wtorek, 29 września 2026

Wszystko jest kwestią organizacji

Dużo się mówi o tym, że macierzyństwo choć trudne jest piękne. Gdy widzimy takiego słodkiego bobasa, chcemy dostrzegać i dostrzegamy tylko pozytywy. W końcu taki mały człowiek to sama słodycz i radość. Na pewno opieka nad takim maluchem nie jest łatwa, ale czy naprawdę wiemy co to oznacza? Choć wiemy, że bycie matką takiego bobasa jest ogromną satysfakcją, to mamy jedynie wyobrażenie - bardziej lub mniej zgodne z rzeczywistością - z czym się to wiąże, dopóki nie będzie nam dane tego doświadczyć.

Ja wcale nie neguję tego, że bobas to sama słodycz i radość. Każda z nas jest tak skonstruowana, że niezależnie od tego, jak źle czy ciężko by było, i tak będzie patrzeć na swojego bobasa jak na największy cud. I tak ma być. Ale przyznajmy, że są takie dni, gdy odechciewa się wszystkiego. 

Zdarzają się takie dni, gdy wszystko jest na nie. Gdy bobo po milionie pobudek, wstaje wypoczęte o piątej nad ranem. Gdy padasz na twarz już rano, a potem jest tylko gorzej. Bo okazało się, że jajecznica, czy co tam ma zjeść na śniadanie, jest nieakceptowalna. Do tego już przy śniadaniu testuje twoją cierpliwość. A za pół godziny robi dramę, bo jednak chce to zjeść. Potem wychodzicie na szybkie zakupy i długi spacer. Zakupy, jak się okazuje, nie są szybkie, bo maluch odkąd odkrył, że w sklepie są małe wózki, wprost idealne do jego potrzeb, już nie chce pokornie siedzieć w swoim wózku czy nawet w dużym koszyku, tylko śmiga po całym sklepie, a gdy próbujesz przytrzymać koszyk, by w coś lub kogoś nie uderzył, denerwuje się, bo wszystko chce robić bez pomocy. W międzyczasie zdążyłaś już odpowiedzieć na milion pytań, kilkanaście razy powtarzając jedną i tą samą rzecz. Bo maluch póki co rozumie więcej, niż potrafi wypowiedzieć, połowy się domyślasz, ale on ma nieustanną potrzebę dialogu. Zaś na spacerze zaczyna biec w swoją stronę, a złapany za rękę denerwuje się, bo przecież w wieku dwóch lat może już wszystko sam. Albo zabiera ze sobą rowerek biegowy, odjeżdża nim pory kawałek od domu i stwierdza, że jest tak zmęczony, że nie da rady iść na własnych nogach. Zaczyna płakać, bo jest już śpiący, a ty choć sama jesteś już tykającą bombą, musisz opanować sytuacje i pomóc mu ogarnąć emocje. Gdy wracasz do domu i kładziesz malucha do łóżka, przypadkiem odzywa się domofon i nagle odechciewa mu się  spać. I chce jeszcze książeczkę. W tym momencie zwykle traciłaś cierpliwość, ale nauczyłaś się, że na przymus nic nie zdziałasz, więc cierpliwie czekasz. Gdy już zaśnie na dobre, okazuje się, że ktoś pod oknem uruchamia kosiarkę, piłę motorową albo inne warczące ustrojstwo i pocieszasz się, że gorzej już nie będzie. Czujnie nasłuchujesz, czy maluch jeszcze śpi. Potem podejmujesz popołudniowy maraton mniej lub bardziej potrzebnych czynności, podczas wykonywania których twoje centrum wszechświata robi wszystko, żeby cię od nich odciągnąć albo spędza chwilę w ciszy, co bywa jeszcze bardziej niepokojące, bo po takiej chwili nie poznajesz własnego mieszkania. Wieczorem, już nawet mimo chęci, zasypiasz podczas czytania książeczki, a dziecko grzecznie usypia razem z tobą. Choć tyle dobrego na koniec. 

Brzmi choć trochę znajomo? Oczywiście te wszystkie rzeczy zwykle nie wydarzają się na raz. To tylko przykład, że czasem dobre nastawienie i pozytywne chęci guzik dają, gdy masz naprzeciwko małego wszędobylskiego człowieka, upartego i zdeterminowanego, by osiągnąć swoje małe cele. W głębi ducha cieszysz się z tego, że taki jest, ale czasami po prostu szlag trafia wszystkie twoje zasady idealnego rodzicielstwa, wychodzisz z siebie i stajesz obok. A gdy śpi, analizujesz, co poszło nie tak. I pocieszasz się myślą, że jeszcze będzie szansa, by to zrobić lepiej.

