poniedziałek, 4 maja 2026

Bałagan bałagan, więcej bałaganu - czy to się kiedyś kończy?

Pora na trzecią część naszej serii, której nadałam tytuł - "Bycie mamą - wyobrażenia vs. rzeczywistość". Było już o małym człowieku ogólnikowo - "Będą mówić, że dziecko to utrapienie - to ważne byś im nie uwierzyła" oraz trochę o zmianach w życiu po ciąży - "Mówią, że po ciąży będziesz gruba i brzydka - to ważne byś im nie uwierzyła". Tym razem bardziej błaha kwestia - bo nie wszystkie tematy, które zamierzam poruszyć będą super ważne. Będą i te zupełnie błahe czy nawet śmieszne - a mianowicie - niekończący się bałagan.

Wiem, że to już było. Nieskończoną ilość razy. Słyszałaś, że przy dziecku utrzymanie domu w nienagannym stanie graniczy z cudem. Może cud to za dużo powiedziane, ale na pewno jest to dużym wysiłkiem. I wiecie co? Tym razem nie zaprzeczam. Co więcej - podpisuję się pod tym rękami i nogami. Mamy, które mają więcej niż jednego skarba na pokładzie pewnie mnie wyśmieją - "zobaczysz, będzie gorzej - przy jednym dziecku to są wakacje". Tu się nie zgodzę. Nie jest tajemnicą, że są różne dzieci i temperamenty. Moje można zaliczyć do tych słodkich i spokojnych, takich z którym gdziekolwiek wyjdziesz, słyszysz zachwyty - "ale spokojne, pogodne dziecko, w ogóle nie płacze". Błagam! Wstrzymajmy się z ocenianiem nieswoich dzieci. Wszystkim nam to wyjdzie na dobre. Jak wspomniałam są różne dzieci i temperamenty, ale moim zdaniem nie ma takiej kategorii jak "dziecko spokojne". (Śmiem nawet twierdzić, że to stwierdzenie podparte jest wiedzą naukową). Nieprawdziwa jest też moim zdaniem teoria o tym że to dziewczynka z reguły jest cicha i spokojna, a chłopiec to wulkan energii. Bo jeśli to byłoby prawdą, to mam na pokładzie chłopca a nie dziewczynkę. 

Myślę, ze też to znacie. Bierzecie się za sprzątanie. Normalnie takie codzienne szybkie czy nawet cotygodniowe sprzątanie nie zajęłoby długo. Ale zajmuje nawet trzy razy tyle albo i dłużej ze względu na przypadkowe rzeczy leżące w różnych miejscach. Garnki, patelnie oraz inne wyposażenie luzem w kuchni na podłodze, a często nawet nie tylko w kuchni. Różne rzeczy z szafek czy szuflad powyjmowane znajdujecie w najróżniejszych miejscach. Wszystkie pluszaki, klocki, puzzle czy inne drobne elementy powyjmowane z opakowań, bo oczywiście tylko gdy zaczniecie sprzątać, nagle stają się fajne i trzeba się z nimi natychmiast pobawić. Jeszcze kiedyś, gdy miałam gorszy dzień potrafiło mnie to irytować, obecnie często myślę że to nawet urocze. Nie sam ten wszechobecny bałagan, ale to skąd się bierze. Myślę sobie, że kiedyś posprzątałam raz i wszystkie rzeczy leżały przez dłuższy czas na swoim miejscu. Obecnie wędruje wszystko bez wyjątku. Ale spójrzmy na to z innej strony.

Ten mały człowiek, te małe rączki które nieustannie muszą coś badać, poznawać oglądać, rzucać na podłogę i sprawdzać jaki dźwięk wydaje. W końcu czy da się nauczyć świata w inny sposób jak przez ciągłe dotykanie wszystkiego? Ten mały człowiek ma ważną misję, my możemy tylko obserwować i być dumni. Świadomość tego pozwala zmienić ciągłą irytację w coś w rodzaju rozczulenia.

