Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 grudnia 2021

"Czy spotkałaś dziś Mikołaja?", czyli Żabkowe opowieści #5

Są dni, kiedy zwyczajnie mamy wszystkiego dosyć. Gdy mamy ochotę zamknąć się w pokoju, zostać w łóżku z kocem, książką i dobrą kawą i nie wychodzić z niego przez cały dzień. Z pewnością każdy z nas ma takie gorsze dni, gdy energii do działania po prostu nie ma, ale też każdy z nas inaczej sobie z nimi radzi. Jeden z klientów zdradził mi swoją receptę, co robić, gdy ma się zły dzień. A co mi daje siłę do działania w takich momentach? 

Myśl, że w mojej pracy być może też spotkam kogoś, kto będzie miał równie zły dzień jak ja i będzie potrzebował właśnie mojej pomocy, bo nikt inny nie będzie w stanie tego zrobić. Miałam ostatnio taki przypadek. Chłopak przyszedł kupić wodę, przy okazji zauważył, że mamy w sprzedaży białe Snickersy, co go niezwykle zadowoliło. Zapytał jak długo jeszcze będą dostępne, po czym bez dłuższego namysłu położył mi na ladzie siedem sztuk. ,,Pani się śmieje, ale one są naprawdę dobre - powiedział. - Ja ogólnie słodyczy nie jadam, ale to edycja limitowana. Zawsze jak widzę gdzieś białe Snickersy, to biorę większą ilość, chowam sobie do szuflady i jak mam gorsze dni, tak jak dzisiaj, to sobie jednego wyjmuję". Stwierdziłam, że to dobry pomysł, po czym sama też kupiłam kilka. Zrobiło mi się ciepło na serduchu,  że mogłam komuś pomóc, nawet jeśli to oznacza zwykłe sprzedanie Snickersa. Czasem nawet jeden biały Snickers może poprawić komuś zły dzień.  

Czasami również spotkam kogoś, kto jest rozczarowany albo wręcz przeciwnie - zadowolony z czegoś i właśnie ze mną zechce się tym podzielić. Jeden klient przy okazji zakupów, przypomniał sobie, że jego syn napisał list do Mikołaja, co stanowi dla niego kłopot. "A wie pani, że mój syn w tym roku napisał list do Mikołaja? Ale dzisiaj jest dwudziesty, a napisał z datą osiemnastego, taki cwany. No i jak tu teraz z tego wybrnąć, co mu kupić?" 

Inny z kolei przyszedł i poprosił o całą kratę piwa EB. Lekko skonsternowana, bo to moja pierwsza taka transakcja w ciągu całej kariery, mówię, że nie będę miała całej, tylko pół, po czym zaczęłam jeszcze zgarniać całą zawartość z półki, ale całej kraty i tak nie wypełniłam, więc zapytałam, czy mam ją dopełnić innym piwem. Na co on odpowiada: "Pewnie, dołoży pani jeszcze kilka butelek Żywca, bo szwagier bardzo lubi piwo. Zadowolona, że tym samym uszczęśliwię nie tylko mojego klienta, ale i jego szwagra, sprzedałam mu kratę piwa jednocześnie dokonując zwrotu butelek, które przyniósł na wymianę i zamknęłam paragon, pewna, że to już wszystko. Klient jednak zapytał, czy doliczyłam kaucję za skrzynkę. Oczywiście nie zrobiłam tego, bo to pierwsza moja taka transakcja. Dzwonię do szefowej, żeby mi powiedziała, jak to zrobić, po czym wyszukałam w systemie kasowym produkt "transporter żywiec" i dodaję go do paragonu, a system pokazuje mi komunikat o treści: "opakowanie nie może rozpoczynać paragonu". Czytam go na głos, a szefowa rozbawiona mówi, że najpierw muszę nabić piwo a dopiero transporter. Szkoda, że nie wiedziałam tego, zanim sprzedałam to piwo. Mimo wszystko udało się dokończyć zakupy.  

