wtorek, 18 sierpnia 2026

Dziecko dla świata, czyli o sztuce przeżywania ostatnich razów

Gdy na świecie pojawia się nasze maleństwo, cieszymy się tą chwilą, jakby miała ona trwać wiecznie. Albo wręcz przeciwnie - gdy pojawiają się trudności, trudniej nam się cieszyć, próbujemy tylko się nie załamać i z utęsknieniem czekamy, aż ten ciężki dzień czy etap się wreszcie skończy. Tak czy inaczej, nikt nie przygotował nas na to, że to wszystko kiedyś się skończy. 

Jak już wcześniej wspominałam, w byciu mamą nieustannie coś mnie zaskakuje. Ostatnio spacerowałyśmy z córką i jej zabawkową spacerówką. Pierwszy raz wpadła na to, żeby zabrać ją na spacer, a jako że kreatywności u tego dziecka nie ma końca, wspieram ją w realizacji wszystkich pomysłów - o ile to, co chce zrobić jest bezpieczne i w granicach normy. Wyszłyśmy więc i biegała w szalonym tempie ciągnąc przed sobą spacerówkę przez godzinę, z zapałem pokonując wszystkie schody i podjazdy po drodze. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko jest już sprawnie fizycznie i skłonne do ryzyka. Ale uświadomiłam sobie coś jeszcze, a mianowicie, że na taką zamianę ról też nie byłam przygotowana. Przecież jeszcze dosłownie chwilę temu to ja prowadziłam wózek, a ten maluch grzecznie siedział. Macierzyństwo to niezliczona ilość zarówno pierwszych jak i "ostatnich razów", na które nigdy nie będziemy gotowi.

Bo chwile z małym dzieckiem, nie tylko te pełne zachwytów, ale też te trudne, mijają szybciej, niż jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić. Kiedyś nie będzie już ciągłego marudzenia malucha, że chce wyjść na spacer. Tej energii, dzięki której maluch nieustannie się wierci i pełno go wszędzie. Ciągłego wołania "mama", gdy tylko zaczniesz przygotowywać posiłek. Ciągłych wybuchów złości, gdy coś idzie nie po jego myśli. Proszenia kilkanaście razy dziennie o jeszcze jedną książeczkę. Głośnego śmiechu, gdy udało mu się coś nabroić i tego badawczego spojrzenia, po którym już wiesz, że coś kombinuje. Zabawek porozrzucanych w najdziwniejszych miejscach. Piasku wszędzie i brudnych po całym dniu zabawy stópek. Beztroskich spacerów i rytuałów, które są tylko Wasze. Radości i absolutnej fascynacji, gdy nagle przez przypadek odkrywa coś nowego. Ulubionego pluszaka, którego zabiera wszędzie i nieraz już zaginął i się odnalazł. Wygłupów i łaskotania. Małych rączek, które wyciąga do Ciebie niezliczoną ilość razy dziennie z miliona różnych powodów. Pierwszych nieporadnych słów, które tak rozczulają. Oczu wpatrzonych w ciebie z wyrazem całkowitego zaufania. 

Nim się obejrzymy, ten mały człowiek już nie będzie słodki i mały. Gdzieś trafiłam na stwierdzenie, że dzieci rodzimy nie dla siebie, a dla świata. Piękne to, ale i okrutne zarazem. Musimy pogodzić się z tym, że wszystko dane jest nam tylko na chwilę. Nikt nas nie przygotował na to, że kiedyś ten maluszek, to nasze drugie serce na dwóch nogach, pójdzie w świat i będzie żyć własnym życiem. Na razie jednak wolę o tym nie myśleć. Czy też Was to przeraża? Jak sobie z tym radzicie?

1 komentarz:

  1. To bardzo ciepły i trafny tekst, bo pokazuje macierzyństwo z perspektywy, o której rzadziej się mówi. Podoba mi się też, że nie idealizujesz macierzyństwa. Piszesz prawdę że obok zachwytu pojawia się zmęczenie, marudzenie, złość, bałagan i tęsknota za końcem trudnego etapu. Dzięki temu przekaz jest bardziej wiarygodny — bo można jednocześnie mieć dość jakiegoś zachowania dziecka i wiedzieć, że kiedyś będzie się za nim tęsknić.

    OdpowiedzUsuń

Przeczytane? Skomentuj, jestem wdzięczna za każdą opinię 😊