Dziecko to mały huragan, który zostawia bałagan wszędzie, gdzie się pojawi - to nieuniknione - ale jednocześnie ma dużo chęci i zapału do pomocy w sprzątaniu i we wszystkim, co mama robi w domu. Czasem aż za dużo. Wyciąga pranie z pralki i próbuje rozwieszać. Rzuca wszystko i biegnie, gdy tylko usłyszy, że zmywarka się wyłączyła, wali w drzwiczki, wyciąga naczynia i po swojemu układa na miejsce. Nawet jeśli nie może pomóc, to przybiega i zafascynowane obserwuje co robisz. Patrzysz na to i dziwisz się, że ten człowiek nie ma jeszcze metra wzrostu i ledwie skończył rok, a już wszędzie go pełno.

Czytałam książkę, w której teoria trochę wyjaśnia cały ten proces poznawania. Mózg dziecka jest zbudowany tak, że ono samo wie, że musi być w ciągłym ruchu, żeby rozwijać się prawidłowo. Nowe struktury i połączenia mózgowe budują się przez ciągłe powtarzanie znanych już rzeczy oraz poznawanie nowych. Dla mnie niesamowita jest ta determinacja małego człowieka i ciekawość otaczającego świata.

Bałagan przy małych i nie tylko maluch dzieciach to niekończąca się historia. I ta irytacja o której wspomniałam jest normalną częścią życia każdego rodzica. Jakie są wasze odczucia w tej kwestii? Czy też zachwyca was ta dziecięca determinacja, by każdą napotkaną rzecz dotknąć obejrzeć i zbadać, a przy okazji przenieść w jakieś przypadkowe miejsce?

wtorek, 28 kwietnia 2026

"Gra na antenie", czyli jedno wielkie niewygodne pytanie


"Nie mógł tego zrobić jeden człowiek, prawda? Niespełna trzy godziny i miasto padło na kolana. Jak to w ogóle możliwe?"
Kolejna moja książka J.D. Barkera, po serii Czwarta malpa i Zabójcze pożądanie (o którym jeszcze planuję napisać, bo książka bardzo mi się spodobała). I muszę to stwierdzić - każda kolejna lepsza od poprzedniej. 

O czym to właściwie było? Sama nie wiem, od czego zacząć, tyle się tam zdarzyło, większość w ciągu zaledwie jednego dnia. 

Jordan Briggs słynie z tego, że jest kontrowersyjna i bezkompromisowa. Prowadzi program radiowy, który przyciąga wielu słuchaczy. Pewnego dnia na antenie pojawia się słuchacz, który proponuje grę. Gra to takie eufemistycznie określenie na to, co się wydarzy później... Bernie zadaje niewygodne pytania, wydaje się mieć podsłuchy i kamery wszędzie, co zmusza do bardzo trudnych wyborów. Stawką będzie życie. 

"Nie, widziałeś jej oczy. Widziałeś je za każdym razem, gdy patrzyłeś na swoją żonę, albo na siebie w lustrze. Wierz mi, są takie same. Dzieci to my. Nasza najlepsza część. Kiedy Charlotte opowiada mi kawał, widzę jej ojca. Kiedy się dąsa i upiera widzę samą siebie." 

Ojej, ależ to było wybitne. Naprawdę. Rozsypałam się i ciężko mi się pozbierać. W powieści też sypie się wszystko. Zaczyna się niewinnie, ale im dalej w las, tym ciemniej. To książka z gatunku tych nieodkładalnych. Im więcej przeczytacie, tym więcej niepokoju w Was zasieje. I napięcie będzie rosnąć aż do ostatniej strony. Krótkie rozdziały urywane w decydującym momencie i narracja prowadzona z dwóch perspektyw, ma na to niemały wpływ. Bohaterowie są bardzo realistyczni. Ale wracając do sedna - co się tam właściwie wydarzyło?

Autor w posłowiu określił swoje dzieło mianem literackiego popcornu, nie oczekuje, że dostarczy nam głębokich refleksji, a jedynie rozrywki. Mylił się. Ta książka zmusza do zastanowienia ile człowiek jest skłonny poświęcić dla zemsty. Zemsta może nawet nie mieć granic. Zmusza do przemyślenia, co jest dla nas w życiu najważniejsze - jak wiele znaczą dla nas bliscy, jak daleko możemy się posunąć, by ich ratować, ale też ile mogłaby dla nas znaczyć ich utrata... i czy bylibyśmy sobie w stanie z tym poradzić. Cała ta książka to jedno wielkie niewygodne pytanie. Tyle podpowiedzi z mojej strony, jeśli chodzi o to, czego możecie się spodziewać. A co do samej treści - jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak można wymyślić tak niewyobrażalną historię. Chyba trafiła w moje czułe miejsca, dokładnie tam gdzie powinna trafić. 