Gdy dzień przed wigilią skończyłam zmianę, znajomy zapytał mnie, czy spotkałam dziś Mikołaja. On tego dnia w drodze do pracy spotkał Mikołaja i dostał lizaka. Przez chwilę zrobiło mi się przykro, gdy pomyślałam sobie o tym ciężkim dniu. W tym czasie większość ludzi jest już w domach i są zajęci przygotowaniami do świąt, a do sklepu wpadają tylko, gdy czegoś jeszcze zabraknie. Taka cisza jest dość przygnębiająca, bo lubię codzienny rozgardiasz, ale zapewne każdy wieczór przed wigilią tak wygląda. Mikołaja może nie spotkałam, ale czy naprawdę nie spotkało mnie tego dnia nic dobrego? Spotkałam chłopaka, który zdradził mi swój sposób na gorsze dni. Spotkałam ludzi, którzy nie zapomnieli złożyć mi świątecznych życzeń. Niektórzy zapytali, jak mija dzień, czy zwyczajnie się uśmiechnęli. Choć może to nic wielkiego, utwierdza mnie w przekonaniu, że to, co robię jest potrzebne, mimo że czasami zwyczajnie brakuje mi energii. Zaś na pytanie czy spotkałam Mikołaja, mogę śmiało odpowiedzieć, że tak.  

Bo czy tylko Mikołaj może robić dobre uczynki? Czy tylko Mikołaj jest odpowiedzialny za wywoływanie radości i tylko raz w roku? Czemu na co dzień nie zawsze pamiętamy o tym, żeby być życzliwym dla innych, ale w ten wigilijny wieczór wszystko się zmienia? Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak jest? Dlaczego w tej jeden wieczór w roku wszystkie urazy i spory przestają mieć znaczenie i jest w nas tyle chęci niesienia dobra, że nie wiemy jak sobie z tym poradzić? Za to właśnie lubię święta. Ale czy na co dzień nie moglibyśmy przyjąć podobnej postawy? I choć nie ubieramy choinki codziennie, a Mikołaj pracuje niestety tylko raz w roku, może da się zrobić coś, by ludzie wokół nas czuli się wyjątkowo każdego dnia, a nie tylko przez jeden wieczór w roku? Myślę, że każdy z nas może postarać się zastąpić Mikołaja. 

Mam jeszcze mnóstwo śmiesznych i mniej śmiesznych historii z Żabki, bo jak zwykli mawiać pracownicy - kto w Żabce pracuje, ten w cyrku się nie śmieje. Dziś jednak trochę bardziej na poważnie chciałam. Wesołych świąt i wszystkiego dobrego w nowym roku, kochani!


sobota, 1 maja 2021

Żabkowe opowieści #3, czyli o zboczeniach zawodowych i ważeniu bananów słów kilka

Już gdy zaczynałam pracę, stwierdziłam, że Żabka to nie tylko miejsce pracy – to przede wszystkim styl życia. Kolejne miesiące pracy tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Choć  dostaję tam niezły wycisk i są takie momenty, gdy mam ochotę oświadczyć, że rzucam tę pracę, trzasnąć drzwiami i wyjść, to jednak na nic bym tego nie zamieniła. Bo żeby robić coś przez osiem godzin dziennie, trzeba to choć trochę lubić. A Żabki przecież nie da się nie lubić. Tam życie toczy się swoim rytmem…


Są pytania, na które ciężko znaleźć odpowiedź...

