wtorek, 22 września 2026

Zwolnić na chwilę

Wiecie, co jest dla mnie najbardziej irytujące w byciu mamą? Bycie w ciągłym niedoczasie. Dosłownie. Nie zawsze - są takie dni, że wszystko ogarniam śpiewająco. Ale są też takie, że nim zdążę zrobić kawę, potem wyjść na spacer jest już południe. A nim zdążę ogarnąć jakiś obiad, a potem kolację, jest już prawie dwudziesta. Czy ktoś może mi odpowiedzieć na pytanie - dlaczego ten czas ucieka tak szybko? Idealnym rozwiązaniem byłoby gdybyśmy razem z dzieckiem w pakiecie dostawali dwie godziny w ciągu doby więcej... Albo pięć. Szkoda, że taka opcja nie jest możliwa. 

Może właśnie dlatego ten czas tak szybko mija. Ciągle biegniemy. Choć próbujemy zwolnić, potem obowiązki zasypują nas ze zdwojoną siłą. Codziennie dzielimy czas między zabawę z dzieckiem a ogarnianie wszystkiego innego. Z różnym skutkiem, bo mały człowiek tak często podejmuje decyzję za nas, przychodzi, bierze za rękę i zaprasza do zabawy lub wskakuje na ręce. 

Dla malucha zegarek nie istnieje. Natomiast my mrugamy na chwilę i okazuje się, że ten mały człowiek ma już dwa lata. Że już dwa lata codziennie kładzie się spać w naszej sypialni i budzi obok rano. Że już przez dwa lata mamy obok siebie tę jedyną w swoim rodzaju małą istotkę. Już dwa lata widzimy ten uśmiech i te oczy. A wydaje się, że znaliśmy je od zawsze. Dwa lata a już zamiast bobasa, który tylko leży i macha rączkami mamy małego człowieka, którego nogi ciągle gdzieś niosą. Dwa lata wspólnych zabaw i przytulasów.  Spontanicznego śmiechu i wielkich dramatów Małych zachwytów nad wielkim światem, który bez tego małego człowieczka byłby pusty i ponury. Długo lub niedługo, ale jesteśmy wdzięczni za ten czas jak za nic innego w świecie. 

Dla mnie te dwa lata to o wiele więcej niż oczekiwałam. Nie byłam w stanie sobie nawet wyobrazić, że przez tak krótki czas, tyle się zmieni. Będę bogatsza o tyle doświadczeń, a ten mały człowiek, który się ze mną nie rozstaje będzie najmilszym i najsłodszym towarzyszem. 

Nie będzie to nic odkrywczego, jeśli powiem - cieszmy się chwilą, bo te maluchy tak szybko rosną. A czas po prostu ucieka. Przerażające, ale też piękne, bo nic się nie wydarzy dwa razy. Dlatego ważne jest by umieć się czasem na chwilę zatrzymać i dostrzec to wszystko, co mamy. Nie tylko ten raz w roku. 

piątek, 18 września 2026

Zły opiekun - dlaczego dostał takie miano?

Był przekonany, że nie został stworzony do tego świata. Z każdym dniem czuł się coraz bardziej jak cień, który ktoś przypadkiem zmaterializował i wrzucił między innych bez jakiejkolwiek instrukcji obsługi. I co gorsza - bez prawa głosu.
Pierwsza część przygód Kornela Malickiego zainteresowała mnie na tyle, by sięgnąć po kontynuację. Nie spodziewałam się nawet, że będzie lepsza, wystarczyłoby, gdyby utrzymała poziom pierwszej części. Czy tak się stało?

Kornel Malicki słynny reportażysta znowu rozpoczyna pracę nad kolejną książką i w tym celu wyjeżdża do Wołkowyi, niewielkiej wsi nad Jeziorem Solińskim. Nieoficjalnie znów próbuje stawić czoło własnej przeszłości. Matka przed ich rozstaniem kazała mu odszukać pewnego człowieka, z którego powodu właśnie tu się zatrzymał. Ma on mieć związek z ich przeszłością. Ten człowiek, jak się okazuje, był też uczestnikiem zbiorowej masakry na obozie szkolnym - pełnił wtedy rolę jednego z opiekunów. Kornel ma zamiar poznać i wyjawić społeczeństwu prawdę o tym, co stało się przed laty. Dlaczego jeden z uczniów wystrzelał część uczestników obozu, a potem sam popełnił samobójstwo?

Nie mogę znieść myśli, że ludzie, którzy od lat przysłaniają mi niebo jak burzowe chmury, są tymi którzy absorbują najwięcej słonecznego ciepła. Ustawiają się przodem do świata, podczas gdy ofiary ich grzechów muszą zbierać się z ziemi ukradkiem, najlepiej tak, by nikogo nie zawstydzać swoim bólem. 

Po dobrej pierwszej części i w większości bardzo pozytywnych recenzjach nie sądziłam, że tak po prostu się rozczaruję. Choć dużo szczegółów co do sprawy masakry w obozie poznajemy już na wstępie, czytając sugerowałam się tym, że pod koniec dostaniemy coś naprawdę mocnego. W końcu po co pisać książkę, której zakończenie już przedstawia się na samym początku? I tu się mocno rozczarowałam. Są owszem pewne intrygi między bohaterami, w efekcie doprowadzają one do tych tragicznych wydarzeń, ale naprawdę dostajemy tylko tyle? Miałam wrażenie, że czytam o niczym. Jedyne, co sprawiło, że dobrnęłam do końca, to postać Michała Kitlera - nastolatka, który czuł się wyobcowany, nielubiany przez rówieśników i prześladowany. Załamał się do tego stopnia, że zabił kilkanaście osób i sam popełnił samobójstwo. Poznajemy go jednak nie jako mordercę, tylko wrażliwego nastolatka, kogoś, kto bardzo potrzebuje pomocy. Możliwe, że gdyby ją otrzymał, do tragedii by nie doszło. Niewątpliwie daje to do myślenia jak burzliwy i trudy bywa ten okres dla młodzieży. Jak często nawet najbliższe osoby nie potrafią dostrzec, że ten młody człowiek woła o pomoc. 

Sam Kornel nieco drażnił mnie już w pierwszej części, ale wtedy było jeszcze ciekawie i przymknęłam na to oko. Tutaj mamy ten sam schemat - reportażysta, który pracuje nad książką, poszukuje materiałów i rozpytuje ludzi, ale bardziej od tego wszystkiego zaaferowany jest swoim osobistym interesem - w tym przypadku znów odszukanie pewnego człowieka i zemsta. Już samo to podejście do sprawy jest dla mnie rażąco nieprofesjonalne, więc nie zdołałam się polubić z tym bohaterem ani przeżywać jego emocji i rozterek. Sam wątek tajemnicy z przeszłości, którą ma znać poszukiwany przez niego człowiek był dla mnie ciekawy i chyba to też zmusiło mnie do dokończenia lektury. Zakończenie też mnie nie zadowoliło, bowiem nie dostajemy pełnej odpowiedzi - autor część znaków zapytania zostawia nam, byśmy sięgnęli po kolejną część. Niestety jest mała szansa, że to zrobię, więc pewnie nigdy się nie dowiem.

Z żalem musze stwierdzić, że nie polubiłam się z tą książką, choć poprzednia część była obiecująca. 


Moja ocena: 5/10

Marcel Moss, Zły opiekun

Ilość stron: 366

Wydawnictwo Filia

Data premiery: 22.04.2026

wtorek, 15 września 2026

Nie toleruję słowa nie, zawsze dostaję to, co chcę

Jedną z rzeczy, które nigdy nie przestaną mnie zadziwiać w byciu mamą, jest to jak szybko mały człowiek chłonie wiedzę. I natychmiast naśladuje wszystko, co zauważy.

Odkurzałam. Córka zwykle trochę się bawi, trochę mnie obserwuje i biega za mną z wózkiem albo ze swoim odkurzaczem. Mamy w odkurzaczu wymienne końcówki, m. in do dywanów, które trzymamy w szafce. I gdy kończyłam odkurzać podłogę, mała mnie uprzedziła, wyciągnęła z szafki szczotkę do dywanów i mi podała. Dużo rzeczy robimy razem, chociażby razem wyciągamy naczynia ze zmywarki, ale odkurzałam zawsze sama, więc zdziwiłam się, że zrobiła z własnej inicjatywy, bez mojego polecenia. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko szybko się uczy i we wszystko chce się angażować. 

Córka ma jedną ulubioną piosenkę, której chce słuchać w kółko i często się przy niej wygłupiamy. Ostatnio zauważyłam, że z łatwością powtarza najdziwniejsze gesty, które wymyślę dobrze się przy tym bawiąc. To samo dotyczy zabawy i najróżniejszych czynności, wszystko musi robić jak mama albo tata, a gdy coś sprawia jej trudność, nie rezygnuje - najpierw posyła mamę, by to zrobiła. 

Ta zdolność uczenia się i powtarzania widoczna jest nie tylko podczas zabawy, ale też przy czynnościach, które wykonujemy na co dzień. Jeśli mówię, że muszę się napić, córka szybciej ode mnie biegnie po swoją butelkę. Gdy pokażę, że swędzi mnie nos, sama "martwi się", też "twierdzi" że swędzi ją nos i zaczyna go drapać. Gdy myszka w bajce jest smutna, bo się zgubiła, córka też robi się smutna i czasem ma łzy w oczach i decyduje, że nie chce już oglądać takiej smutnej książeczki. Choć w tym wieku ciężko jeszcze mówić o empatii, to czasem myślę, że to dziecko czuje i rozumie emocje i potrzeby innych lepiej niż niejeden dorosły. 

Zaskakujące, jak już rozumie prawie wszystko, o czym rozmawiamy - gdy tylko o czymś wspomnę - będziemy się usypiać - zdarza się, że sama biegnie, pokazuje, żeby wsadzić ją do wózka i rozłożyć oparcie. Szkoda że nie działa to we wszystkich przypadkach. Chociażby na komendę - "nie wchodzimy na zjeżdżalnię pod prąd" czy "nie wyrzucamy jedzenia z talerza". Podejrzewam, że to dlatego, że dzieci nie mają w słowniku słowa "nie", czy też po prostu je pomijają w odbiorze naszych wypowiedzi. 

Zaskakujące, ale też rozczulające, że już takie maluchy zaczynają rozumieć ten świat i chcą we wszystkim uczestniczyć i głośno manifestują swoje niezadowolenie, gdy im tego zabronimy. Chcą tak po prostu być częścią naszego świata, naśladować we wszystkim, spędzać z nami każdą chwilę (nawet do tego stopnia, że są zrozpaczone, gdy pójdziemy sami do toalety). Codziennie tym samym pokazują nam, że bycie rodzicem może być piękne tak po prostu. Że nie potrzeba niesamowitych wydarzeń, żeby każdy dzień był dobrym dniem. Wystarczy Twoja obecność i czas. I chwila wspólnej zabawy. 