Czy warto przeczytać? Nie muszę mówić, że jestem na tak. To nie tylko zwykły thriller. To coś, co może wstrząsnąć też waszym życiem.

Moja ocena 10/10

J. D. Barker, Gra na antenie

Ilość stron: 479

Wydawnictwo: Czarna Owca

Data premiery: 11.09.2024

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Mówią, że po ciąży będziesz gruba i brzydka - to ważne byś im nie uwierzyła

Ileż to mądrości zdarzyło mi się przeczytać tu i ówdzie na temat tego, jak ciąża wyniszcza organizm. Często obawa, że po ciąży nadmiar kilogramów zostanie już na zawsze, jest czymś, co zniechęca do samej ciąży. Teraz z perspektywy czasu mam ochotę śmiać się w twarz tym wszystkim autorom, którzy poruszyli tę kwestię. 

Jeśli o mnie chodzi, właściwie ważę nawet mniej niż przed ciążą i nawet pomimo  starań żeby przybrać na wadze, nie udaje mi się to. Na to pewnie składa się wiele czynników. Przede wszystkim mały człowiek zmienia wszystko. U mnie całkowicie zmienił sposób odżywiania. I ani przed ciążą ani w ciąży tak bardzo nie przywiązywałam wagi do tego, co jem. Dopiero od momentu rozpoczęcia rozszerzenia diety u córki. 

Nie wiem jak u Was, ale u mnie rozszerzenie diety u pierwszego dziecka, było niczym uczenie się życia na nowo. Taki niemowlak przecież ma sporo ograniczeń. Żadnej soli do posiłków, tylko lekkie, niesmażone, nietłuste, żadnego przetworzonego mięsa, a cukier też jest zakazany. I tu kiedyś bym się zastanowiła - co w takim razie pozostaje? Okazuje się, że można spełniać te wszystkie wytyczne, jeść smacznie i się najadać. A stwierdzam to, bo w moim przypadku bardzo szybko robienie posiłków dla dziecka zmieniło się w robienie posiłków dla wszystkich. Jeszcze przed etapem rozszerzenia diety, stanie nawet dwadzieścia minut w skupieniu przy kuchni, żeby coś ugotować i nie przypalić, było dla mnie czymś nadludzkim. A tu okazuje się, że trzeba jeszcze codziennie zrobić pełnowartościowe, zdrowe śniadanie i obiad, potem też kolację, można też do tego dodać przekąski i to też nie byle jakie. I najlepiej jeszcze codziennie serwowane było coś innego, bo apetyt takiego małego człowieka jest wybiórczy, szybko się nudzi jednym posiłkiem, jednego dnia coś znika z talerza w całości, a następnego nie pamięta, że mu to smakowało. Pytanie - kiedy znaleźć na to wszystko czas? U nas słoiczki od początku nie były przez dziecko akceptowane, więc zostałam tylko przy samodzielnym przygotowaniu posiłków. Dlatego musiałyśmy znaleźć wspólny język jeśli chodzi o jedzenie, a etap rozszerzania diety i dziecka stał się też rozszerzaniem diety dla mnie. 

Mój jadłospis z dnia na dzień zrewolucjonizował się całkowicie. Posiłki w biegu i zajadanie głodu łatwo dostępnymi słodyczami zastąpiły wspólne zdrowe śniadania. Nawykiem stało się dodawanie warzyw lub owoców do każdego posiłku, no bo przecież dziecko musi jeść zdrowo. Zaczęłam kupować nawet te, o których wcześniej nie miałam pojęcia jak wyglądaja - na przykład awokado, bo okazało się, że mały człowiek je uwielbia. A teraz najlepsze - od roku całkowicie wyłączyłam z diety cukier. Na początku było to wymuszone, bo mały człowiek interesował się i domagał się wszystkiego co je mama, potem trochę z poczucia solidarności - ona nie może, to ja też spróbuję nie jeść słodkiego. Potem zainteresowałam się różnymi źródłami o zdrowym żywieniu, i dedukowałam o szkodliwości cukru. Okazało się, że można bez tego żyć. I dopiero wtedy z mojej listy zakupów znikły całkowicie słodycze i smakowe jogurty, a owoce stały się nie czymś normalnym, a nie tylko sporadycznym dodatkiem do zakupów. Co więcej, nawet udało mi się je polubić, a kiedyś to było nie do pomyślenia, bo jadłam tylko banany i sporadycznie borówki. Ochota na słodkie nie znikła, ale słodycze, w których składzie jest sam cukier zastąpiłam własnymi opartymi na naturalnej słodyczy owoców. I odkąd zobaczyłam, że tak też się da i to też jest smaczne, przechodzę obojętnie obok półek ze słodyczami. 