Każdy zawód sprawia, że człowiek ma różne zboczenia zawodowe. Praca w sklepie ma to do siebie, że chcąc nie chcąc obserwujesz ludzi, poznajesz ich nawyki i zapamiętasz mnóstwo rzeczy, których pamiętać nie musisz, bo co prawda nie zmienią twojego życia, ale mimowolnie zostają w głowie. Na przykład to, że pewna starsza pani uwielbia batoniki czekoladowe i będzie zawiedziona, gdy ich akurat zabraknie. Z kolei pan, który przychodzi średnio trzy razy dziennie weźmie Perłę z lodówki i batonika kokosowego. Inny z kolei przyniesie cztery butelki po Tatrze i kupi cztery Tatry w butelce. Natomiast dziewczyna z rudymi włosami kupi zielone Heetsy i dużo słodyczy, przy czym będzie ciężko jej się zdecydować, co wybrać tym razem. A chłopak, który zazwyczaj przychodzi po kanapkę albo bagietkę będzie miał aplikację i trzeba mu przypomnieć, żeby ją zeskanował. I tak dalej... Ile ludzi, tyle dylematów. Jedni mają już sprecyzowane plany zakupowe, wchodzą i wychodzą, jeszcze zanim zdążę wydrukować paragon i się pożegnać. Inni proszą o pomoc w znalezieniu konkretnej rzeczy. Jeszcze inni wchodzą tak zajęci rozmową telefoniczną, że nie zauważają mojej obecności nawet gdy podchodzą do kasy. A niektórzy mają tak długi proces decyzyjny, że oglądają cały dostępny asortyment z wszystkich półek tylko po to, by w końcu wybrać jedną rzecz i wyjść.

Myślisz, że gdy pracujesz w tym samym sklepie już siódmy miesiąc nic, ani tym bardziej nikt, nie może cię zaskoczyć. Wiesz co trzeba robić i kiedy. Starasz się rano przyjść punktualnie, bo pan z pieczywem lubi przyjeżdżać kilka minut przed czasem. Wykształciłeś niesamowitą umiejętność pracy pod presją czasu, zwłaszcza, gdy w niedzielę trzeba zrobić jednocześnie trzy różnej wielkości hot dogi z różnymi sosami i parówkami, a do tego trzy kawy, obsłużyć kilkuosobową kolejkę, a w tak zwanym międzyczasie jeszcze uzupełnić towar na półkach i sprzątnąć zaplecze. Ale jeśli myślisz, że wtedy już nic cię nie zaskoczy, to jesteś w błędzie.

Pewnego dnia przyjdzie taki klient, który zada ci pytanie, na które mimo tak dużej wiedzy o asortymencie, o ludzkich zwyczajach i przede wszystkim tak dużego doświadczenia nie będziesz znać odpowiedzi – „Niech pani na mnie spojrzy i powie, co ja mógłbym wypić, żeby się dobrze czuć?”

 

Bo u was to tylko piwo można kupić

Pewnego razu przyszła pani, która zawsze wymienia butelki po piwie na butelki z piwem. Tym razem jednak wzięła tylko opakowanie jajek, po czym zapytała mnie jeszcze czy mamy na mrożonkach zupę pieczarkową. Po szybkim przejrzeniu zawartości lodówki byłam zmuszona ją rozczarować i powiedzieć, że niestety nie mamy.

– Raz przyszłam nie po piwo… ale wygląda na to, że u was to tylko piwo można kupić – podsumowała śmiejąc się.

Cóż… zupa zupą, ale na brak piwa klienci nie mogą narzekać.

 

Grunt to dobrze wydać resztę

Nawet pomimo ogromnej wiedzy i doświadczenia człowiekowi zdarzają się błędy. Czasami jednak da się nad tym przejść do porządku dziennego i obrócić wszystko w żart.

Sprzedawałam tego dnia już chyba piątą paczkę Winstonów niebieskich. Co przychodził człowiek, to dawał 20 złotych, papierosy kosztują 13,99, więc wydawałam 6 złotych i grosz i wszystko się zgadzało. W końcu znowu chłopak przyszedł po Winstony, ale tym razem kończył mi się papier  drukarce fiskalnej. Zapłacił więc za papierosy, ale nie udało mi się w całości wydrukować paragonu, więc zapytałam, czy może być bez i wydałam mu te sześć złotych reszty z groszem. Stwierdził, że nie ma problemu, po czym zamiast odejść od kasy, dalej stał i myślał.

– A ta reszta to dla mnie? – zapytał po chwili namysłu.

– Tak, przecież zapłacił pan 13,99 ­– zastanowiłam się.

– Ale ja płaciłem kartą – powiedział, przyglądając mi się nieufnie.

Cóż, uczciwy człowiek, nie chciał zarobić... Zreflektowałam się, przeprosiłam go i zabrałam pieniądze, co wywołało jego rozbawienie. 