Czym Wasze pociechy ostatnio Was zaskoczyły?

piątek, 11 września 2026

Co się stało w ciągu siedmiu dni?







Czas spędzony w domu nieco mnie wycisza. Rozmowa z bratem, wieczór przed telewizorem z ojcem - to wszystko jest zwyczajne i bezpieczne. Działa na mnie kojąco. Kiedy wieczorem układam się do snu, moja dusza jest nieco lżejsza. Czuję jednak, że coś się zbliża.
Pierwsza część serii o detektywie Belmoncie zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, więc sięgnęłam też po "Siedem dni" myśląc, że ta książka będzie przynajmniej na zbliżonym poziomie. Czy się nie pomyliłam?

Detektyw Faith po głośnej sprawie mordercy znad rzeki pracuje z nowym partnerem, a Harry Belmont odpoczywa na swoim odludziu. Gdy jednak ginie dziennikarz znany z krytyki policyjnych działań, w tym działań samego Belmonta, Harry Belmont postanawia wrócić do swojej policyjnej pracy i zająć się tą sprawą. Okazuje się jednak, że łatwo nie będzie. Śmierć dziennikarza to dopiero początek serii tajemniczych i okrutnych morderstw, które wstrząsają miastem. Faith Adams, jej nowy partner oraz Harry Belmont muszą działać szybko, bo z dnia na dzień pojawiają się kolejne zwłoki. Z czasem pytań przybywa, a sprawy nie udaje się ani trochę pchać do przodu, Czy uda im się zatrzymać to, co się dzieje i zamknąć sprawcę? Kto mógł się dopuścić tak okrutnych rzeczy?

Żałuję, że częściej z nią nie rozmawiałem, kiedy jeszcze było to możliwe. Pocieszające jest jedynie to, że mama nie musi być świadkiem tego, co dzieje się z jej synem. Czy gdyby żyła, wszystko wyglądałoby inaczej? Prawdopodobnie tak, ale nigdy nie można mieć pewności. Zło odzywa się w człowieku w różnych okolicznościach.

Początek książki był zupełnie nieprzekonujący. Sam początek śledztwa wydawał się zwyczajny. Do tego wzajemne docinki bohaterów przy każdej możliwej okazji. Ja naprawdę rozumiem, że mają ciężkie charaktery i mogą się wzajemnie nie lubić, ale czytanie wzajemnych obelg i opisów co kilka akapitów mnie nieco irytuje. I jeszcze narracja, w której nie unika się wulgaryzmów, ale to już znałam z pierwszej części. Na szczęście to wszystko, co mogę tej książce zarzucić. 

Całość mimo wszystko oceniam bardzo dobrze. Śledztwo, choć na początku nic na to nie wskazywało, było naprawdę trudne i złożone. Mamy tu w końcu do czynienia z brutalnym morderstwem kilkorga ludzi, a zaczyna się od czegoś, co można by podciągnąć pod zwykłe potrącenie przez samochód. Do tego nasi policjanci muszą działać szybko, bo ten, kto zabija ciągle jest w grze. Choć pewnie w innych kryminałach mamy podobne zagadki, tutaj pojawia się jeszcze pewien ciekawy motyw, ale za wiele nie mogę powiedzieć. 

Postaci bohaterów są takie jak zapamiętałam je z pierwszej części - gburowaty i niestroniący od niekonwencjonalnych metod, a jednocześnie doświadczony Harry Belmont oraz Faith Adams - ambitna i oddana pracy policjantka, która zawsze potrafi mu się odgryźć. Choć ta ich wzajemna niechęć jest momentami irytująca i infantylna, to właśnie to wyróżnia tę książkę spośród innych powieści, a samych bohaterów czyni dla nas bardziej rzeczywistymi. Można zatem stwierdzić, że mimo wszystko są to bardzo ciekawe postaci. Możemy też ich dość dobrze poznać, bo autorka opisuje ich życie prywatne, ale w żaden sposób nie zakłóca to wątku śledztwa, bo zachowuje równowagę i umiejętnie oddziela te wątki. 

Historia nim się obejrzałam, bardzo mnie wciągnęła. Do tego autorka nie skupia się za mocno na opisach, więc tempo akcji tej powieści jest szybkie. Książkę można przeczytać w jeden wieczór. Na pewno też na długo zapadnie Wam w pamięć, bo historia zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kryminałów. Do tego ciekawie przedstawiony profil mordercy. Zakończenie też oceniam bardzo dobrze. Różne tropy przez całą powieść rzucały cień na różnych podejrzanych i śledczy naprawdę musieli się nieźle nakombinować, a że tropów było mało, w dużej mierze zdani byli też na własną intuicję.

Książka jak najbardziej warta polecenia.


Moja ocena: 7/10

Katarzyna Bester, Siedem dni

Ilość stron: 347

Wydawnictwo Zaczytani

Data premiery: 20.05.2026

wtorek, 8 września 2026

Siedem rzeczy, które tylko rodzice zrozumieją

Dziecko zmienia wszystko - naszą codzienność, rutynę, dotychczasowy tryb życia, ale też priorytety. Nieraz zdarzyło mi się pomyśleć, że są takie rzeczy, których wcześniej jako ktoś, kto nie ma dzieci, nigdy bym nie zrozumiała. Tak, są rzeczy, które mogą wydawać się głupie lub śmieszne, ale gdy rozmawiamy o nich z innym rodzicem, okazuje się, że to nic nadzwyczajnego i dotyczy wielu z nas. Oto kilka z nich.

1. Cieszą nas nietypowe rzeczy 
Wiele razy przyłapałam się na tym, że weszłam do sklepu z myślą, że coś sobie kupię, a finalnie kupiłam coś dla dziecka. Nawet gdy chodzę po galerii bez założenia, że coś kupię, często kończy się tak, że kupuję jakiś drobiazg, który córka sobie upatrzyła. W końcu czego się nie robi dla tego uśmiechu. Czasem bywa tak, że gdy widzę coś ładnego dla córki, zapominam po co sama przyszłam. I już przestałam z tym walczyć.  Jako rodziców nie tak bardzo interesują nas wyprzedaże, o wiele bardziej promocje na pampersy, ciuszki czy akcesoria dla dzieci. Tylko rodzice zrozumieją, że gdy dziecko się na jakiejś czynności zafiksuje, może to robić bez ustanku, dopóki nie znajdzie sobie nowej pasji, która znów pochłonie je bez reszty. U nas ostatnio jest to robienie baniek mydlanych. Dlatego też niedawno przyłapałam się na tym jak bardzo cieszyłam się z promocji na płyn do baniek mydlanych. Nie ma to jak zrobić zapasy czegoś, co dziecko uwielbia, nie?

2. Najbardziej oczywiste, czyli zmęczenie
Zmęczenie, gdy jest się rodzicem to inny wymiar zmęczenia. Zanim zostałam mamą też bywałam zmęczona, ale fakt faktem wstawałam i kładłam się spać o której chciałam i przesypiałam całą noc, więc teraz już zmęczeniem bym tego nie nazwała. Teraz mam obok kogoś, kto poza czasem swojej drzemki nieustannie jest w ruchu, nieustannie mnie zagaduje, bierze za rękę i zaprasza do zabawy albo wyciąga na spacer. Także nie dość, że wykształciłam oczy z tyłu głowy, to przez większość czasu jestem skupiona i czujna, bo mały człowiek ma zadziwiającą zdolność pakowania się w tarapaty, gdy tylko zniknie z oczu. Ale mimo to, że mam prawo być o wiele bardziej zmęczona niż dawniej, to mam też o wiele większą siłę do działania. Dziwnym trafem, gdy rano patrzę w te oczy, zapominam, że nie chciało mi się wstawać. I jest jeszcze jeden plus - wcześniej ciężko było mi się zmusić do regularnej aktywności fizycznej - obecnie... chyba nigdy wcześniej nie robiłam regularnie tyle kroków, co teraz.

3.Granicą zaczyna być tylko wyobraźnia 
Będąc mamą robię mnóstwo rzeczy, które dawniej byłyby dla mnie niekomfortowe. Zwłaszcza, że nigdy nie lubiłam się wyróżniać czy zwracać na siebie uwagi. Teraz jestem mamą małego człowieka, który nawiązuje kontakt z każdą napotkaną osobą, bądź inne osoby próbują nawiązać kontakt z nim - "O, jakie śliczne dziecko", "A czemu tak uciekasz mamie?", a na spacerze zatrzymuje się w najróżniejszych miejscach w poszukiwaniu skarbów, staje obok kałuży i wrzuca do niej wszystko, co znajdzie w pobliżu lub szuka najdłuższego patyka, żeby sobie z nim pospacerować, ciągnąć go po ziemi, więc już nic mnie nie zdziwi. 

4. Czas, a raczej jego ciągły deficyt
Choć jako mama z zarządzaniem czasem radzę sobie o wiele lepiej niż zanim miałam dziecko, to trzeba przyznać, że czas z macierzyństwie jest dobrem deficytowym, szczególnie ten czas tylko dla siebie. A gdy już mam tą chwila dla siebie, mija gdy tylko zdążę usiąść z kawą i chwilę odsapnąć.

5. Lęki
Wraz z dzieckiem rodzą się lęki i niektóre z nich zostają na zawsze, jak lęk czy obawa o bezpieczeństwo dziecka. W końcu nie jesteśmy już odpowiedzialni tylko za siebie, a pojawia się ktoś kto polega tylko i wyłącznie na nas. Tylko rodzice zrozumieją, jak wiele energii trzeba poświęcić, by takiego człowieka, którego wszędzie pełno i nie cofnie się przed niczym, utrzymać przy życiu. 
Jest jeszcze lęk wywoływany jest przez płacz dziecka. Choć wiemy, że na początku to jedyne narzędzie komunikacji, płacz zawsze wywołuje nieprzyjemne odczucia i sprawia, że chcemy natychmiast pomóc, choćby chodziło tylko o drobnostkę. 
I jeszcze jeden z gorszych leków - lęk przed wybudzeniem z drzemki. Dla mnie nie ma nic gorszego, niż za krótka drzemka malucha. Raz, że nie zdążę się zregenerować, dwa marudny mały człowiek to marudny mały człowiek - wymaga o wiele więcej zasobów energii. Co innego wyspany, którego cieszy wszystko i chętnie zrobi wszystko, co zaproponujesz. 