Swoją drogą to niesamowite, jak marketing jest nakręcony na nakłanianie do spożycia cukru. To samo zło z beznadziejnym składem pod postacią pięknych, kolorowych i najbardziej przyciągających uwagę dzieci opakowań. Nie inaczej jest przy kasach sklepowych. Czasem człowiek jest naprawdę głodny i pojawia się chęć zjedzenia czegoś na szybko, a przy kasie tylko słodkie batony i cukierki. Czemu tak mało się spotyka przekąsek z dobrym składem i bez cukru przy kasach, już nie wspominając o na przykład owocach? Czy to nie dyskryminacja osób które nie chcą lub nie mogą spożywać cukru na przykład ze względów zdrowotnych? Ale to już osobny temat. 

Kwestii ćwiczeń przy odbudowywaniu figury sprzed ciąży tu nie poruszę, bo treningów żadnych nie robię. Codzienny spacer i bieganie za małym człowiekiem od momentu, gdy się obudzi, do momentu gdy zaśnie, na tym etapie jest dla mnie wystarczającym wysiłkiem fizycznym.  

Zatem czy ciąża jakkolwiek wyniszcza organizm? Na pewno jest dużym obciążeniem, tego nie neguję. Ale nie przesądza o tym, że staniemy się grube i brzydkie. Wszystko jest w naszych rękach. A jak to było u Was z powrotem do formy? Czy coś się zmieniło wraz z etapem rozszerzania diety?

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Kim jest Nikt i dlaczego?

Nie czuję dawnego przytłoczenia przedstawicielkami płci pięknej. Już nie uważam ich za jednostki lepsze. To ja jestem wielki. Każda z nich mógłbym pozbawić godności i sprawić, że stanie się nikim. Nie ma jednak takiej potrzeby. Wystarczy, że wyjaśniam, kto jest szefem.

Sięgając po tę lekturę, miałam na uwadze poprzednie dzieła autora, które przypadły mi do gustu, i bardzo pozytywne recenzje, więc oczekiwania były duże. Jednocześnie zaczynając czytać, trochę walczyłam ze sobą. Gwałt? Przecież to już było, na pewno ten motyw już jest w wielu książkach opisany. Zatem może będę się nudzić, ale czy na pewno?

Tytułowy Nikt to żaden wydumany psychopata. Zwykły szary człowiek, który nie znosi swojego życia i winą za to obarcza płeć piękną. Pewnego dnia uderza w kobietę, która jest dla niego synonimem życiowego sukcesu i siły. Jego celem jest niszczenie i czerpanie z tego siły. Pragnie na cierpieniu zbudować swój wewnętrzny spokój. I skutecznie rujnuje spokój Kajetana, który po tragedii swojej żony, nie może się pozbierać. Nie tylko walczy ze stratą, ale musi udowadniać swoją niewinność, a "męska świnia" jest na wolności. Czy Nikt właśnie tego chciał, czy może jednak czuje niedosyt i zdecyduje się uderzyć po raz kolejny?

Prysznic biorę z otwartymi oczami, gnębiąc się widokiem tego, co straciłem. Chcę, żeby ból wyżerał każdą moją tkankę, zatruwał każdą myśl, skaził mi krew, wypalił wszystkie oznaki niepewności.

Moja rada - jeśli chcecie mieć więcej przyjemności z lektury nie czytajcie opisu okładkowego - ja zwykle tak robię, jeśli wiem, że się nie zawiodę. Tutaj okazało się to słuszne, bo opis zdradza tyle fabuły, że przez mniej więcej jedną trzecią książki wiadomo, co będzie dalej.