Znacie to stwierdzenie, że wszystko jest kwestią organizacji? Po części tak. Dużo rzeczy można zaplanować i dużo zrobić, ale czy najważniejsze jest to, by wszystko było idealnie zrobione i dopięte na ostatni guzik? Takie priorytety można sobie stawiać, póki nie pojawi się inny priorytet, czyli dziecko. Potem codzienność to już niekiedy jazda bez trzymanki. I choć będziemy się dwoić i troić, cała reszta i tak jest nic nieznacząca, bo to potrzeby małego człowieka są na pierwszym miejscu i to on absorbuje najwięcej naszego czasu. I matka choćby miała milion innych rzeczy do zrobienia, nie pozostanie obojętna na to, że dziecko potrzebuje uwagi, więc kwestia organizacji nijak się ma do rzeczywistości. Sama niekiedy przyłapuję się na tym, że tylko gdy dziecko śpi lub opiekuje się nim druga osoba, jestem w stanie się w pełni skupić, zebrać myśli i wykonywać wszystkie czynności w takim tempie, w jakim bym chciała.

I wiecie jaką mam na to wszystko radę? Żadną. Nie zawsze może być idealnie. Nie zawsze jest nawet dobrze. Czasami jest po prostu wystarczająco. A czasami tylko tak, że plan to przeżyć i iść spać. Ważne, by w tym wszystkim pamiętać, po co to robimy. I w całym tym bałaganie znaleźć choć chwilę, by się zatrzymać i pomyśleć o tym, co dla nas ważne.

piątek, 25 września 2026

Czy ten chłopak rzeczywiście jest idealny?

Co chwilę słyszy się o samotnych dziewczynach, które zostały uduszone albo zadźgane na śmierć we własnych mieszkaniach. Ale to mało prawdopodobne. Nie ma żadnych śladów włamania. Jestem pewna, że nikt nie czai się za drzwiami. No sami powiedzcie, jakie są szanse bycia napadniętą dwukrotnie w ciągu jednego wieczoru? Wkładam klucz do zamka i trochę się z nim mocuję jak zawsze. Po kilku sekundach zmagań drzwi stają otworem. 
Często, gdy słyszę o autorze mnóstwo pozytywnych opinii, potem sama się rozczarowuję. Za to moja druga książka Freidy McFadden tylko potwierdziła moje przypuszczenia co do jej twórczości. Choć i pierwsza mi się podobała, ta wypada zdecydowanie lepiej. W przypadku tej autorki twórczość zdecydowanie zasługuje na miano fenomenu. I cały czas usiłuję odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to się dzieje. 

Sydney Shaw to zwyczajna dziewczyna, która jak każda z nas marzy o tym, by w końcu znaleźć sobie przyzwoitego faceta. Po niezliczonych rozczarowaniach na randkach z aplikacji, opuściła już poprzeczkę do minimum i nie szuka ideału. Gdy jednak przypadkiem poznany chłopak okazuje się nim być, jest przeszczęśliwa. Przystojny, inteligentny i w dodatku lekarz. Do tego świetnie im się układa i uwielbiają spędzać ze sobą czas. Sydney dopiero po upływie czasu zaczyna mieć wątpliwości. Zwłaszcza, że nie tak dawno w mieście miały miejsce morderstwa, których sprawca wybierał ofiary właśnie umawiając się na randki. Czy ten wprost idealny mężczyzna może coś ukrywać?

I nawet teraz, gdy wiem, jaka jest niebezpieczna, nie byłbym w stanie jej skrzywdzić. I ona o tym wie. Ale ja i ona to skończona sprawa. Nie będzie już moją dziewczyną. Nie pocałuję jej. Nie stracimy ze sobą dziewictwa. Nie pobierzemy się, nie będziemy mieli dzieci i nie zestarzejemy się razem. Nadal będę o niej myślał. Chodź postaram się jak najrzadziej. (...) teraz marzę jedynie o tym, by znaleźć się jak najdalej od niej. Nie pozwolę jej się zniszczyć. Jestem ponad to.