Banany podrożały?

Są rzeczy, których się nie zapomina. Są też sytuacje, które wywołują ogólną wesołość i przez to pamięta się je bardzo, bardzo długo.

Podliczałam pewnemu panu zakupy. Gawędził sobie z szefem jak to zwykle bywa, a ja się im przysłuchiwałam, od czasu do czasu coś wtrącając. Aż w końcu przyszło mi zważyć banany. Podczas wykonywania tej skomplikowanej czynności jestem niezwykle uważna, bo nieraz już się zdarzyło, że klient po odejściu od kasy wracał i skarżył się, że banany strasznie podrożały. Bywa, że zamiast przycisku „waga” wcisnę „ilość” i tym samym zapiszę cały kilogram.

Tym razem wykazałam się ogromną bystrością, ale zorientowałam się dopiero, gdy szef zaczął się śmiać, że ważę banany... jednocześnie trzymając na nich rękę. Waga zgłupiała, ja też i wszyscy śmialiśmy się z mojego wynalazku.


Nazbierało się tego dużo więcej, ale na dzisiaj tyle. Może będę pisać krócej i częściej?

Poprzednie części znajdziecie tutaj:

O tym, jak zostałam dziewczyną z Żabki i dlaczego kocham swoją pracę

O tym, jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych, czyli Żabkowe opowieści #2

środa, 16 grudnia 2020

O tym, jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych, czyli Żabkowe opowieści #2

Tak jak obiecałam, mam dla Was kolejną porcję dziwnych i dziwniejszych historyjek z Żabki. Drugi miesiąc pracy za mną. Czasami jeszcze wychodzę z niej w idealnym nastroju, a innym razem mam ochotę mordować ludzi albo robić inne złe rzeczy. Dzisiaj będzie między innymi o tym jak sobie radzić w kryzysowych sytuacjach. A co to za sytuacje? Posłuchajcie.

 1. Nikt cię tak nie wysłucha jak własna szefowa

Podczas kilku pierwszych dni w Żabce moja kieszeń bardzo ucierpiała, gdy musiałam wydawać na... doładowania do telefonu. Ale czasem innego wyjścia nie ma, bo jak to szefowa, pomoże w każdej kryzysowej sytuacji. Nauczyłam się też, żeby nie tylko nie wyciszać telefonu, ale mieć go zawsze przy sobie, bo potem może mnie to kosztować dodatkową fatygę. Nigdy bym nie pomyślała, że z szefową można przegadać prawie 15 złotych jednego dnia (Jeszcze nigdy z nikim mi się to nie udało! Jest pierwsza). Na szczęście szybko znalazłam rozwiązanie jak dalej gadać z szefową i nie zbiednieć - wykupiłam pakiet darmowych rozmów, SMSów i internetu. Już żaden kryzys mi nie straszny.

2. „I tak będę próbował!”

Koleżanka opowiadała mi jaki uparty adorator jednego razu jej się trafił. Po zrobieniu zakupów, zapytał czy się z nim umówi. Gdy kilka razy usłyszał odpowiedź odmowną, wcale go to nie zniechęciło. Spojrzał na nią wyzywająco, po czym stwierdził: „I tak będę próbował". Cóż za niesamowita determinacja...

3. Życie jest filmem – zrób wszystko, by dostać w nim główną rolę

Nigdy bym nie pomyślała, że zacznę regularnie czytać gazety. A jednak, stało się. Gdy się człowiek co rano ich nawącha podczas wykładania, to aż kusi, żeby zajrzeć do środka. Ciekawych rzeczy można się dowiedzieć, zwłaszcza w czasach, gdy telewizji już przestałam ufać - za dużo tam propagandy. A czymś trzeba się zająć w godzinach dla seniorów, gdy nawet szefowej wyczerpią się pomysły, co mi dać do roboty. Do niedawna mieliśmy jeszcze kawę w promocji po dwa złote. Czułam się niczym bohaterka amerykańskich filmów z takim zestawem porannym :)

4. Potrzeba matką wynalazku

Wrócę jeszcze do godzin seniorskich. Na początku śmieszył mnie ten absurdalny pomysł, by przez dwie godziny wypraszać klientów ze sklepu. Potem, chcąc nie chcąc, się przyzwyczaiłam. Ale czego się człowiek wtedy naogląda, to już nikt mu nie zabierze.