Jeśli chodzi o fabułę jest sprytnie poprowadzona - ledwie zdążymy ochłonąć po jednym wydarzeniu, a już czeka nas kolejna "sensacja". Współczujemy Kajetanowi i w duchu dopingujemy, by odkrył tożsamość tego... tu nie użyję żadnego określenia, bo same niecenzuralne cisną się na usta. I dopingujemy też, by odpłacił mu się za to jak należy. W międzyczasie pojawia się też jeszcze jeden wątek, którego rozwijać nie będę, bo to będzie spoiler, ale robi się bardzo ciekawie. Pod koniec lektura wbija w fotel na tyle, że nie zdziwi mnie, gdy zarwiecie noc. Ta książka studium duszy psychopaty oraz relacja z areny, na której toczy się walka o życie w jednym.

Mimo to, że mi się podobało, szczerze nie wiem, jak mam opisać moje wrażenia. Bo coraz więcej jest zachwytów nad tą książką, a jednak ja po przeczytaniu czuję lekki niedosyt. Z czego to wynika? Fabuła bardzo ciekawie poprowadzona, ale to nie do końca to, czego oczekiwałam. Lektura jak najbardziej wartościowa i godna polecenia, ale nie wryła się w moją psychikę na tyle, żebym ją uznała za świetną. Może to kwestia dużych oczekiwań wobec książek tego autora? Sceny gwałtu, choć opisane realistycznie jakoś zbyt mocno do mnie nie przemówiły. Sam główny bohater, choć to postać dobrze przemyślana, to jest bardzo schematyczny. Taki typowy zły charakter. A właściwie ktoś z jego brakiem. I choć próbowałam się w niego wczuć, to nie wywołał we mnie tak złych emocji jak na gwałciciela przystało. Ot, przeciętny człowiek, któremu w życiu się mocno nie układa i próbuje szukać zadowolenia kosztem innych. Zupełnie tylko to, czego się można było spodziewać, nic mnie nie zdziwiło. 

Nie jestem na nie, ale też czuję lekki niedosyt. Przeczytajcie, oceńcie sami :) 

Moja ocena 6/10

Adrian Bednarek, Nikt

Ilość stron: 496

Wydawnictwo: Zaczytani

Data premiery: 11.03.2026

wtorek, 7 kwietnia 2026

Obcy, czy nie - gdzie jest granica?

Kojarzycie ten moment przy świątecznym stole, gdy wszyscy rozmawiają, jest wesoło, miło i chciałoby się choć na chwilę zatrzymać czas? W te święta pierwszy raz od dawna było u nas mnóstwo krewnych, których nie miałam okazji widzieć przez kilka lat. Zebraliśmy się wszyscy, by razem pomodlić się za zmarłą babcię, bo akurat przypadał termin mszy. 

Choć powinniśmy być ze sobą blisko, często jest tak, że nawet bliską rodzinę widujemy tylko od święta. Praca, codzienne obowiązki, skupienie tylko na bieżących rzeczach - wszystko przestaje mieć znaczenie dopiero gdy ktoś umiera. Wtedy zatrzymujemy się na chwilę. Przypominamy sobie, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Że nic nie zwróci nam minionego czasu, który można było spędzić razem. A czas ucieka szybko, zbyt szybko. I nim się obejrzymy, kuzyni, którzy jeszcze wczoraj bawili się z nami w wojnę są dorośli. My jesteśmy dorośli. Już się nie bawimy. Już nawet nie wiemy, co u nich słychać. Nasi rodzice i wujkowie są coraz starsi. Dziadkowie, którzy zawsze znajdowali receptę na nasze małe i duże problemy, powoli przestają być częścią naszego życia. Czasami zauważamy to zbyt późno, by coś zrobić. 

Lubię święta, bo zawsze to jakiś pretekst, żeby się spotkać. Pobyć razem, porozmawiać, zatrzymać się właśnie na tę chwilę. Na co dzień często tego nie doceniamy. Z czasem coraz bardziej dociera do mnie, że to właśnie ta chwila jest najcenniejszym, co mamy. Co może być ważniejszego od czasu, który spędzamy z kimś bliskim? 