6. Zmiana sposobu patrzenia na wiele rzeczy 
Gdy stajemy się rodzicami, zupełnie inne rzeczy stają się dla nas ważne. Uczymy się też patrzenia z dystansem na wszystko inne, co do tej pory nas zajmowało. Kiedyś mogła być to praca, pieniądze, nowa pasja czy znajomi. Spędzając większość czasu przy opiece nad dzieckiem, w swoim wolnym czasie, którego nie mamy już tyle, co wcześniej, robimy tylko te rzeczy, które są naprawdę wartościowe i warte naszej uwagi. Potrafimy z tych mniej ważnych zrezygnować. 

7. Zmiana charakteru 
My stwarzamy dziecko, ale nie bez powodu mówi się też, że to dzieci stwarzają nas.  Uczymy się stawiania dobra innego człowieka ponad swoje i cierpliwości, jakiej tylko małe niesforne, władające rączki we wszystko i często wybuchające płaczem dziecko potrafi nauczyć. Ze zdumieniem odkrywamy, że stajemy się wersją siebie, której wcześniej nie znaliśmy - tą lepszą wersją. Kimś, kto wie, że to, na czym mu najbardziej zależy, to wszystko co najlepsze dla tego małego człowieka. Kimś, kto ma w sobie więcej spokoju i pozytywnych myśli. W końcu musimy być oparciem dla tego małego człowieka. 

Czy macie takie rzeczy, które zrozumieć mogą tylko inni rodzice? Co jeszcze dodalibyście do tej listy?

piątek, 4 września 2026

Lekcja pierwsza: nie ufaj nikomu

Na mojej skroni pulsuje żyła. Dopuszczam możliwość, że rzuci się na mnie i mnie zabije, zanim dokończymy tę rozmowę. Zanim mój mąż przyzna się, że robił to, co robił, gdy go obserwowałam. Jakaś część mnie chciałaby, żeby tak się stało. 
Przyznam, że czasem, gdy mam zły dzień lubię sięgnąć po taką mroczną historię pełną ciemnych charakterów i wydarzeń, które mogą wstrząsnąć. Pozwala mi to nabrać dystansu i choć może to nienajlepszy sposób, by ogarnąć złe samopoczucie, to w pewien sposób daje ukojenie, w końcu zawsze mogło być gorzej. Okazało się, że "Nauczyciele" to właśnie jedna z takich historii, choć wcale się na to nie zapowiadało.

Eve i Nathaniel to na pozór przykładne małżeństwo. Oboje pracują jako nauczyciele. I tylko oni wiedzą, że ich związek już od dawna nie jest taki jak powinien być. Jakby tego było mało, do ich grup trafia Addie - uczennica znana w liceum Caseham ze skandalu - plotkowano wtedy, że ma romans z nauczycielem. Jest jednak coś jeszcze gorszego, co Addie ukrywa. Eve niepokoi się, że nie można jej ufać i przestrzega przed nią męża. Czemu ta szesnastolatka ma opinię dziewczyny, która przynosi problemy?
Jestem taką szczęściarą. Mam piękny dom, satysfakcjonującą pracę i męża, który jest miły, łagodny i niesamowicie przystojny. A jednak gdy Nate wyprowadza samochód na drogę i włącza się do ruchu, kierując się w stronę szkoły, mogę myśleć jedynie o tym, że mam nadzieję, że jakaś ciężarówka przejedzie na czerwonym świetle, zmiecie naszą hondę i zabije nas oboje na miejscu. 
Kiedyś zdarzyło mi się obejrzeć "Trudne sprawy" czy "Szkołę". Tu mamy kombinację właśnie takich dramatów na miarę tych seriali, ale w zdecydowanie lepszym i wydaniu i z głębszym przekazem. No i jest to thriller, więc trochę Wami wstrząśnie. Trochę to mało powiedziane, bo w tej książce naprawdę źle się dzieje i niejedno życie jest zagrożone.

Sądząc po opisie historia może wydawać się nieco banalna i przewidywalna - tu się po części zgodzę. Do pewnego momentu akcja toczy się dokładnie tak, jak bym się tego spodziewała, gmatwa się dopiero nieco później. Nie zepsuło mi to jednak radości z czytania. Autorka prowadzi narrację bardzo ciekawie. Książka ma to coś, co po prostu zmusza, by czytać dalej. Może to, że autorka nie próbuje na siłę budować napięcia, po prostu powoli wprowadza nas w historię bohaterów, cały czas pozostawiając jakieś niedopowiedzenia. Gdy już myślimy, że więcej się nie wydarzy, nagle zmienia się wszystko.

Dużym plusem dla mnie jest też narracja pierwszoosobowa z różnych perspektyw. Mamy tu też perspektywę Addie, czyli szesnastolatki. Zawsze ostrożnie podchodzę do książek, gdzie mamy nastolatkę czy nastolatka jako narratora, bo bywa, że jest sztucznie albo nudno. Tutaj jednak bohaterka była dość przekonująca.

Kolejnym plusem były dla mnie bardzo przekonujące portrety psychologiczne bohaterów. Każda z postaci była naprawdę przemyślana i odwzorowana z dbałością o każdy szczegół. Nate - przystojny nauczyciel angielskiego i poeta, z pozoru miły i oddany uczniom, jednak jak każda z postaci w tej książce skrywa coś więcej. Eve - nielubiana przez uczniów, surowa i wymagająca nauczycielka matematyki - kto z nas nie miał takiej w szkole?  Jednak nawet ona okazuje się być nieprzewidywalna. I Addie - uczennica, która oddałaby wszystko, by być w szkole niewidzialna, jednak ani trochę jej to nie wychodzi. Problemy, których doświadcza w środowisku szkolnym cierpliwie znosi, bo wie, że nie to jest najgorsze. Można powiedzieć, że każda z postaci nie do końca jest tym, kim się wydaje. Lubię takich bohaterów, których zachowania ciężko przewidzieć.

Może nie wybitna historia, gdyż jak wspominałam, z początku trochę przewidziałam, co będzie się działo, ale naprawdę bardzo dobra. I zdecydowanie na długo zapada w pamięć. Na pewno przeczytam więcej książek tej autorki, bo ta pozycja bardzo wyróżnia się spośród thrillerów psychologicznych, które do tej pory poznałam. Czy pozostałe jej książki też są dobre, czy lepsze?


Moja ocena: 8/10

Freida McFadden, Nauczyciele

Ilość stron: 434

Wydawnictwo Czwarta Strona

Data premiery: 27.08.2025 


wtorek, 1 września 2026

Po to tak naprawdę zostałam mamą, czyli o przesypywaniu piasku słów kilka

Często chodzimy z córką na plac zabaw. Zawsze to chwila odpoczynku dla rodzica, a dziecko może się wybiegać przed drzemką. I ostatnio, gdy tak sobie siedziałam i patrzyłam, coś do mnie dotarło.

Niby to tylko huśtawka, zjeżdżalnia, piaskownica i czasem jeszcze karuzela, ale dzieci potrafią tam wymyślać naprawdę przeróżne zabawy. Najbardziej lubię, gdy dzieci bawią się w dużej grupie, wszystkie razem, starsze angażują młodsze. Czasem jednak zdarza się,  że jesteśmy same. Jednego razu córka wymyśliła, że będzie nosić piasek z piaskownicy wiaderkiem i wsypywać na karuzelę. A gdy już coś wymyśli, ma zajęcie na dłuższy czas, więc nie ingeruję i nie przeszkadzam. I gdy tak siedziałam na tej karuzeli, a ona biegła z wiaderkiem piasku patrząc wprost na mnie, w końcu dotarło do mnie, czym jest to całe macierzyństwo. Ta radość, zapał i niewinne oczy, gdy Twoja pociecha biegnie w Twoim kierunku. Uświadomiłam sobie, że to właśnie po to zostałam mamą. By codziennie na nowo doświadczać czegoś, co dla tego małego człowieka jest w danej chwili najważniejsze. Nawet jeśli na ten moment jest to tylko przesypywanie piasku z miejsca w miejsce. Bo dla niej to w tym momencie wszystko. Za kilka lat to już będą inne aktywności i problemy. Teraz ten maluch chce, by być z nim w tym jego małym świecie. I zawsze patrzy z taką ufnością, że cokolwiek innego zaprząta Twoją głowę, w tym momencie przestaje się liczyć. 

Może to właśnie to jest sensem macierzyństwa? Chwile, gdy uświadamiasz sobie, jak bardzo ten mały człowiek na Tobie polega. Nie tylko, gdy płacze i jest mu źle. Chce żebyś mu towarzyszyła we wszystkim, co postanowi. Dostrzegała małe sukcesy, była wsparciem, po prostu była obecna. I byś w tej zwyczajnej codzienności zawsze umiała spojrzeć z zachwytem na człowieka, którego stworzyłaś. I tym samym codziennie na nowo utwierdzała się w przekonaniu, że to najlepsze co mogłaś w życiu zrobić.

piątek, 28 sierpnia 2026

Kto i dlaczego ma obsesję?

Obsesja Natashy Preston to moje pierwsze spotkanie z autorką. Nie miałam za dużych oczekiwań co do tej książki. Na wątek z nagrywaniem vlogów i działalności w social mediach trafiłam po raz pierwszy i byłam ciekawa jak autorka go wykorzysta w tej powieści, która sądząc po opisie zapowiadała się trochę mrocznie. 

Connie jest sławna. Ale nie jest to dla niej powód do dumy, wręcz przeciwnie. Mama regularnie nagrywa vlogi z udziałem jej i jej siostry, które stały się bardzo popularne. Pod nieobecność mamy i siostry, które wyjeżdżają na dwa tygodnie, dziewczyna zostaje sama z poczuciem, że dzieje się coś niepokojącego. W okolicy giną nastolatki. Czuje, że jej też może coś grozić.

Miało być mrocznie, a nie było. Nie było nawet przyzwoicie na tyle, żebym czytała z jakimkolwiek zainteresowaniem.  Naprawdę dawno się tak nie wynudziłam podczas czytania książki. Przez dwie trzecie lektury nie działo się praktycznie nic ciekawego. Zastanawiam się jak to możliwe, że mimo to dobrnęłam do końca. Owszem, główna bohaterka opowiada nam o swoich lękach, które nie są bezzasadne, ale całość skupia się tylko na tym. Na jej lękach, poczuciu bezradności i w dużej mierze tylko domysłach, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. W trakcie pojawił się jeden wątek, który zaczęłam śledzić z zainteresowaniem, ale to wszystko. I plus za zakończenie - zostało ciekawie rozegrane. To zdecydowanie za mało, by uznać książkę za choć trochę interesującą. 

Sama główna bohaterka w moim odczuciu taka nijaka. Nawet nie powiem, że irytująca, bo żadnych emocji we mnie nie wzbudziła. Przez większą część lektury jest tylko mowa o jej lęku w związku z tym, że została sama w domu na czas podróży mamy i siostry. Przypuszcza też, że ktoś ją śledzi i może chcieć zrobić krzywdę. Mamy tylko przypuszczenia, które ani trochę nie są przekonujące. 