W powieści mamy trzy przyjaciółki - Bonnie, Gretę i Sydney. Nie są już nastolatkami i nie w głowach im imprezy. Każda pragnie tylko szczęśliwej przyszłości z kimś, kto będzie ją kochał. Nie chodzi o ideał - wystarczy ktoś, z kim można spędzić spokojny wieczór i po prostu czuć się dobrze. Greta jest w szczęśliwym związku, a Bonnie i Sydney umawiają się na randki przez aplikację stworzoną dla mieszkańców Nowego Jorku. Każda z nich jest inna, ale da się je lubić - takie normalne sympatyczne dziewczyny. 

Narracja w powieści jest dwutorowa - historię opowiada Sydney i pewien chłopak, którego poznajemy zaczynając od wydarzeń z jego przeszłości, jednocześnie cały czas zastanawiając się, gdzie autorka umieści go w historii dziewczyn i czy to on będzie tym czarnym charakterem. Rozdziały są krótkie i często kończone w momencie największego napięcia, przez co zostajemy z pytaniami w głowie i szybko zaczynamy kolejny rozdział. Lubię ten zabieg, wprowadza nieco grozy do powieści i niejednokrotnie przyprawia o gęsią skórkę. 

Trzeba przyznać, że zakończenie jest nieoczywiste. Autorka robi wszystko, by nas zmylić, i w moim przypadku w końcu jej się udało - mniej więcej pod koniec książki uznałam, że stanie się to, czego można było się spodziewać. I wtedy zaczęło się dziać coś zupełnie innego.

Może to właśnie narracja, a może sposób kreowania postaci przez autorkę - opowiada o ich losach w taki sposób, że chętnie o nich czytamy i mamy wrażenie jakby istnieli naprawdę. A może coś jeszcze innego, ale to już moja druga książka i też ma "to coś", co dostarcza nam naprawdę dobrej rozrywki i sprawia, że książkę pochłaniamy w mgnieniu oka. 

Ta książka to, oprócz naprawdę dobrej rozrywki, też ostrzeżenie dla nas. Że nie każdy jest tym, za kogo go uważamy. Niektórzy pod maską zwyczajności i dobrych manier, ukrywają swoją mroczną stronę. I naprawdę łatwo jest ulec pozorom, dlatego musimy uważnie wybierać, komu ufać, a komu nie. 

"Jej chłopak" to historia, której bohaterką mogłaby być każda z nas, a zatem uniwersalna w odbiorze i może dlatego tak przejmująca. Choć czyta się ją szybko i przyjemnie, jest to zdecydowanie coś dla fanów historii z dreszczykiem. 


Moja ocena: 8/10

Freida McFadden, Jej chłopak

Ilość stron: 440

Wydawnictwo Czwarta Strona

Data premiery: 29.07.2026

wtorek, 22 września 2026

Zwolnić na chwilę

Wiecie, co jest dla mnie najbardziej irytujące w byciu mamą? Bycie w ciągłym niedoczasie. Dosłownie. Nie zawsze - są takie dni, że wszystko ogarniam śpiewająco. Ale są też takie, że nim zdążę zrobić kawę, potem wyjść na spacer jest już południe. A nim zdążę ogarnąć jakiś obiad, a potem kolację, jest już prawie dwudziesta. Czy ktoś może mi odpowiedzieć na pytanie - dlaczego ten czas ucieka tak szybko? Idealnym rozwiązaniem byłoby gdybyśmy razem z dzieckiem w pakiecie dostawali dwie godziny w ciągu doby więcej... Albo pięć. Szkoda, że taka opcja nie jest możliwa. 

Może właśnie dlatego ten czas tak szybko mija. Ciągle biegniemy. Choć próbujemy zwolnić, potem obowiązki zasypują nas ze zdwojoną siłą. Codziennie dzielimy czas między zabawę z dzieckiem a ogarnianie wszystkiego innego. Z różnym skutkiem, bo mały człowiek tak często podejmuje decyzję za nas, przychodzi, bierze za rękę i zaprasza do zabawy lub wskakuje na ręce. 

