kilka pierwszych dni, może nawet tygodni nie miałyśmy sobie nic do zarzucenia. Potem trochę się tego nazbierało. Częste imprezy, zupełnie inny tryb życia, który mi nie odpowiadał i wiele innych. Ale z czasem zamiast ją oceniać, obrzucać błotem i skupiać się na tym jak drażni mnie to, że jest tak inna, po prostu to zaakceptowałam. Owszem, mogłam poszukać sobie innego lokum albo innej współlokatorki. Ale zdecydowałam, że dam jej szansę. i czegoś mnie to nauczyło.
Często winę za to, że dana relacja nam się nie układa tak, jak byśmy tego chcieli, zrzucamy na innych. Najpierw oceniamy zbyt pochopnie albo po pozorach. Potem trzymamy się tego zdania nie dając sobie szansy na pełen ogląd sytuacji. Zdarza się  tak, że koniec końców i tak odrzucamy kogoś, kto nie do końca odpowiada naszym wyobrażeniom o nim.
Przestańmy polegać na schematach czy wyobrażeniach. Przestańmy nieustannie analizować to jaka ta druga osoba być powinna i czego jej brakuje. Może wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć? Wystarczy odsunąć od siebie te wszystkie schematy zgodnie z którymi ludzie powinni mieć takie a nie inne cechy, bo tego czy innego od nich oczekujemy. Może warto skupić się na tym, co dobrego mają nam do zaoferowania? Nie ma ludzi idealnych, ale też nikt z nas nie jest czarno-biały. Suma dobrych i złych rzeczy w każdym z nas nigdy nie jest na minusie.
W dużej ilości przypadków to, czy relacja układa się tak, jak byśmy tego chcieli, jest to kwestia nie drugiej strony, ale właśnie naszego podejścia i błędnej oceny sytuacji. Nie warto czekać, że wszystko samo się ułoży, że ludzie będą inni. Nie warto korzystać z szufladek. Zmianę warto zacząć od siebie i od tego, jak sami ich postrzegamy. Może to właśnie na tym poziomie wszystko się zaczyna?

poniedziałek, 24 lutego 2020

Niektórych odpowiedzi lepiej nigdy nie poznać

Gdy przeczytałam jej wiadomość, zrozumiałam, jak złym jesteś człowiekiem. Czas najwyższy, żebyś się przekonała, jak twoje błędne decyzje z przeszłości zrujnowały życie niewinnych ludzi.
Po przeczytaniu „Nie odpisuj” nie miałam wątpliwości, że sięgnę po „Nie patrz”, czyli kontynuację świetnego thrillera. Dużo też od niej oczekiwałam. Czy zatem druga część utrzymała poziom?
Ewa jest psychoterapeutką. Na co dzień pomaga swoim pacjentom, ale żaden z nich nie wie, że ta kobieta skrywa pewną mroczną tajemnicę. Poza Martą. To ona odzywa się do niej w najmniej spodziewanym momencie. Ewie wydaje się, że udało się jej zostawić przeszłość za sobą. Marta przypomina o pewnym nagraniu i szantażuje ją zmuszając do pomocy w poszukiwaniu rozwiązania zagadki pewnej śmierci, która nastąpiła w tajemniczych okolicznościach. Ewa nie mogła przewidzieć, że jej udział w tym szalonym śledztwie odsłoni karty, których wolałaby nigdy nie poznać.
     Wydaje mi się, że historia zatoczyła krąg. Jakkolwiek bardzo byśmy się starali, nasze dorosłe życie jest w całości ukształtowane przez wydarzenia z dzieciństwa. Mogę próbować o tym zapomnieć albo przekształcać wspomnienia na mniej bolesne. Mogę starać się wyprzeć prawdę i wmawiać sobie, że pewne wydarzenia nie miały miejsca. Ale to wszystko nic nie da. Doświadczyłem tylu upokorzeń ze strony ludzi, że dziś czuję się bezwartościowy.
„Nie patrz” to kontynuacja losów dwóch bohaterek z pierwszej części i kilku nowych, którzy pojawiają się dopiero teraz. Mamy tu duży przekrój wiekowy – pojawiają się zarówno nastolatkowie – Nina i jej paczka, jak i ludzie dorośli – ojciec jednego z bohaterów – Wojciech Tarnowski, Adam i jego żona Klaudia, którym w małżeństwie się nie układa, oraz Ewa i Martyna, które łączy pewien niechlubny sekret.
Ta historia jest złożona i pełna zawirowań. Fabuła jest bardziej rozbudowana niż w pierwszej części, znacznie więcej się dzieje. Czyta się z zapartym tchem i momentami robi się naprawdę gorąco. Zakończenie zaś zupełnie nie do przewidzenia, choć nie do końca mnie usatysfakcjonowało – jakoś ciężko było mi je sobie wyobrazić.
Co do samego stylu pisania – zwięźle i rzeczowo, czyta się szybko i przyjemnie. Bardzo polubiłam styl tego autora.
Muszę jednak przyznać, że pierwsza część bardziej do mnie trafiła i zrobiła większe wrażenie, a także zostawiła po sobie pewien mocny przekaz. Tutaj owszem dzieje się więcej, ale trochę się to wszystko rozmywa – bohaterów jest więcej, u każdego coś się dzieje i czułam pewien przesyt. Przeżywamy tyle mocnych scen, że trudno to ogarnąć i jakoś sensownie sobie ułożyć w głowie.
Nie raz zatrzymywałam się na chwilę, by nieco odetchnąć. I zastanawiałam się, dlaczego to, co się tam dzieje, jest tak „popaprane”. Śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach czy może morderstwo? Psychoterapeutka angażująca się w najbardziej szalone śledztwo, jakie można sobie wyobrazić. Romanse nawiązujące się tam, gdzie ich się zupełnie nie spodziewamy. Małżonkowie, którzy nie radzą sobie ze sobą nawzajem. I jeszcze kilka innych rzeczy, których zdradzać nie będę. Gdyby ktoś mnie zapytał, co tam się właściwie działo, powiedziałabym, że właściwsze byłoby pytanie: „czego tam nie było?” Ale czy to właśnie nie jest idealny obraz tego, co się wokół nas dzieje? Ta historia to najlepszy dowód na to, jak nieprzewidywalne potrafi być życie i jak w jednej chwili problemy potrafią zwalić się człowiekowi na głowę.
Książkę jako całość oceniam bardzo dobrze. Czytelnicy, którzy lubią być zaskakiwani i doświadczać mocnych wrażeń będą usatysfakcjonowani. A ja z niecierpliwością czekam na więcej 😊
Moja ocena: 8/10