Sam styl pisania całkiem przyjemny, więc czytało mi się dobrze, ale fabuła ani trochę nie wciąga. 

Myślę, że ta historia mogłaby być o wiele lepsza, bo sam pomysł na fabułę był ciekawy. Liczę na to, że trafię jeszcze na lepsze książki tej autorki, bo nie chcę się zniechęcać po przeczytaniu tej jednej. 


Moja ocena: 4/10

Natasha Preston, Obsesja

Ilość stron: 320

Wydawnictwo Feeria Stories

Data premiery: 11.03.2026 

wtorek, 25 sierpnia 2026

Dziecko to mistrz zachwytu i zachwycania

Jak już wspominałam wcześniej, w macierzyństwie nieustannie coś mnie zaskakuje. Czas spędzony z dzieckiem, choć bywa trudny, to jest też wyjątkowy. Po części dlatego, że każda chwila, którą przeżywamy, jest ostatnią. Dziś masz przed sobą niesforną i energiczną dwulatkę, ale nim się obejrzysz będzie już dorosła. Gdybyś miała jednak wybrać tylko jedną rzecz, którą w spędzaniu czasu z dzieckiem lubisz najbardziej, co by to było? Ja osobiście mam takich rzeczy mnóstwo.

Wczoraj podczas przygotowywania kolacji, córka, jak to zwykle bywa, chciała pomóc. Układała więc pokrojone warzywa na blaszce siedząc na blacie kuchennym. Ja w tym czasie patrzyłam, jaką radość sprawia jej każdy kolejny kawałek, który bierze do rączki i z jakim zapałem je układa. Choć było ich na tyle dużo, że mogłaby się znudzić i iść do innej zabawy, to nie przerywała sobie, dopóki nie ułożyła wszystkich. Gdybym miała wybrać, co najbardziej kocham w spędzaniu czasu z dzieckiem, to byłoby właśnie to. Małe rączki dziecka, które chcą zaangażować się we wszystko, co robisz, nawet jeśli to jeszcze ponad jego możliwości. Zapał, jaki towarzyszy każdej wykonywanej przez nie czynności. Radość z tego, co robi, nawet jeśli to są tylko proste rzeczy. Stuprocentowe zaangażowanie i skupienie. Dziecko wykonując daną czynność jest tylko tu i teraz, nic poza tym się nie liczy, włada w to całe serce. I jeszcze ta ciągła chęć naśladowania wszystkiego, co robisz. Przy dosłownie każdej czynności. Niesamowite, a czasem bywa zabawne. 

Jemy śniadanie, słońce świeci i zapowiada się ładny dzień. Mała siedzi naprzeciwko i zadowolona wybiera kawałki owoców z owsianki. Złapałam się na tym, że coraz częściej dostrzegam takie małe, pozornie nic nie znaczące drobiazgi. Nauczyłam się żyć wolniej i doceniać małe rzeczy. To chyba dzięki niej. Dzieci są mistrzami w zachwycie nad małymi rzeczami. Ulubiona przekąska, coś nowego, co znajdzie na spacerze, czy zwyczajna sytuacja, o której opowiada potem z takim zachwytem, jakby przeżyła coś niezwykle fascynującego. Najpiękniejsze, co może być. 

Idziemy się usypiać. Córka od jakiegoś czasu zabiera ze sobą do sypialni dwa pluszaki, jednego bierze ze sobą do łóżka, a drugiego mi daje i każe z nim spać. Oprócz tego bierze jeszcze dwie butelki wody - da siebie i dla mamy. Kocham też to, że choć takie małe dziecko, skupia się głównie na swoich potrzebach, myśli też o Tobie. Że idąc do sypialni, niesie dwa pluszaki i jednego oddaje Tobie, myśląc, że też będziesz go potrzebować. Oprócz swojej butelki wody, próbuje złapać też Twoją, choć jest cięższa. Bo skoro ono będzie chciało pić przed snem Ty pewnie też. Mało tego, opiekuje się nawet lalką czy pluszakiem i to najlepiej jak potrafi. Przytula, całuje, usypia, czyta książeczki. Wzruszają mnie takie drobiazgi, które dzieci robi same z siebie, choć nikt ich tego nie uczy.

To tylko kilka losowych przykładów, bo jest ich znacznie więcej i nie sposób wymienić wszystkiego, nawet nie będę próbować. Co Wy najbardziej doceniacie w czasie spędzonym z dziećmi?

piątek, 21 sierpnia 2026

Jak bardzo można skrzywdzić dziecko?

Ludziom się wydaje, że czas leczy rany i te zadane w serce prędzej czy później zawsze się goją. Tylko co w sytuacji, gdy tragedia, której doświadczamy, dosłownie nam to serce rozrywa? Niby jak poskładać je do kupy po takiej traumie? 
Po książki tego autora już dawno nie sięgałam, bo zawsze miałam po nich niedosyt, czegoś mi tam brakowało. Gdy zobaczyłam "Porzucone dziecko", uznałam, że to jest ten moment, by spróbować ponownie.

Kornel jako dziecko doświadczył chyba wszystkiego, co najgorsze, a potem został wywieziony z dala od domu i porzucony. Obecnie jest autorem bestsellerowych reportaży, ma nastoletnią córkę, a jego żona jest chora na raka. Do Cisowic, małej miejscowości w sąsiedztwie Bieszczad, gdzie znajduje się dobre hospicjum, sprowadza go choroba żony, ale także... chęć zemsty za wszystkie traumy, których doświadczył jako dziecko. I co najbardziej niepokojące - wydaje się być zdolny do wszystkiego. 

Pielęgniarka wręczyła mi otuloną ręcznikiem Patrycję: różowiutką, grzecznie śpiącą dziewczynkę z gładziutką skórą. Wydawała się tak delikatna, że bałem się jej dotknąć, by jej nie uszkodzić. Wreszcie przemogłem się i przyłożyłem czubek palca do wierzchu jej malutkiej dłoni. I nagle ogarnął mnie chłód, a w sali zgasło światło. Stałem tam sam z córką i nasłuchiwałem biegających w mroku bestii. Rechotały triumfalnie, dając mi do zrozumienia, że tak naprawdę nigdy się od nich nie uwolniłem. One zawsze we mnie były: przyczajone na dnie duszy, czekające na idealny moment, by ponownie zaatakować i odrzuć mnie z nadziei na to, że kiedyś będę mógł normalnie żyć. 
Książka w moim odczuciu bardzo dobra. Znalazłam w niej to, co lubię najbardziej, czyli powody do zastanowienia nad kilkoma istotnymi kwestiami. Porusza bowiem bardzo ważny i ciężki temat jakim są dziecięce traumy, a z drugiej strony odpowiedzialne, czy raczej w tym przypadku nieodpowiedzialne rodzicielstwo, które może mieć zgubne konsekwencje. Zwraca uwagę na to, że każdy z nas, a dziecko w szczególności, do życia potrzebuje zaspokojenia potrzeb takich jak miłość i bezpieczeństwo. I gdy tego nie doświadcza, a zamiast tego doświadcza całego wachlarza negatywnych emocji i lekkomyślnych i krzywdzących zachowań rodziców, ciągnie się to potem za nim przez całe życie. Temat ważny, bo o takich rodzicach wiele się teraz słyszy. Nasuwa się więc pytanie - czy stajemy się coraz bardziej nieczuli na krzywdę, szczególnie krzywdę dzieci, które w żaden sposób przed tym się nie obronią?

Jest jeszcze drugi, nie mniej ważny temat - chęć zemsty takiego właśnie skrzywdzonego dziecka. Przez całą lekturę z niepokojem patrzymy, jak ta potrzeba zemsty dojrzewa i podpowiada bohaterowi rozwiązania jego zdaniem idealne, które planuje zmienić w czyny. I zadajemy sobie pytanie - do czego człowiek z tak wyniszczoną psychiką jest zdolny? Czy istnieje zemsta doskonała? 

Kornel jest bohaterem ciekawym i nieprzewidywalnym. Doświadcza szeregu różnych emocji i przechodzi przez najróżniejsze - w tym też te najgorsze wydarzenia życiowe. O wszystkim się dowiadujemy, ale nie od razu. Autor długo pozostawia to w tajemnicy, stopniowo odkrywając przed nami karty. Umiejętnie manipuluje czytelnikiem i jego emocjami. Podobała mi się ta ciągła niepewność i ciekawość, co będzie dalej.

Byłabym skłonna ocenić lekturę wysoko, ale znalazłam kilka mankamentów. Pierwsze, co mi się nie spodobało, to narracja z punktu widzenia małego dziecka, która sprawia, że początkowo czyta się dziwnie. Dla mnie trochę abstrakcyjne było łączenie w narracji z przeszłości języka małego dziecka i człowieka dorosłego. Na szczęście miało to miejsce tylko na początku książki. Mam też trochę zarzutów do głównego bohatera. Momentami w moim odczuciu jego działania były nieco naciągane i abstrakcyjne. Nawet mając wzgląd na jego traumy, momentami nie potrafiłam mu współczuć, a wręcz odpychało mnie to, co robi. 

Mimo tych mankamentów, ogółem książka wypada naprawdę dobrze. Jest to mocna historia, można nawet powiedzieć jazda bez trzymanki. Porusza trudne i jednocześnie bardzo istotne życiowe kwestie, a oprócz tego jest to historia z morałem.  A do tego kończy się tak, że wręcz wymusza sięgnięcie po kolejną część, czyli w najlepszy możliwy sposób - nie wiem jak Wy, ale ja lubię takie tajemnicze zakończenia. 


Moja ocena 7/10
Marcel Moss, Porzucone dziecko
Ilość stron: 351
Wydawnictwo: Filia
Data premiery: 24.09.2025

wtorek, 18 sierpnia 2026

Dziecko dla świata, czyli o sztuce przeżywania ostatnich razów

Gdy na świecie pojawia się nasze maleństwo, cieszymy się tą chwilą, jakby miała ona trwać wiecznie. Albo wręcz przeciwnie - gdy pojawiają się trudności, trudniej nam się cieszyć, próbujemy tylko się nie załamać i z utęsknieniem czekamy, aż ten ciężki dzień czy etap się wreszcie skończy. Tak czy inaczej, nikt nie przygotował nas na to, że to wszystko kiedyś się skończy. 