Dla malucha zegarek nie istnieje. Natomiast my mrugamy na chwilę i okazuje się, że ten mały człowiek ma już dwa lata. Że już dwa lata codziennie kładzie się spać w naszej sypialni i budzi obok rano. Że już przez dwa lata mamy obok siebie tę jedyną w swoim rodzaju małą istotkę. Już dwa lata widzimy ten uśmiech i te oczy. A wydaje się, że znaliśmy je od zawsze. Dwa lata a już zamiast bobasa, który tylko leży i macha rączkami mamy małego człowieka, którego nogi ciągle gdzieś niosą. Dwa lata wspólnych zabaw i przytulasów.  Spontanicznego śmiechu i wielkich dramatów Małych zachwytów nad wielkim światem, który bez tego małego człowieczka byłby pusty i ponury. Długo lub niedługo, ale jesteśmy wdzięczni za ten czas jak za nic innego w świecie. 

Dla mnie te dwa lata to o wiele więcej niż oczekiwałam. Nie byłam w stanie sobie nawet wyobrazić, że przez tak krótki czas, tyle się zmieni. Będę bogatsza o tyle doświadczeń, a ten mały człowiek, który się ze mną nie rozstaje będzie najmilszym i najsłodszym towarzyszem. 

Nie będzie to nic odkrywczego, jeśli powiem - cieszmy się chwilą, bo te maluchy tak szybko rosną. A czas po prostu ucieka. Przerażające, ale też piękne, bo nic się nie wydarzy dwa razy. Dlatego ważne jest by umieć się czasem na chwilę zatrzymać i dostrzec to wszystko, co mamy. Nie tylko ten raz w roku. 

piątek, 18 września 2026

Zły opiekun - dlaczego dostał takie miano?

Był przekonany, że nie został stworzony do tego świata. Z każdym dniem czuł się coraz bardziej jak cień, który ktoś przypadkiem zmaterializował i wrzucił między innych bez jakiejkolwiek instrukcji obsługi. I co gorsza - bez prawa głosu.
Pierwsza część przygód Kornela Malickiego zainteresowała mnie na tyle, by sięgnąć po kontynuację. Nie spodziewałam się nawet, że będzie lepsza, wystarczyłoby, gdyby utrzymała poziom pierwszej części. Czy tak się stało?

Kornel Malicki słynny reportażysta znowu rozpoczyna pracę nad kolejną książką i w tym celu wyjeżdża do Wołkowyi, niewielkiej wsi nad Jeziorem Solińskim. Nieoficjalnie znów próbuje stawić czoło własnej przeszłości. Matka przed ich rozstaniem kazała mu odszukać pewnego człowieka, z którego powodu właśnie tu się zatrzymał. Ma on mieć związek z ich przeszłością. Ten człowiek, jak się okazuje, był też uczestnikiem zbiorowej masakry na obozie szkolnym - pełnił wtedy rolę jednego z opiekunów. Kornel ma zamiar poznać i wyjawić społeczeństwu prawdę o tym, co stało się przed laty. Dlaczego jeden z uczniów wystrzelał część uczestników obozu, a potem sam popełnił samobójstwo?

Nie mogę znieść myśli, że ludzie, którzy od lat przysłaniają mi niebo jak burzowe chmury, są tymi którzy absorbują najwięcej słonecznego ciepła. Ustawiają się przodem do świata, podczas gdy ofiary ich grzechów muszą zbierać się z ziemi ukradkiem, najlepiej tak, by nikogo nie zawstydzać swoim bólem. 

Po dobrej pierwszej części i w większości bardzo pozytywnych recenzjach nie sądziłam, że tak po prostu się rozczaruję. Choć dużo szczegółów co do sprawy masakry w obozie poznajemy już na wstępie, czytając sugerowałam się tym, że pod koniec dostaniemy coś naprawdę mocnego. W końcu po co pisać książkę, której zakończenie już przedstawia się na samym początku? I tu się mocno rozczarowałam. Są owszem pewne intrygi między bohaterami, w efekcie doprowadzają one do tych tragicznych wydarzeń, ale naprawdę dostajemy tylko tyle? Miałam wrażenie, że czytam o niczym. Jedyne, co sprawiło, że dobrnęłam do końca, to postać Michała Kitlera - nastolatka, który czuł się wyobcowany, nielubiany przez rówieśników i prześladowany. Załamał się do tego stopnia, że zabił kilkanaście osób i sam popełnił samobójstwo. Poznajemy go jednak nie jako mordercę, tylko wrażliwego nastolatka, kogoś, kto bardzo potrzebuje pomocy. Możliwe, że gdyby ją otrzymał, do tragedii by nie doszło. Niewątpliwie daje to do myślenia jak burzliwy i trudy bywa ten okres dla młodzieży. Jak często nawet najbliższe osoby nie potrafią dostrzec, że ten młody człowiek woła o pomoc. 