Nieraz bywa, że przychodzi klient, który z żadnej strony nie wygląda na 60+, i gdy mówię swoją wyuczoną formułkę – „przepraszam, są godziny seniorskie, teraz nie obsługujemy”, robi minę jakby mu się świat zawalił, po czym prosi – „ale ja tylko po jedną rzecz, nie mogę tak na szybko?” ewentualnie: „ja tylko po Heetsy i spadam, mogę?”. Nie daj Boże przyjdzie jakiś głodny klient i prosi tylko o hot doga. Wtedy to już może złamać serce. A ja znajduję się w sytuacji konfliktu tragicznego: obsłużyć tego nieszczęśnika i ryzykować karą, ewentualnie kolejnym upomnieniem od szefowej, czy odesłać go głodnego (zaraz, zaraz, głodnych nakarmić, było gdzieś coś na ten temat?) i niezadowolonego. Jak to mawiają - potrzeba matką wynalazku. Czasem udaje mi się przemycić hot doga, ale jest to moja autorska innowacja marketingowa – hot dog na wynos. Klient płaci, po czym wyganiam go ze sklepu, żeby nie zwrócił uwagi stróżów prawa, a gdy zrobię, wynoszę na zewnątrz. Ta radość  na twarzy, gdy klient dostaje hot doga, jest nie do opisania.

5. Grunt to się nie poddawać

Klient chciał kupić papierosy. Wyjął pieniądze i tak niefortunnie je położył, że jedna pięciozłotówka wpadła w szczelinę między wagą a ladą. Gdyby to było kilka groszy, może by odpuścił, ale to jednak całe pięć złotych, a jak się okazało, więcej nie miał. Nie chciałam go zasmucać bardziej, ale powiedziałam, że jest raczej nikła nadzieja na odzyskanie tych pieniędzy, bo ta szczelina jest głęboka dosyć. Jednak widząc determinację na jego twarzy postanowiłam spróbować z mieszadełkiem do kawy. „Widelec by się tutaj lepiej sprawdził” - wyrokuję. Na to on wyjmuje ze swojej torby widelec i podaje mi go. W pełni świadoma tego, jak komicznie musi to wyglądać z boku, nachylam się nad kasą, zaglądam do tej przepastnej dziury i zaczynam grzebać w niej widelcem. Podczas, gdy ja pracowałam w pocie czoła, za tym nieszczęśnikiem zdążyła się już ustawić spora kolejka. No nic, muszę facetowi pomóc, bo inaczej sobie nie pójdzie. Obsłużyłam czekających ludzi i zaczynam zabawę od nowa. Klient daje mi jeszcze nóż do kompletu, a ja postanawiam zadzwonić do szefowej, bo to złota kobieta - umie znaleźć wyjście z każdej kryzysowej sytuacji. Relacjonuję jej wydarzenia z placu boju niczym komentator sportowy. Na początku użyła niecenzuralnych słów, których przytoczyć nie mogę, ale potem poradziła co zrobić, a klienta udało się uratować i wypuścić zadowolonego. „Dbając o klientów, dbasz o swoją Żabkę”, jak głosi nasze motto. Jeszcze nigdy tak dobitnie się o tym nie przekonałam. Zamknęłam kasę kilka minut za późno, ale za to z poczuciem spełnionej misji.

 6. W Żabce spełniam się zawodowo

Co niektórzy żartownisie mawiają, że gdyby każdy regularnie odwiedzał Żabkę, psychologowie nie mieliby pracy. W Żabce nie tylko zrobisz zakupy, ale i zostaniesz wysłuchany. Ba, czasem nawet  uda się rozwiązać Twój problem.