Jak już wcześniej wspominałam, w byciu mamą nieustannie coś mnie zaskakuje. Ostatnio spacerowałyśmy z córką i jej zabawkową spacerówką. Pierwszy raz wpadła na to, żeby zabrać ją na spacer, a jako że kreatywności u tego dziecka nie ma końca, wspieram ją w realizacji wszystkich pomysłów - o ile to, co chce zrobić jest bezpieczne i w granicach normy. Wyszłyśmy więc i biegała w szalonym tempie ciągnąc przed sobą spacerówkę przez godzinę, z zapałem pokonując wszystkie schody i podjazdy po drodze. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko jest już sprawnie fizycznie i skłonne do ryzyka. Ale uświadomiłam sobie coś jeszcze, a mianowicie, że na taką zamianę ról też nie byłam przygotowana. Przecież jeszcze dosłownie chwilę temu to ja prowadziłam wózek, a ten maluch grzecznie siedział. Macierzyństwo to niezliczona ilość zarówno pierwszych jak i "ostatnich razów", na które nigdy nie będziemy gotowi.

Bo chwile z małym dzieckiem, nie tylko te pełne zachwytów, ale też te trudne, mijają szybciej, niż jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić. Kiedyś nie będzie już ciągłego marudzenia malucha, że chce wyjść na spacer. Tej energii, dzięki której maluch nieustannie się wierci i pełno go wszędzie. Ciągłego wołania "mama", gdy tylko zaczniesz przygotowywać posiłek. Ciągłych wybuchów złości, gdy coś idzie nie po jego myśli. Proszenia kilkanaście razy dziennie o jeszcze jedną książeczkę. Głośnego śmiechu, gdy udało mu się coś nabroić i tego badawczego spojrzenia, po którym już wiesz, że coś kombinuje. Zabawek porozrzucanych w najdziwniejszych miejscach. Piasku wszędzie i brudnych po całym dniu zabawy stópek. Beztroskich spacerów i rytuałów, które są tylko Wasze. Radości i absolutnej fascynacji, gdy nagle przez przypadek odkrywa coś nowego. Ulubionego pluszaka, którego zabiera wszędzie i nieraz już zaginął i się odnalazł. Wygłupów i łaskotania. Małych rączek, które wyciąga do Ciebie niezliczoną ilość razy dziennie z miliona różnych powodów. Pierwszych nieporadnych słów, które tak rozczulają. Oczu wpatrzonych w ciebie z wyrazem całkowitego zaufania. 

Nim się obejrzymy, ten mały człowiek już nie będzie słodki i mały. Gdzieś trafiłam na stwierdzenie, że dzieci rodzimy nie dla siebie, a dla świata. Piękne to, ale i okrutne zarazem. Musimy pogodzić się z tym, że wszystko dane jest nam tylko na chwilę. Nikt nas nie przygotował na to, że kiedyś ten maluszek, to nasze drugie serce na dwóch nogach, pójdzie w świat i będzie żyć własnym życiem. Na razie jednak wolę o tym nie myśleć. Czy też Was to przeraża? Jak sobie z tym radzicie?

piątek, 14 sierpnia 2026

O tym, do czego może prowadzić desperacja

Cierpienie związane z przeszłością jest najgorsze, bo tak jak ona nie odwracalne. W pewnym momencie człowiek nabiera do niego dystansu, ale ono wciąż w nim tkwi. Nie da się go wyrwać z korzeniami..

"Desperatka" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Alicji Sinickiej, chodź już  wcześniej planowałam przeczytać coś tej autorki. Na pewno jeszcze nie raz będę miała okazję, bo pierwsza lektura okazała się pozytywnym zaskoczeniem.

Inę znaleziono martwą w jej sypialni. Okoliczności są niejasne, choć śledczy skłaniają się ku temu, że było to samobójstwo. Tylko jej siostra Adela, choć łączyła je niezbyt udana relacja, zaczyna drążyć temat. Im więcej udaje jej się dowiedzieć, tym bardziej uświadamia sobie, że niewiele na temat Iny wiedziała. Choć z trudem jej to przychodzi, postanawia poznać okoliczności śmierci siostry, jakie by nie były. Czy mogła targnąć się na własne życie? Czy jednak znalazł się ktoś, kto życzył jej śmierci i upozorował samobójstwo? Z czym Ina mierzyła się przed śmiercią?

Choć wątek samobójstwa w thrillerach czy kryminałach to nie jest nic wyjątkowego, niech Was nie zwiedzie sam opis fabuły, bo w tej lekturze znajdziecie więcej wątków, które zostały poruszone w naprawdę ciekawy i przekonujący sposób. Na pierwszym planie mamy relację siostrzaną. Tutaj jest ona bardzo skomplikowana, bo jedna z sióstr jest tą lepszą, a druga jest czarną owcą w rodzinie. Jedna nieustannie jest w cieniu drugiej, co prowadzi do pogorszenia relacji i odbija się na życiu jednej i drugiej. Autorka poruszyła w tej lekturze też problem hazardu, a raczej uzależnienia od hazardu i jego wyniszczających konsekwencji. Bardzo zainteresował mnie też problem relacji między pracownikami oraz między pracownikami a przełożonymi, w których konflikty są nieodłącznym elementem i bardzo mocno odbijają się na sytuacji bohaterów. 

Sam rozwój wydarzeń też był bardzo zajmujący. Tak bardzo, że książkę przeczytałam w mgnieniu oka. Sporo tam intryg między bohaterami, trochę fałszywych tropów, ale najbardziej podobało mi się to, że niejednokrotnie był dreszczyk grozy. Historia naprawdę opowiadana była w taki sposób, że momentami przeraża i to bardzo mocno. W tej historii nie będziecie mieli chwili oddechu, bo tempo jest szybkie, a autorka ma lekkie pióro, przez co czyta się błyskawicznie.

Jedyne, czego mi tu zabrakło, to jakieś mocne wow. Sama tematyka bardzo ciekawa, lektura naprawdę na poziomie, ale obawiam się, że na długo ze mną nie zostanie. Nie powiem, że nie zrobiła na mnie wrażenia, bo jest to mocna historia, dotyka ciężkich tematów, szokuje, Dobra książka i świetna rozrywka, ale zabrakło mi w niej "tego czegoś".

Myślę, że jest to świetna pozycja, jeśli nie boicie się trudnych tematów i jesteście gotowi się z nią zmierzyć. Na pewno nie będziecie się przy niej nudzić.


Moja ocena 7/10
Alicja Sinicka, Desperatka
Ilość stron: 336
Wydawnictwo WAB
Data premiery: 21.05.2025

wtorek, 11 sierpnia 2026

Macierzyństwo to też sztuka odpuszczania

Jako świeżo upieczona mama zawsze starasz się robić wszystko idealnie. Wszystko musi być idealnie czyste, wyprasowane, sterylne. Potem, gdy zaczyna się rozszerzanie diety, posiłki muszą być smaczne pełnowartościowe, ładnie się prezentujące, jak te ze zdjęć na Instagramie. Dziecko musi jeść książkowo i tylko to, co wartościowe. Żadnych "zapychaczy" i przekąsek, których dietetycy nie polecają, typu chrupki kukurydziane. I można tak wymieniać i wymieniać jeszcze przykłady naszych założeń, z jakimi startujemy w wychowanie dziecka? Ile z nich zostaje z nami na dłużej? 

Ostatnio trafiłam na tekst, który dał mi nieco do myślenia. Mianowicie była mowa o tym, że w obecnych czasach macierzyństwo jest dużo trudniejsze niż kiedyś. A wszystko to dlatego, że kiedyś rządziły inne zasady, a dziś inne. Punktem wyjścia, który został tam wymieniony, było to, że kiedyś dziecko od rana do wieczora biegało po podwórku, brudziło się, bawiło swobodnie, robiło to, na co miało ochotę. W obecnych czasach natomiast zabiera się dzieciom "podwórka", które autor tekstu utożsamiał z taką niczym nieograniczoną swobodą poznawania świata, w zamian to dziecko sadza się na kanapie, dostaje telewizor, smartfon czy tablet, na którym ogląda bajkę, tym samym nie wymagając uwagi i zaangażowania rodzica. Kiedyś wychowanie nie było tak wymagające, dziecko miało podwórko i było szczęśliwe. Dziś, choć czasem angażujemy już najmłodsze dzieci w najróżniejsze, często drogie, zajęcia rozwojowe czy sensoryczne, wcale nie oznacza to, że dzieci rozwijają się lepiej. I zamiast dać takiemu dziecku spokój i czas na samodzielny, swobodny rozwój, wozimy potem od jednego specjalisty do drugiego, czekamy w kolejkach i udręczeni narzekamy jakie to macierzyństwo jest ciężkie. A nasi znajomi patrząc na to, nie chcą decydować się na dzieci. 

Pomyślałam, że może i ten autor ma trochę racji. W kwestii ekranów się nie wypowiem, bo moje dziecko ekranów dziecko nie ogląda i nie będzie oglądać jak najdłużej. Ale postanowiłam zwrócić uwagę na to, jak wpływa na moje dziecko czas spędzany na świeżym powietrzu. Nie jest tajemnicą, że dzieci po zabawie na świeżym powietrzu śpią lepiej. Gdy mam dużo czasu i spędzam większość dnia z dzieckiem na podwórku - a zdarza się to, gdy jesteśmy u moich rodziców na wsi - mała po takim dniu przesypia całą noc bez wybudzania się, co na co dzień się nie zdarza. Stąd moje przypuszczenie, że to właśnie to "podwórko", o którym wcześniej była mowa odgrywa tu kluczową rolę. 

Druga kwestia - w obecnych czasach podejście do wychowania się bardzo zmieniło. A co za tym idzie, więcej oczekuje się od młodych rodziców. My sami jako rodzice, też więcej od siebie oczekujemy. Każdy zna słynne powiedzonko rodziców i dziadków - "kiedyś tego nie było i też było dobrze", które jest odpowiedzią na wszystkie kwestie, z którymi starsze pokolenie się nie zetknęło w kwestii wychowania dziecka. Przykładem niech będą słodycze w diecie dziecka. Dziś żelazną zasadą jest, że dziecko do roku nie może spożywać cukru ze ze względu na jego szkodliwy wpływ na mały organizm. Zaleca się też unikanie spożycia cukru przynajmniej do drugiego, a nawet do trzeciego roku życia dziecka. A kiedyś? Większość babć pewnie zgodzi się z tym, że kiedyś nie istniała granica wieku, od której w diecie dziecka może pojawić się cukier. Takie przykłady można wyliczać i wyliczać. Nie tylko w kwestii rozszerzania diety. Obecnie dużo jest nowych wytycznych, które często są punktem spornym - jak nosić niemowlaka, jak powinno wyglądać łóżeczko, czy raczej jak nie powinno, czy podawać dziecku smoczek i kiedy odsmoczkować, jak i kiedy odpieluchować malucha, czy chodzik jest szkodliwy czy nie, i tak dalej, i tak dalej. Czasem mam wrażenie, że na każdym kroku jest jakieś "ale". Że na wszystko co robię, są jakieś normy, które powinnam spełnić. I że jest ich więcej, niż jestem w stanie przyswoić. I o tym właśnie chciałam dzisiaj mówić. 