Marcel Moss, Nie patrz
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Filia
Data premiery: 29.01.2020

piątek, 21 lutego 2020

Oddawać kartki. Ściągania nie będzie

Nie ma nic lepszego w studiach niż ta chwila, kiedy mamy poczucie, że wszystkie egzaminy już są zdane, a nowy semestr zapowiada się bezproblemowo. Ale żeby to osiągnąć trzeba się trochę pomęczyć. Egzaminacyjne zmagania to horror znany każdemu studentowi. Dla niektórych jest to walka z wiatrakami. Czas poświęcony na ciężkie przygotowania, towarzyszący im stres, a efekt nie zawsze zadowalający. Innym to przechodzi mniejszym kosztem. Niezależnie od tego, do której grupy jest nam bliżej, egzaminy to radosny koniec żmudnych przygotowań. Dosłownie radosny – okazji do śmiechu nie brakuje.  

 Ściągania nie będzie
Nasz prowadzący na egzaminie próbował nas zastraszyć, mówiąc „Jak ktoś napisał proszę oddawać kartki, ściągania nie będzie” i uśmiechając się przy tym złowieszczo. Czy odniosło to jakiś skutek? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a jeśli ktoś jest doświadczony w sztuce ściągania i jeszcze w dodatku zajmie dobre miejsce, to nawet taki surowy prowadzący mu nie straszny. Mi niestety się nie udało, ale gdy tylko po zakończeniu wyszłam z sali, w oczy rzucił mi się kolega, który radośnie dzielił się swoim zwycięstwem – „Ale naściągałem!”. Ile to razy prowadzący zaprzeczają sami sobie mówiąc, że ściągania nie będzie... Jeśli się bardzo chce, można wszystko 😁

Zimno pani? A powinno być gorąco
Siedzimy na egzaminie. Prowadzący zaczyna rozdawać kartki, a koleżanka nakłada sweter, gdy ten przechodzi obok. Prowadzący zauważając to pyta rozbawiony: „Zimno pani? Na egzaminie zamiast gorąco, to zimno. No żadnych emocji. Widać, że tylko ja tu się wszystkim przejmuję”. i rzeczywiście ze wszystkich obecnych na sali, to on chyba przejmował się najbardziej – studentom trzeciego roku już żaden egzamin nie straszny 😊

Pan na egzamin? Zapraszamy
Egzamin rozpoczął się kilka minut temu. Wszyscy zajęli miejsca, a prowadzący przymierza się do rozdawania kartek. Nagle otwierają się drzwi i pojawia się kolega, który zostaje powitany salwą śmiechu. Nie pierwszy raz mu się to zdarzyło, właściwie to te jego spóźnienia stały się swego rodzaju tradycją u nas na roku i wszyscy już ten fakt zaakceptowali, ale takie spektakularne wejścia za każdym razem potrafią rozbawić tak samo. Prowadzący powitał go krótkim: „Pan na egzamin? To zapraszamy”, po czym wskazał mu miejsce.

Kolejne zagadnienie: depresja
Znajoma dostała od prowadzącego maila z zagadnieniami na egzamin. Szczerze ją ubawiło, gdy na tej liście zobaczyła następujące zagadnienie: depresja. Należy tutaj dodać, że studiuje nie psychologię, a matematykę XD Okazało się, że słownik zrobił prowadzącemu psikusa. Ale od razu skłoniło nas to do przemyśleń – a nóż to jedna z tych freudowskich czynności pomyłkowych… Może prowadzący chciał w ten sposób wyrazić, że nauka owych zagadnień będzie tak ciężka, że może przyprawić o depresję?

Dokąd zmierzasz i gdzie zamierzasz usiąść?
Studiuję na tej uczeni już trzeci rok, więc można powiedzieć, że swoje przeżyłam. Myślałam, że niewiele już mnie może tu zaskoczyć. Jednak gdy zobaczyłam obowiązujący na tegorocznym egzaminie „schemat siadania”, natychmiast zmieniłam zdanie. z takim podejściem do problemu zajmowania miejsc na egzaminie się jeszcze nie spotkałam 😂

Na koniec jeszcze jeden obrazek, już niezwiązany z egzaminami, a bardziej powinien się znaleźć w poście „Kiedy mama pyta, co robisz na studiach”, ale dopiero teraz podsumowując ten semestr sobie o nim przypomniałam. 

W różnym celu uczęszczamy na wykłady. Jedni chcą się czegoś interesującego nauczyć, inni omówić tematy, których nie można odłożyć na później, jeszcze inni, żeby poczytać, albo coś obejrzeć. Ale czasem bywa też tak, że wykłady są podróżą do czasów przedszkola, kiedy to człowiek robił wycinanki i wyklejanki, a jedyne, co było w tym potrzebne to kreatywność. Niedawno też mieliśmy taką okazję, choć nie wszyscy przyjęli ten fakt entuzjastycznie.