Sama nieraz doświadczyłam takiej sytuacji. Do sklepu wpada zdyszana klientka, bierze kilka rzeczy, w tym Coca Colę Zero 1,5 litrową. Gdy skanuję zakupy, cały czas mówi. Narzeka, że bardziej pechowego dnia nie mogła mieć. Najgorsze, co jej się przytrafiło, to zgubienie słuchawek. „Wie pani, jak ciężko jest bez słuchawek” – mówi dramatycznym tonem. „Pewnie, że wiem, nie raz mnie to spotkało – odpowiadam w tym samym tonie. Po chwili spogląda na butelkę coli i mówi: czy może mi pani tą colę zamienić? Ona jest taka ch**owa… Jako, że jej argument był niepodważalny, spróbowałam to zrobić. Niestety obie cole wyglądają na paragonie tak samo, więc nie chciałam ryzykować, że coś pójdzie nie tak i była zmuszona zadowolić się colą zero.

 

Ostatnimi czasy sporo się jeszcze wydarzyło, ale o tym w części trzeciej. Poznacie paradoks jak się spóźnić do pracy cztery godziny tak, żeby nie zostało to uznane za spóźnienie i nie zostać wyrzuconym z pracy. Ale na dzisiaj tyle.

A kto jeszcze nie widział, pierwszą część znajdzie TUTAJ. 

wtorek, 1 grudnia 2020

O tym, jak zostałam dziewczyną z Żabki i dlaczego kocham swoją pracę

W dobie izolacji, gdy uczelnie i szkoły zamknięto, restauracje przestały być miejscem, gdzie można spędzić trochę czasu ze znajomymi, kina, galerie handlowe i inne miejsca, do których lubiliśmy chodzić zamknięto, pozostaje już tylko... wymyślić inne, bardziej kreatywne formy spędzania wolnego czasu. Zabezpieczając się, przed ewentualnością drugiego lockdownu i zakazu wychodzenia z domu, postanowiłam znaleźć pracę. I nie byłam w tym poszukiwaniu zbyt wybredna. Wiadomo, sytuacja na rynku nie jest zadowalająca i raczej prędko nie zanosi się na poprawę. Gdy pierwszy raz rozmawiałam z szefową z Żabki, usłyszałam tylko: „Pani ma kursy księgowości i szuka pani pracy w sklepie?” Właśnie tak! Niestety, na rozmowie kwalifikacyjnej nie zostałam poinformowana o jednej istotnej rzeczy. Żabka to nie miejsce pracy, Żabka to stan umysłu.

Zawsze chciałam popracować w kawiarni. Podawać kawę, przekąski, a jednocześnie porozmawiać sobie z klientami o wszystkim i o niczym. Zatem można powiedzieć, że trafiła mi się praca marzeń. Nigdy bym nie pomyślała, że praca w sklepie może być tak ciekawa, absorbująca i pełna wyzwań. O 4.30 wyskakuję z łóżka zastanawiając się, co przyniesie dzisiejszy dzień. A żaden nie jest taki sam. Tam ciągle coś się dzieje.

Mam za sobą dopiero miesięczny staż, ale codziennie wychodzę z pracy w lepszym nastroju niż do niej przyszłam. Dlaczego? Oto kilka przykładów

 1. Uwaga, włamywacz!

Są takie rzeczy w życiu, których człowiek nie zapomni do końca życia, mało tego, jeszcze dzieciom i wnukom będzie opowiadał, jaki to kiedyś głupi był, tak ku przestrodze. Jedną z takich rzeczy niewątpliwie jest pierwszy dzień w pracy i związane z tym wpadki.