O tym, że często próbujemy trzymać się założonych przez siebie norm, jakby to one wszystko definiowały. Jakbyśmy bez nich byli złymi rodzicami. Dopiero z czasem zaczynamy rozumieć, że rodzicielstwo to nie konkurs, kto zrobi wszystko idealnie. To nie jest też wyścig, kiedy dziecko zacznie chodzić i mówić, i jak szybko się rozwija w porównaniu do rówieśników. Że choć będziesz się starać, nie zawsze wszystko wyjdzie i to jest w porządku. Że jeśli bobas raz ominie drzemkę, naprawdę nic się nie stanie. Że jeśli raz przesunie się pora posiłku, czy dziecko w ogóle go odmówi, też świat się nie zawali. Że nie jest możliwe, żeby w swoim życiu nie zjadł choć trochę piasku, czy bakterii. Że nie każdy posiłek musi być idealny czy zjedzony do końca, bo nawet jeśli bobas uzna, że przez jakiś czas do przeżycia wystarczy mu woda i ogórki, to też jest w porządku. 

Nazwałam to sztuką odpuszczania. Dopiero gdy nauczyłam się odpuszczać w niektórych kwestiach i nabrałam dystansu do tego, co robię jako mama, mogę się tak naprawdę cieszyć z bycia mamą. Nie krytykujmy się same przed sobą za każdą drobnostkę. Skupiajmy się na tym, co istotne. Macierzyństwo to nie są sztywne zasady. Bardzo często macierzyństwo to sztuka kompromisów i skutecznych negocjacji. Zrozumieć drugiego człowieka to sztuka, ale zrozumieć człowieka, który mówi w sobie tylko znanym języku, potrzebuje naszej pomocy, by radzić sobie z emocjami i często ma niekontrolowane wahania nastroju, to już wyższa szkoła jazdy. Dlatego nie jest możliwe, by wszystko szło idealnie. Dajmy sobie i dziecku prawo do bycia nieidealnymi. Wtedy możemy być spokojniejsze i szczęśliwsze. 

Czy u Was też takie podejście się sprawdza? Co robicie zgodnie z zasadami, a co odpuszczacie?

piątek, 7 sierpnia 2026

O czym może opowiadać fiolet?

Całe życie czekała na nie wiadomo co. Na jakiegoś księcia z bajki, który podaruje jej cały świat. A ona przecież nie potrzebuje całego świata. Wystarczyłby jej mały skrawek. Chciałaby tylko stąd wyjść i poczuć, że ma całe życie przed sobą. Chciałaby położyć się w swoim łóżku, poczuć zapach świeżej pościeli, włączyć film i jeść popcorn. I dzielić z kimś ten moment. Z kimś, kto nigdy nie podniesie na nią głosu. Z kimś, kto okaże jej czułość i zawsze będzie miał czas oraz chęć, by przygotować jej kanapkę z serem i pomidorem. 

Zdążyłam już polubić bohaterów serii "Kolory zła" Małgorzaty Sobczak i jakże miłym zaskoczeniem było dla mnie, gdy zobaczyłam na półce w Empiku "Fiolet". Wielotomowe serie mają mają to do siebie, że albo z kolejnym tomem autor wyczerpuje pomysły i robi się coraz mniej ciekawie, albo przeciwnie - każdy tom wydaje się nawet lepszy niż poprzedni. Ku mojemu zadowoleniu, "Kolory zła" to ten drugi przypadek. Po raz kolejny dostajemy od autorki coś, nad czym naprawdę warto się pochylić. Każda część tej serii jest w jakiś sposób zaskakująca, więc poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko. A jednak się udało. 

I tym razem znani z poprzedniej serii śledczy z Sopotu oraz prokurator Bilski, znany z rozwiązania najtrudniejszych dotąd spraw, będą się mierzyć z głośną sprawą. Przed budynkiem Opery Leśnej w Sopocie porzucono nagie ciało kobiety, która w dłoń miała wciśnięta monetę. Obok leżały złożone starannie jej obrania oraz torebka z rzeczami. I kwiat hibiskusa. Kto tym razem zakłócił spokój mieszkańców i wstrząsnął Trójmiastem? Przy okazji tej sprawy zetkniemy się też z grupką młodzieży z sopockiego ośrodka wychowawczego oraz kobietą cierpiącą na neurogenną utratę wzroku. Co ich łączy ze sprawą zabójcy? Co chciał nam przekazać zabójca, który, można powiedzieć, śmieje się w twarz policji? Czy uda się w porę go zatrzymać?
Po kilku kilometrach zrównał się ze zmiażdżonym na bocznej barierce pojazdem. Medycy właśnie wyciągali ze środka kobietę. Oczy miała zamknięte, a z czoła ciekła jej krew. "Może przeżyje, a może ktoś dziś umrze za życia na wieść o jej śmierci. Jakie to wszystko jest dziwne", myślał Leopold, jadąc dalej. "Wydaje nam się, że wszystkie nasze sprawy są takie ważne, że rzeczywistość załamie się, jeśli czegoś nie zrobimy, jeśli coś zawalimy, jeśli czemuś nie sprostamy. Wszystkiego się boimy, a najbardziej tego, co pomyślą o nas inni. A tymczasem któregoś dnia wjeżdżamy na obwodnicę, by okrążyć miasto, i okrążamy własne życie. Już nigdy do niego nie wracamy, a rzeczywistość nie załamuje się mimo to, że pewne rzeczy pozostają nieukończone. Mimo to, że my zostajemy nieukończeni. Tak po prostu.
Bohaterowie dalej są tacy, jakimi ich zapamiętałam. Kita i Pająk, dwóch policjantów, z których pierwszy ma specyficzny sposób bycia i specyficzne poczucie humoru, a dowcipami na każdą okazję rzuca jak z rękawa, a drugi bardziej spokojny i ułożony, ale razem tworzą zgrany zespół. I oczywiście prokurator Bilski, przystojny, bystry, w pełni zaangażowany w to, co robi. Oraz jego partnerka - Anna Górska - inteligentna, uparta i niezłomna. Bohaterów mamy tu jeszcze więcej, mimo to nie zlewają się, jak to bywa w powieściach z dużą liczbą bohaterów. Tutaj każda postać jest przemyślana, na swoje cechy charakterystyczne, można ją lubić albo nie, ale ma się wrażenie, że czytamy o kimś rzeczywistym.

Autorka nie zawodzi nas jeśli chodzi o tempo akcji. Zaczyna się dobrze, potem jest jeszcze lepiej. Nie sposób nie wspomnieć o opisach, które trochę to tempo zwalniają, ale pozwalają nam być razem z bohaterami w samym środku wydarzeń. Autorka ma przyjemny styl odpisywania - opisy nie są długie, tworzą klimat i sprawiają że lektura jest płynna. A co do samych wydarzeń - jest ciekawie - od samego początku, potem wciągamy się jeszcze bardziej. Momentami dostaniecie gęsiej skórki, momentami się pośmiejecie. Będziecie powoli łączyć w całość rozsypankę, w której z pozoru nic do siebie nie pasuje, i typować sprawców, ale na próżno. Ten, który to zrobił, jest najmniej oczywisty. Nie do końca mnie przekonało jednak samo zakończenie, nie wybrzmiało jakoś mocno, sam wątek przeszłości sprawcy chciałabym poznać jeszcze lepiej, bo jak dla mnie nie został dość rozwinięty. 

Powieść jest naprawdę wielowymiarowa. Dużo w niej symboliki. Dużo stawia pytań. Między innymi - skąd bierze się w człowieku zło? Sami spróbujcie sobie na to odpowiedzieć. Tu nic nie będzie proste i jednoznaczne. 


Moja ocena 9/10
Małgorzata Oliwia Sobczak, Fiolet 
Ilość stron: 510
Wydawnictwo WAB
Data premiery: 17.06.2026

piątek, 31 lipca 2026

Bunt dwulatka - dlaczego moim zdaniem to mit?

Bywało, że zanim jeszcze urodziłam dziecko, trafiałam na różne treści i rolki o macierzyństwie. Czy to humorystyczne czy takie, w których mamy po prostu szczerze opowiadają o macierzyństwie, a przynajmniej taki jest ich zamysł. Obecnie staram się od tego całkowicie odciąć i skupić na własnym przeżywaniu tego, czego doświadczam, bez porad ludzi z internetu. Nie jest to łatwe, bo obecnie algorytmy Facebooka czy Instagrama usilnie podrzucają treści na podstawie zauważonego przez nas wyszukiwania, czy chwilowego skupienia na czymś uwagi. Ale powiedziałam dość. Będę na przekór aplikacjom, które podrzucają nam rzekomo interesujące nas treści, by tylko jak najdłużej zatrzymać naszą uwagę. 

Ale wracając do tematu - niedawno trafiłam na rolki, w których mama dwulatka opowiada o buncie. W jednej opisuje, że kocha być mamą, ale w skrócie - przez bunt dwulatka możliwe że "wyląduje w psychiatryku". W innej z kolei niby żartobliwie ukazuje pięć minut dla mamy, podczas gdy tata "walczy o życie ze zbuntowanym dwulatkiem". 

Szczerze? Nie rozumiem tej nagonki na bunt dwulatka i wylewania swoich frustracji na forum publicznym. Nie tylko w temacie buntu dwulatka zresztą. Przez dwa lata dużo już widziałam takich treści - jak nie skok rozwojowy to ząbkowanie, jak nie ząbkowanie to bunt roczniaka czy dwulatka, a to nie chce jeść, choruje, nie daje spać w nocy. Wszystko to daje do myślenia mniej więcej tyle, że macierzyństwo niby jest super, ale dziecko to chodzący problem. I żeby nie było - ja wcale nie neguję tych odczuć. Bo nikt nigdy nie powiedział, że macierzyństwo będzie łatwe. Ale czy doczekaliśmy czasów, że ze wszystkiego trzeba teraz zdawać relacje na forum publicznym? Bo dziecko kichnęło, ma temperaturę czy nie spało w nocy - pyk zdjęcie i trzeba się tym podzielić z obserwującymi. A może dziecko po prostu potrzebuje spokoju i  rodzica obok, a nie nagłaśniania połowy tego, co robi w internecie?