Nasze losy przeplatają się w dziwny i niezbadany sposób. Bo kim właściwie jest bliska osoba? To też w pewnym sensie obcy człowiek, z którym połączyło cię kilka spędzonych chwil. Dłuższych lub krótszych. Patrzysz na swoją drugą połówkę i myślisz, że przecież on też kiedyś był ci obojętny. I gdyby nie ta przysłowiowa kawa, przypadkowo wymieniony numer telefonu, jakiś impuls, który skłonił was do rozmowy czy jakakolwiek inna przypadkowa okoliczność, która doprowadziła do tego, że się poznaliście, dzisiaj patrzyłabyś na niego jak na innych przechodniów na ulicy. I nie czuła tego bolesnego ukłucia na myśl, że gdyby go zabrakło, świat mógłby przestać istnieć. 

Doceniajmy chwile. Szczególnie te, w których mamy przy sobie bliskie osoby. Bo to jest najcenniejsze, choć na co dzień nie przywiązujemy do tego wystarczającej wagi. 



wtorek, 31 marca 2026

Będą mówić, że dziecko to utrapienie... to ważne, byś im nie uwierzyła

        Muszę Wam się do czegoś przyznać. Decydując się na pierwsze dziecko zupełnie nie miałam pojęcia, co robię. Bo i skąd mogłabym mieć? Czym innym jest obserwacja czy słuchanie innych, a czym innym doświadczenie czegokolwiek samemu. Będąc w ciąży wiedziałam tylko, że już niedługo będę opiekować się małym człowiekiem, którego życie będzie zależało ode mnie. Czy to nie przerażające? Oczywiście, że tak. Idąc tym tropem, dlaczego więc decydujemy się na dzieci? 

        Nieprzespane noce, ząbkowanie, bunt dwulatka i skoki rozwojowe - tym był straszony każdy przyszły rodzic. Ileż to ja się nasłuchałam i naoglądałam relacji mam, które narzekają, bo dziecko nie daje spać, bo wychodzą ząbki, bo krzyczy, buntuje się i złości. I wiecie co? Ja już mam taką naturę, że martwię się na zapas. Co będzie jak nie podołam? Jak nie będę umiała być mamą? Zawsze spodziewam się najgorszego. Ale nie taki diabeł straszny. Muszę przyznać, że (odpukać) trafił mi się jakiś cudowny "egzemplarz". Nie zaobserwowałam żadnych regresów snu. Zęby wyszły jeden po drugim, dosłownie patrzę - o nowy ząbek, bez żadnych strasznych dolegliwości. Jak zombie też nie chodzę zarywając kilka nocy z rzędu, bo kilka pobudek, po których od razu zasypiam to jeszcze da się przeżyć. Najcięższą chorobą z jaką do tej pory walczyłam u dziecka był katar (tu było naprawdę strasznie, bo aspirator i inhalator to wrogowie numer jeden, więc płacz, krzyk i uciekanie na porządku dziennym, ale cóż, to tylko katar). 

        Boimy się też samego porodu. I słusznie, bo to żywioł, więc nie wiemy czego się spodziewać, a mózg pamięta wszystkie najgorsze zasłyszane historie o porodach przedłużających się i z komplikacjami. Cóż, urodziłam siłami natury bez znieczulenia w takim tempie, że jedna z obecnych na sali lekarka powiedziała, żeby przy kolejnym porodzie poinformować, że pierwszy był szybki. 

        Dużo by jeszcze wyliczać, które z moich obaw nijak się miały do rzeczywistości. Ale żałuję jednej rzeczy. Tego, że wcześniej nie wiedziałam tego, co wiem teraz. A tego nawet nie da się opisać i przekazać komuś, kto tego nie doświadczył, więc jak mogłabym to wiedzieć? Żałuję, że nie wiedziałam, że można kogoś tak kochać. Kiedy pierwszy raz spojrzałam w oczy stworzonego przez siebie człowieka, jeszcze nie byłam tego świadoma. Że to małe, upaćkane, jeszcze też niczego nieświadome stworzonko, stanie się moim wszystkim. To przyszło z czasem. Na początku był tylko lęk. Czy wszystko robię dobrze, czy niczego jej nie brakuje i przede wszystkim czy oddycha. I w tej kwestii niewiele się zmieniło. Ale z czasem zaczęła wszystko bacznie obserwować, uśmiechać się i komentować rzeczywistość po swojemu, a moje serce rosło. Teraz, gdy już zaczęła chodzić (czytaj: uciekać, jak szalona, gdy tylko nadarzy się okazja) i wymieniać się ze mną myślami (nie wiedziałam, ile można przekazać za pomocą kilku słów, uzupełniając to wymyślonym przez siebie językiem migowym), wiem, że najgorsze już za nami. Mogę odetchnąć i cieszyć się tym, że codziennie wieczorem słucham wykładu w języku kosmitów, a codziennie rano widzę ten psotny uśmiech. 