W końcu nadszedł ten, dzień, gdy skończyło się moje szkolenie i pierwszy raz miałam przyjść sama na przedpołudniową zmianę. O dziwo, nie zaspałam, nie spóźniłam się na autobus, nie zapomniałam kluczy i dotarłam na czas. Teraz to już nic nie może pójść nie tak. Dumna  z siebie, wygrzebuję z torebki klucze i próbuję otworzyć drzwi. I wtedy alarm zaczyna piszczeć. Zamiast rzucić się do ucieczki jak na rasowego włamywacza przystało, wyjmuję klucz z powrotem i zaczynam analizować sytuację. Następnie wyjmuję z torby biały magiczny prostokącik, czyli kartę zbliżeniową, którą wieczorem miałam wykorzystywać po zamknięciu sklepu. Ale tego, co z tym urządzeniem się robi rano, to już nikt mi nie powiedział. Przykładam do czytnika i nagle wszystko ucichło, a ja mogłam legalnie otworzyć drzwi. Niczego nieświadoma obsługuję klientów, aż w końcu podchodzi do mnie pan w czerni i pyta, czy mam jakiś problem. Spanikowałam, bo myślałam, że jest z kontroli, a ja dopiero otworzyłam sklep i jeszcze nie zrobiłam wszystkiego, co trzeba. Zaczęłam się tłumaczyć, ale szybko wyjaśnił się powód swojej wizyty. Był z ochrony i chciał dowiedzieć, się czy wszystko w porządku, bo dostał powiadomienie o alarmie. Na to ja, bez owijania w bawełnę, mówię, że to mój pierwszy raz i jeszcze nie wiedziałam, jak to się wyłącza. Myślę, że zrobiłam mu dzień. Na szczęście poprosił tylko o nazwisko, bo taki miał wymóg. Potem dzwoniła jeszcze szefowa, dowiedzieć się, czy nic mi nie zagraża. Jej też niewątpliwie zrobiłam dzień.

 2. A w lodówie gorzała się chłodzi...

Z popołudniowej zmiany zwykle wychodzę ok. 23.30, kiedy autobusy nocne w kierunku mojego osiedla już nie kursują. Jedyną możliwością pozostaje więc przejazd taksówką. Nie wiem, jak mi się to udało, ale podczas jednego z takich procesów zamawiania taksówki przez aplikację, jako adres odbioru, zamiast adresu sklepu wybrałam adres mojej przyjaciółki. Kierowca był nieco zdezorientowany, ale wyszedł z tego zdarzenia cały i zdrowy.

Gdy tak sobie jadę nocą taksówką po mieście, chcąc nie chcąc mam w głowie jedną piosenkę. Nie pytajcie...

 3. I numer telefonu do pani bym poprosił

Jak to w każdym sklepie bywa, trafiają mi się różni klienci. Może napiszę o tym więcej w następnym poście – „10 typów klientów z Żabki”? Ale dziś będzie tylko o kilku wybranych. Pierwszy z nich – przychodzi do sklepu, chcąc skorzystać na tym podwójnie. A mianowicie robi zakupy, zagląda do lodówki z piwem i pyta:

­– Czy to piwo to było niedawno dostawione, bo jest ciepłe?

– Tak, bo szybko schodzi – odparłam uśmiechając się ze współczuciem. Klient podchodzi do kasy i skanuję mu zakupy.

– Czy mogę poprosić o reklamówkę – pyta konspiracyjnie, nachylając się w moją stronę.

– Jasne – podaję mu papierową torbę spod lady.

– Posunę się jeszcze o krok dalej – chwila niepewności – i wezmę jeszcze Marlboro czerwone.

Oddycham z ulgą i podaję mu papierosy

– I jeszcze numer do pani wezmę – mówi, pakując zakupy do torby.

– A po co panu numer do mnie? – zapytałam inteligentnie.

– Będę dzwonił zapytać, kiedy sklep zamknięty, kiedy otwarty...

(ciąg dalszy nastąpi).

 4. Mamy sytuację awaryjną

Wtorek może środkiem weekendu nie jest, ale czasami i we wtorki człowiek ma nadzieję, że w końcu nadrobi zaległości w spaniu (w weekend bywa z tym gorzej). Jakie było moje zaskoczenie, gdy telefon obudził mnie w środku nocy, czyli o 6.47...

Tym razem nie budzik, ale telefon z nieznanego numeru. Może to dziwny pomysł, by odbierać w środku nocy telefon od tajemniczego nieznajomego, ale przysięgam – byłam półprzytomna. „Tak, słucham?” – mówię głosem sugerującym, że gdy tylko będę na siłach, to mogę zamordować każdego, kto ośmielił się o tej porze przerwać mi sen. „Magda, mamy sytuację awaryjną, czy możesz przyjść do pracy?” Na to ja bez chwili zastanowienia, mimo że jeszcze chwilę temu miałam, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia, odpowiadam: „Tak, tylko najwcześniej za jakąś godzinkę, może być?”. "Magda, gdzie twoja asertywność?" – karcę się w myślach. Ale druga Magda, ta, która pracę w Żabce kocha bardziej od spania, cieszy się, że będzie mieć dodatkowy dzień w pracy.