Wrócę jednak jeszcze do buntu dwulatka. Co mówi na ten temat literatura? "Bunt dwulatka, czyli potoczna nazwa kryzysu rozwojowego przypadającego na około drugi rok życia dziecka, to naturalny, a wręcz pożądany okres w życiu, wynikający z intensywnego dojrzewania dziecka – jego układu nerwowego, sfery poznawczej i emocjonalnej. W tym okresie dziecko zaczyna dostrzegać swoją odrębność, uczy się wyrażać swoje zdanie, by później, za kilkanaście lat stać się samodzielnym człowiekiem. Jest to okres przeżywania skrajnych emocji, co w połączeniu z jeszcze nie do końca rozwiniętą umiejętnością ich kontrolowania prowadzi do częstych i zaskakujących rodziców wybuchów złości".

Zatem nie trzeba być naukowcem, żeby stwierdzić, że bunt dwulatka jest buntem dwulatka tylko z nazwy. Nazwano go kryzysem rozwojowym, a jako rodzice niejednego takiego "kryzysu" doświadczamy. Nie lubię szufladkowania wszystkiego i prób nadania nazwy zachowaniom dziecka. Wystarczy mi wiedza, że małe dziecko ma niedojrzały układ nerwowy, nie umie samo regulować emocji i potrzebuje w tym naszej pomocy jako rodzica. I tyle. Nie szukałam dla każdego "złego" zachowania nazwy, wytłumaczenia, nie próbowałam na siłę przypisać go do jakiegoś potencjalnego kryzysu, który może w tym okresie wystąpić. Maluch krzyczy? Złości się? Rzuca przedmiotami? Rzuca się na podłogę i próbuje ją ugryźć? To jest w porządku, w końcu kto z nas się nie złości? My jedynie umiemy już to opanować - a i to nie zawsze - dziecko nie. Przesadnie reaguje na odmowę i zanosi się płaczem? Dziecko ma swoje powody, by to robić - nie oceniajmy, nie negujmy, nie dawajmy się wciągnąć w kolejną "kłótnię". Z czasem zauważalne są pewne schematy w jego zachowaniu i wiele takich kłótni da się sprytnie uniknąć, czy w najgorszym wypadku szybko załagodzić, zanim przejdzie to w niekończące się morze łez i burzę z piorunami. W wielu przypadkach ta burza staje się łagodniejsza, gdy malucha potraktujemy z należną mu wyrozumiałością czy po prostu przytulimy. 

Mamo! Więcej wiary w swoje dziecko, ono nie potrzebuje mamy, która na wszystko znajdzie naukowe czy medyczne określenie. Potrzebuje tylko Twojej obecności i poczucia bezpieczeństwa. Pamiętaj, że nawet jeśli jest ciężko, wszystko jest do przejścia. Bo każdy z nas kiedyś był na tym etapie. A nasi rodzice też nie musieli być specjalistami w każdej dziedzinie, żeby wiedzieć co jest ważne w wychowaniu dziecka. W końcu żyjemy i mamy się dobrze. 

_______

1. Definicja z artykułu, w którym podane są źródła literatury:

https://1000dni.pl/dziecko-1-3-lata/co-wiesz-o-buncie-dwulatka-i-trzylatka-czy?gad_source=1&gad_campaignid=22762040384&gbraid=0AAAAADst8WWri8OWZuBFnW2h5eAVOqZJi&gclid=CjwKCAjwyabTBhBFEiwAM3mNUAZuRU4YaWvATB3VLN4_omxw6s5gZ-EtCA-SZBaxMPQzrBZpi1w_LxoC3IIQAvD_BwE


wtorek, 28 lipca 2026

Co się stało z moim mózgiem? - kilka dowodów na to, że mamy są wyjątkowe

Nieobce jest Wam zapewne stwierdzenie, że mózg kobiety w trakcie ciąży się zmienia. Robiono badania, które dowiodły m. in. że zmniejsza się nawet do 5% ilość istoty szarej w obszarach odpowiedzialnych za emocje i relacje, co ułatwia dostosowanie się do roli matki, wyostrza empatię oraz pomaga w odczytywaniu potrzeb dziecka. Zmienia się także poziom neuroprzekaźników (oksytocyny i prolaktyny), co objawia się trudnościami z koncentracją i gorszą pamięcią. Naukowcy twierdzą, że te zmiany zachodzące w mózgu nie są bez powodu - mają umożliwić młodej mamie nawiązanie lepszej relacji ze swoim dzieckiem. A zatem wszystkie te zmiany mają służyć lepszemu przygotowaniu do macierzyństwa. To tak w skrócie, bo nie będzie to artykuł naukowy. Ale skłoniło mnie to do zastanowienia, czy przyjmując, że to prawda, zauważam coś, czego nie doświadczałam zanim zostałam mamą?

I muszę przyznać, że coś w tym jest, bo niejednokrotnie łapię się na tym, że jako mama funkcjonuję o wiele inaczej, niż gdy nie miałam jeszcze dziecka. Oto kilka rzeczy, które wcześniej były mi obce. 

1. Zapominanie vs. zapamiętywanie

Czasami zastanawiam się, czy zamknęłam mieszkanie na klucz lub wyłączyłam gaz, ale z łatwością, o jaką nigdy bym się nie podejrzewała zapamiętuję wierszyki, by potem, gdy mała nie chce jeszcze zasypiać, opowiedzieć jej jeszcze jakiś wierszyk - bardzo ułatwia to sprawę z zasypianiem, a co za tym idzie bardzo ułatwia mi życie. Jeśli tak dalej pójdzie, niedługo będę recytować chociażby cały dorobek Tuwima i Brzechwy. Chyba jednak to twierdzenie o utracie pamięci nie jest do końca prawdziwe?

2. Rozumienie bez użycia słów

Każda mama spędzając najwięcej czasu ze swoim dzieckiem rozumie je najlepiej. Na początku płacz jest jedynym narzędziem komunikacji i uczymy się go właściwie odczytywać, aż opanujemy to do perfekcji. Może wydawać się, że ten etap jest najtrudniejszy. Nic bardziej mylnego. Potem okazuje się, że jesteśmy zmuszone stworzyć całkowicie nowy słownik. Dowiadujemy się że chociażby samo "ba-ba" może mieć kilka znaczeń w zależności od kontekstu. Do tego dochodzi też czasem język migowy, który też musimy się uczyć rozumieć. Bo mały człowiek, porozumiewając się w tym wymyślonym rzez siebie języku, patrzy ci wyczekująco w oczy i właśnie zrozumienia oczekuje. Nie mówiąc już o tym, że irytuje się, gdy musi kilka razy powtórzyć, a gdy okaże się, że go nie rozumiemy, może być to dla niego rozczarowaniem tak dużym, że skwituje to głośnym płaczem. Sytuacja wygląda nieco inaczej, gdy nasza pociecha zacznie mówić. Ale potem z kolei okazuje się, że może rozmawiać zawsze, o każdej porze i bez ustanku. Sami zdecydujcie więc, który etap jest najłatwiejszy.  

3. Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość

O tym już pisałam, ale w tym kontekście nie sposób o tym nie wspomnieć. Sięgając pamięcią wstecz, widzę jak bardzo musiałam tę cechę wypracować. Nie, nie wypracować, to zasługa tego małego człowieka. Nic tak nie wzmacnia cierpliwości jak przebywanie z dzieckiem. Tłumaczenie po kilka razy, codziennie tej samej rzeczy, by potem ono spojrzało ci w oczy i z radością zrobiło dokładnie przeciwnie, niż powiedziałaś. Cierpliwość i opanowanie - tylko to może nas uratować.

4. Miłość zdefiniowana na nowo

Tu też się pewnie powtórzę, ale nie da się w tym kontekście nie wspomnieć o miłości. Skoro nasz mózg zmienia się na potrzeby bycia matką, to może chemia w mózgu też ma w tym jakiś udział? Tak czy inaczej kochamy, jak nigdy do tej pory nie byłyśmy zdolne. Więź z dzieckiem jest czymś, czego nie sposób opisać. 

5. Menu godne mistrza kuchni

Wiele czynności robię szybciej i lepiej, niż zanim zostałam mamą. Numer jeden, oczywiście przygotowanie posiłków. A co za tym idzie nieodłączne pytanie, które każda z nas słyszy w głowie pewnie codziennie lub nawet kilka razy dziennie - "co dziś na śniadanie/obiad/kolację?" Z czasem jako mamy zaczynamy mieć w głowie coraz więcej przepisów na posiłki, które się sprawdzają, a przy tym są szybkie i proste w wykonaniu. I przede wszystkim - nie bez powodu ktoś stwierdził, że macierzyństwo to w dużej mierze smażenie placków czy naleśników - może dlatego, że są chętnie zjadane i nie zajmują dużo czasu. Nie myślałam, że kiedyś dojdę w tym do takiej wprawy, a nawet będę znać po kilka awaryjnych przepisów, które dziecko zawsze chętnie zje.

6. Wbudowany planer wszystkiego

Na początku macierzyństwa jesteśmy chodzącym chaosem. Cała dotychczasowa rutyna przestaje istnieć, gdy pojawia się mały człowiek. To on wymusza zbudowanie jej na nowo. Śpimy niewiele, jemy od czasu do czasu, ugotowanie posiłku to coś, co jest ponad nasze możliwości. A chwila da siebie to coś, czego często zwyczajnie nie ma. Z czasem jednak wszystko zaczyna się zmieniać. Czy raczej my adaptujemy się do nowych warunków. W końcu wypracowujemy całkiem nową rutynę. Taką która odpowiada zarówno nam i dziecku. Bez problemu planujemy każdy dzień tak, by znaleźć czas na wszystko, co chcemy zrobić, jak też czas na odpoczynek. Uczymy się wybierać, co jest najważniejsze. Jak nigdy przedtem zaczynamy rozumieć, że czasem trzeba odpuścić, bo w ograniczonym czasie nie da się zrobić wszystkiego. I świat się przez to nie zawali. 

7. Mniejsze zapotrzebowanie na sen

Śpimy różnie, w zależności od tego jak śpi dziecko. I czy trafimy na malucha, który lubi spać czy nie. Czasami nie śpimy w ogóle, czasami w znikomych ilościach, czasami dłużej, ale wtedy często z wybudzeniami co jakiś czas. Są też podobno rodzice, którzy dość szybko zaczynają przesypiać noce. Pewne jest jedno - każdy z nas chciałby należeć do tej ostatniej grupy. Zmierzam do tego, że kiedyś sypiałam zwykle od ośmiu do dziesięciu godzin i bywało, że byłam niewyspana. Obecnie, nie licząc naprawdę bardzo krótkiego epizodu przesypiania całych nocek, choć bywa, że obudzę się kilka razy w nocy, nawet nie śmiem pomyśleć, że jestem niewyspana. Czuję się wyspana i w pełni sił, a nawet jeśli nie, zwykle kawa poprawia ten stan. A kiedy i to nie pomaga - patrzę na swoje dziecko i już wiem, że siły mi nie może zabraknąć. Swoją drogą - jak one to robią, że ruszają się od kiedy otworzą oczy, do momentu gdy zasną, nie narzekając na zmęczenie, przeciwnie gimnastykując się tak, że dorosły po godzinie takiej zabawy nie miałby już sił?