        Ale nie tylko o to mi chodzi. Kiedyś patrząc na inne dzieci i innych rodziców, myślałam tylko, że na to, czyli na rodzicielstwo, nie da się być gotowym nigdy. Bo jak można spędzać całą dobę z takim małym brzdącem, który ciągle coś chce, nie da posiedzieć w spokoju i przede wszystkim - jest i zawsze już przy tobie będzie - nie będzie ci dane już tak naprawdę posiedzieć w samotności. To duże obciążenie i odpowiedzialność. I teraz też wcale tego nie neguję. Ale zyskałam zupełnie inną perspektywę. Przecież ten mały brzdąc to nie jest jakieś tam obce dziecko, tylko moje drugie serce na własnych nogach. I dbam o nie bardziej niż o siebie, nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że nic już nie liczy się bardziej. Bo czy można na tym świecie doświadczyć czegoś bardziej ekscytującego niż stworzenie nowego człowieka? 

        Czy też macie podobne doświadczenia? A może uważacie zupełnie inaczej? Co byście chciały wiedzieć przed urodzeniem pierwszego dziecka? Ja mam mnóstwo takich kwestii. Dziś tylko o najważniejszych, ale może zrobi się z tego nowa seria? - "Tego się nie dowiesz, dopóki nie zostaniesz mamą". Co Wy na to?

poniedziałek, 23 marca 2026

Trudne wybory, a raczej "Wybór diabła"

        Oj dawno mnie tu nie było. Chciałam trochę odpocząć od mediów społecznościowych i skupić się tylko na dziecku. Tłumaczyłam sobie, że na pisanie nie ma czasu. Jednak brakowało mi tego bardzo, więc zamierzam już wrócić do regularnego pisania i odwiedzania blogów. Będzie też więcej nowych treści, innych niż dotychczas, ale o tym przekonacie się już z czasem. Recenzje oczywiście będą dalej.

Nocne urojenia mają to do siebie, że znikają o poranku, kiedy powraca najgorszy z koszmarów - rzeczywistość.

        Długo czekałam z przeczytaniem ostatniej części serii kultowej już serii o Kubie Sobańskim. Nie miałam też wobec niej wielkich oczekiwań, w końcu to już dziewiąta część serii, a ile można pisać o jednym bohaterze. Myślałam, że może być trochę nudno, ale jak się okazało niesłusznie.

       Kuba ma na sumieniu już niejedno życie. I choć w pewnym stopniu udało mu się uniknąć konsekwencji, musi się liczyć z tym, że jego czyny nie pozostają bez echa. W tej serii wróci jego dawna znajoma, która dzieli z nim mroczne sekrety i której powrót może być dla Kuby tragiczny w skutkach. Zgłasza się ona do kancelarii Dony Sabinowskiej, dziewczyny Kuby, która nie ma pojęcia o tym, co łączy tych dwoje. Z tego ponownego spotkania po latach nie może wyniknąć nic dobrego. Z kolei na życie Dony też czyha pewien człowiek, którego działania Kuba będzie musiał powstrzymać. W tej części również i sam Kuba będzie bał się o swoje życie...

        Jeśli ktoś już zdążył się polubić z głównym bohaterem, jego mroczną duszą, a raczej jak mawia sam Kuba - jej brakiem - i jego nietypowymi "przygodami", to bez wahania może przeczytać kolejną część serii. Sama przyznaję, że jest w nim coś zwyczajnego, a jednocześnie niezwykłego - jakbyśmy czytali o przyjacielu, którego los nie pozostaje nam obojętny, szli razem z nim tą pokręconą drogą, którą sobie obrał, gdzieś w głębi ducha ciesząc się, że nasza codzienność jest o wiele mniej skomplikowana. 


Moja ocena: 7/10

Adrian Bednarek, Wybór diabła

Ilość stron: 455

Wydawnictwo: Zaczytani

Data premiery: 24.10.2025