 5. Panią też bierzemy

Przychodzi dwóch pijanych facetów. Wnoszę to po ich hałaśliwym zachowaniu. Gdy jeden z nich otwiera usta, widzę, że albo jadł keczup i jeszcze nie skończył konsumować, albo miał poważną męską rozmowę i ktoś mu porządnie obił szczękę. Ale nie o tym chciałam. Chcieli kupić pół butelki wódki. Cierpliwie im wytłumaczyłam, że sprzedajemy tylko całe butelki. Jeden z nich doprecyzował, że chodziło im o pół litra wódki. „Jakiej?"– pytam. „Niech pani wybierze”. Podałam im najtańszą, cały czas bacznie obserwując, czy nie zdemolują mi sklepu, bo ich koordynacja ruchowa była nieco zaburzona. „I jeszcze panią bierzemy!” – oznajmił jeden z nich radośnie, a drugi natychmiast podłapał ten genialny plan. „Ale ja nie jestem na sprzedaż” – wyraźnie się zasmucili. Zażyczyli sobie jeszcze coś do popicia, też zdając się na moją intuicję. „Może być sok pomarańczowy?” – pytam. „Nie, coś gazowanego, może być to zielone” – odparł, pokazując Sprite'a w lodówce. Otworzyłam lodówkę i wyjmuję Sprite'a,

– Fajna jest, nie?

– No fajna

Potem byłam świadkiem ich niezbyt wyrafinowanego dialogu, nie trudno się domyślić o czym. Jeszcze trochę i wzywam ochronę, albo dzwonię po szefa – zdecydowałam.

– To jeszcze papierosy – powiedział pierwszy z nich. – A da się pani zabrać na kawę? – zapytał z nadzieją w głosie.

– Nie, nie dam się zabrać, mam chłopaka. – O ja głupia myślałam, że to ich zniechęci.

– A gdzie pani chłopak mieszka? Też go weźmiemy!

Podałam im papierosy i pożegnaliśmy się, zanim zdążyli zdemolować sklep.

 6. Jeśli chodzi o opróżnianie lodówki, to na mnie zawsze może pani liczyć

Gdy na przekąskach kończy się termin ważności, zdejmujemy je z półek i wkładamy do lodówki, z której potem ewentualnie za pozwoleniem szefowej można je zabrać. I pamiętam, jak pierwszy raz wyszłam z Żabki z wielką torbą kanapek. Pierwsza myśl – co ja zrobię z taką ilością jedzenia? Niemal od razu wpadłam na pomysł... by podzielić się z bezdomnymi. Siedząc z chłopakiem na parapecie w galerii (był zakaz siadania, ze względu na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakim jest Covid, ale mniejsza o to) i popijając kawę, czekałam, aż ktoś złapie przynętę. I w końcu pochodzi do nas taki jeden i zaczyna się – poratuje pani, nie mam na jedzenie, jestem bezdomny... „Pieniędzy nie mam, ale kanapką mogę się podzielić” – otwieram mu torbę. – „Proszę sobie wybrać”. Na to on bez zastanowienia sięga do torby i wybiera panini o smaku kurczak – ser. „Wybrał pan akurat taką, którą trzeba odgrzać w mikrofali” – poinformowałam, bo jeszcze tego brakowało, żeby miał problemy żołądkowe po mojej kanapce. „A skąd mikrofalę wziąć?” – zapytał. Kazałam bezdomnemu użyć mikrofali. Domu nie ma, ale mikrofalę może mieć. Brawo ja 🤣


Jeszcze nie wszystkie przykłady wyczerpałam, ale ciąg dalszy już w następnym poście, żeby nie było za długo 😊 Podobało się?