8. Większe zapotrzebowanie na kofeinę

Coś, z czym nie da się dyskutować. Kawa przestaje być tylko kawą. Zaczyna być wsparciem emocjonalnym i lekarstwem na gorsze momenty. Choć bywa, że ciężko znaleźć na nią chwilę, a co gorsza, ciężko wypić w całości ciepłą, i tak się nie poddajemy. 

Te i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy to nieodłączna część bycia mamą. Czy coś jeszcze dodałybyście do tej listy?

piątek, 24 lipca 2026

Gdy wyrok okaże się niesłuszny

Największe potwory zawsze wydają się takie nieszkodliwe. Miłe, a nawet pociągające. Ona nie zamierza jednak popełnić tego błędu i poddać się złu, jakkolwiek pięknie będzie wyglądało. Nie, zło umie się kamuflować, jest podstępne i dlatego tak często cię zaskakuje.

Zachęcona pierwszym spotkaniem z autorką, które było udane - po przeczytaniu "Dziewczyny z pokoju 12", nie wahałam się sięgnąć po jej kolejną książkę. Czy i tutaj się nie zawiodłam?

Jess cały czas żyje w cieniu tragedii, jaką było zabójstwo jej matki, gdy ona była jeszcze mała i nie mogła pamiętać sprawcy. Gdy po latach spotyka się z nią człowiek podejrzewany przed laty o to zabójstwo, mimo początkowego lęku bierze sprawy w swoje ręce i postanawia dowiedzieć się, co takiego ten człowiek wie w sprawie śmierci matki. Zwłaszcza, że ten twierdzi, że wie, kto to zrobił. Im bardziej angażuje się we własne śledztwo, tym więcej informacji na temat jej własnej rodziny wychodzi na światło dzienne. Niekoniecznie takich informacji, które chciałaby usłyszeć... Czy doprowadzi ją to w końcu do odpowiedzi, czy tylko bardziej skomplikuje życie?

Tyle się słyszy o ludziach, którzy popełniają straszliwe zbrodnie, choć są uczynnymi sąsiadami, dobrymi mężami czy żonami. Filarami lokalnych społeczności. Co to znaczy? Ludzie udają, abyśmy uwierzyli, że są lepsi niż naprawdę.

Jedyne, co mi się w tej książce spodobało i sprawiło, że dotrwałam do końca to sposób opowiadania. Sama historia jest opowiedziana w taki sposób, że może zainteresować. Narracja jest dwutorowa - z perspektywy zamordowanej matki i z perspektywy Jess, co sprawia, że czyta się szybko. Niespiesznie, strona po stronie autorka dawkuje nam napięcie, by pod koniec zszokować rozwiązaniem historii. Podrzuca też kilka fałszywych tropów, które rzeczywiście mogą zmylić. Mnie jednak ta historia ani trochę nie przekonała.

Po pierwsze, sam zarys fabuły już wydał mi się nieco abstrakcyjny. Przebrnęłam przez początek, który niesamowicie się dłużył, dopiero z czasem coś się zaczęło dziać, choć nie tyle, bym zdołała się wciągnąć. Wychodzi na jaw coraz więcej nowych faktów, ale sama główna bohaterka jest nieco irytująca z tym obsesyjnym poszukiwaniem prawdy i ciągłym wypytywaniem jednego członka rodziny po drugim. Brakuje mi u niej tej warstwy emocjonalnej, która w thrillerach psychologicznych jest istotna. Ciężko wczuć się w jej postać. Momentami miałam wrażenie, jakby te całe poszukiwania nie dotyczyły jej osobiście. Podobnie zresztą jak z drugą bohaterką - matką Jess - druga postać, której ani nie polubiłam ani nie znienawidziłam, dobrnęłam jedynie do końca, by poznać zakończenie. A i pojawił się jeszcze człowiek, przed laty uznany za winnego zbrodni. Naprawdę chciałam mu współczuć, czy choć trochę się przejąć jego losem. Mimo że nieco się dowiadujemy o nim i o jego przeszłości, pozostał dla mnie postacią zupełnie bezbarwną, podobnie jak reszta bohaterów. 

Sama historia, choć może wydać się szokująca, mi wydała się odrobinę naciągana. Nie mówię, że była to całkowicie nieudana lektura, bo czytało się nawet przyjemnie, nie mam zarzutów do samego stylu autorki, a to duży plus, ale ani fabuła, ani bohaterowie nie byli dla mnie przekonujący. 


Moja ocena 6/10

Kathryn Croft, Zanim wydasz wyrok

Ilość stron: 376

Wydawnictwo Mova

Data premiery: 28.01.2026 

poniedziałek, 20 lipca 2026

Dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy

Dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy. Jak niewiele potrzeba, by taki był. Wystarczy, że obudzisz się z tą myślą, że przeżyjesz wyjątkowy dzień. 

Niedawno były moje urodziny. To specyficzny dzień w roku, kiedy dostajemy prezenty, życzenia od znajomych, często robimy przyjęcia, zapraszamy kilka najbliższych osób, by spędziły go razem z nami, czy chociaż planujemy jakiś wypad, coś innego, czego na co dzień nie robimy. Wszyscy, którzy pamiętają, że to nasze urodziny, są dla nas życzliwi. My też myślimy o sobie jakoś inaczej, w końcu to wyjątkowy dzień.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego to tak wygląda? Po co to wszystko robimy? Dla mnie to rocznica urodzin, ale też przypomnienie, że minął już kolejny rok. Kolejny rok, czyli kolejna szansa na zrobienie mnóstwa ciekawych rzeczy właśnie dobiegł końca. I pora się zastanowić, czego chcę w następnym roku swojego życia, jeśli dane będzie mi go przeżyć. Kiedyś, gdy byłam młodsza, pisałam list do siebie, w którym się z tego czasu rozliczałam, i otwierałam go ponownie za rok, by powspominać. 

Wydaje mi się, że robimy to wszystko po to, by z tego dnia jak najwięcej dobrych rzeczy zapamiętać. Bo tak już z nami jest, że chcielibyśmy pamiętać tylko same dobre rzeczy. Niesamowite jak potrzebujemy pretekstu, by dany dzień był wyjątkowy. Tymczasem mamy 365 dni w roku czasem zwyczajnych, przeciętnych. Takich, które szybko mijają, często w spokoju, i mało który z nich zapamiętujemy jako wyjątkowy. Czemu nie uczynić ich wszystkich wyjątkowymi? Czemu nie obudzić się jutro z myślą "dzisiaj w końcu zrobię to, co tak długo odkładałam", czy w końcu kupić coś, co było na Twojej liście życzeń. Czasami mała przyjemność, o której na co dzień nie mamy czasu pomyśleć, może uczynić dzień wyjątkowym. 

czwartek, 16 lipca 2026

"Ciemiężyca" jako studium toksycznych relacji

Współczułam mu i próbowałam zrozumieć, co sprawia, że dla niektórych ludzi jedynym celem życiowym jest gnębienie innych. Jak to działa? I dlaczego ich ofiarami zazwyczaj są najbliżsi? Dlaczego za zamkniętymi drzwiami domów i mieszkań rozgrywają się największe dramaty? Dlaczego ci, którzy powinni się wspierać, urządzają sobie nawzajem piekło?

"Ciemiężyca" to moja pierwsza książka tej autorki, ale na pewno nie ostatnia.

Mamy tu trójkę bohaterów, trzy różne historie życiowe, które w pewnym momencie się splatają. Anka po latach wraca do rodzinnego domu, by zaopiekować się matką, która złamała nogę. Robi to niechętnie przez wzgląd na to, jak wygląda ich relacja. Anka pamięta dawne krzywdy, a żal który pozostał, podczas każdej z rozmów z matką powiększa się, zamiast uciszać. W takich okolicznościach swojego życia poznaje Bartka, przewodnika tatrzańskiego, którego małżeństwo jest na skraju rozpadu przez chorobliwie zazdrosną żonę. Dołącza do nich jeszcze Chrystian, młody barman, który uwikłał się w toksyczną relację z szefową. Chcąc sobie nawzajem pomóc, wpadają na pewien pomysł i zawierają układ. Czy rzeczywiście na nim skorzystają?

Policjanci wyszli, przystanęli na ganku i spojrzeli na Giewont.

- Patrz, jak tu pięknie. - Lasak westchnął. - Takie piękno wokół tych domów, a w środku tyle zła i brudu. Nie masz czasem dość?

Trójka bohaterów, trzy różne historie, opowiadane z różnych perspektyw. Opowiedziane zostały w taki sposób, że miałam wrażenie, że czytam o rzeczywistych, nie zmyślonych postaciach. Anka, na początku nieco irytująca ze swoim dziwnym uzależnieniem od toksycznej matki, zyskała przy lepszym poznaniu. Bartkowi i Chrystianowi nie mam nic do zarzucenia. Cała trójka to ciekawie stworzone postaci, ich tragedie przeżywamy wraz z nimi, ich emocje stają się naszymi emocjami. Lektura jest przez to naprawdę poruszająca i niełatwa. Z każdą stroną bardziej niepokojąca. Napięcie nie ustępuje aż do końca. Nie jest to historia, którą zapomnicie chwilę po odłożeniu książki. Ona wwierca się w głowę i porusza najbardziej czułe struny. I jednocześnie zmusza nas do głębokich refleksji. Takich lektur właśnie potrzeba. 

Książka jest niepokojąco rzeczywistym obrazem tego, co robią z nami toksyczne relacje i toksyczni ludzie. Że tam, gdzie powinna być miłość, a wkrada się coś innego, może być czasem tylko o krok od dramatu. Że czasem właśnie bliskie osoby mogą zgotować nam najgorsze piekło. Codziennie, niestrudzenie, raz za razem, może nie do końca zdając sobie z tego sprawę, wbijać szpilki, aż doprowadzają do ostateczności. Potrzeba właśnie takich lektur. Takich, które uczulają, że choć ludzka psychika potrafi znieść bardzo dużo, każdy ma swoje granice. Takich, które uczulają na to, że nawet na najmniejsze zło nie można pozostać obojętnym. Bo wszystko ma swoje konsekwencje.

"Ciemiężyca" ma wszystko, co powinien mieć dobry thriller psychologiczny. Jeśli nie boicie się mocnych historii, to z pewnością jest coś dla Was. 


Moja ocena 10/10

Maria Gąsienica-Zawadzka, Ciemiężyca

Ilość stron: 428

Wydawnictwo Otwarte

Data premiery: 18.06.2025