Sam Kornel nieco drażnił mnie już w pierwszej części, ale wtedy było jeszcze ciekawie i przymknęłam na to oko. Tutaj mamy ten sam schemat - reportażysta, który pracuje nad książką, poszukuje materiałów i rozpytuje ludzi, ale bardziej od tego wszystkiego zaaferowany jest swoim osobistym interesem - w tym przypadku znów odszukanie pewnego człowieka i zemsta. Już samo to podejście do sprawy jest dla mnie rażąco nieprofesjonalne, więc nie zdołałam się polubić z tym bohaterem ani przeżywać jego emocji i rozterek. Sam wątek tajemnicy z przeszłości, którą ma znać poszukiwany przez niego człowiek był dla mnie ciekawy i chyba to też zmusiło mnie do dokończenia lektury. Zakończenie też mnie nie zadowoliło, bowiem nie dostajemy pełnej odpowiedzi - autor część znaków zapytania zostawia nam, byśmy sięgnęli po kolejną część. Niestety jest mała szansa, że to zrobię, więc pewnie nigdy się nie dowiem.

Z żalem musze stwierdzić, że nie polubiłam się z tą książką, choć poprzednia część była obiecująca. 


Moja ocena: 5/10

Marcel Moss, Zły opiekun

Ilość stron: 366

Wydawnictwo Filia

Data premiery: 22.04.2026

wtorek, 15 września 2026

Nie toleruję słowa nie, zawsze dostaję to, co chcę

Jedną z rzeczy, które nigdy nie przestaną mnie zadziwiać w byciu mamą, jest to jak szybko mały człowiek chłonie wiedzę. I natychmiast naśladuje wszystko, co zauważy.

Odkurzałam. Córka zwykle trochę się bawi, trochę mnie obserwuje i biega za mną z wózkiem albo ze swoim odkurzaczem. Mamy w odkurzaczu wymienne końcówki, m. in do dywanów, które trzymamy w szafce. I gdy kończyłam odkurzać podłogę, mała mnie uprzedziła, wyciągnęła z szafki szczotkę do dywanów i mi podała. Dużo rzeczy robimy razem, chociażby razem wyciągamy naczynia ze zmywarki, ale odkurzałam zawsze sama, więc zdziwiłam się, że zrobiła z własnej inicjatywy, bez mojego polecenia. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, jak to dziecko szybko się uczy i we wszystko chce się angażować. 

Córka ma jedną ulubioną piosenkę, której chce słuchać w kółko i często się przy niej wygłupiamy. Ostatnio zauważyłam, że z łatwością powtarza najdziwniejsze gesty, które wymyślę dobrze się przy tym bawiąc. To samo dotyczy zabawy i najróżniejszych czynności, wszystko musi robić jak mama albo tata, a gdy coś sprawia jej trudność, nie rezygnuje - najpierw posyła mamę, by to zrobiła. 

Ta zdolność uczenia się i powtarzania widoczna jest nie tylko podczas zabawy, ale też przy czynnościach, które wykonujemy na co dzień. Jeśli mówię, że muszę się napić, córka szybciej ode mnie biegnie po swoją butelkę. Gdy pokażę, że swędzi mnie nos, sama "martwi się", też "twierdzi" że swędzi ją nos i zaczyna go drapać. Gdy myszka w bajce jest smutna, bo się zgubiła, córka też robi się smutna i czasem ma łzy w oczach i decyduje, że nie chce już oglądać takiej smutnej książeczki. Choć w tym wieku ciężko jeszcze mówić o empatii, to czasem myślę, że to dziecko czuje i rozumie emocje i potrzeby innych lepiej niż niejeden dorosły. 

Zaskakujące, jak już rozumie prawie wszystko, o czym rozmawiamy - gdy tylko o czymś wspomnę - będziemy się usypiać - zdarza się, że sama biegnie, pokazuje, żeby wsadzić ją do wózka i rozłożyć oparcie. Szkoda że nie działa to we wszystkich przypadkach. Chociażby na komendę - "nie wchodzimy na zjeżdżalnię pod prąd" czy "nie wyrzucamy jedzenia z talerza". Podejrzewam, że to dlatego, że dzieci nie mają w słowniku słowa "nie", czy też po prostu je pomijają w odbiorze naszych wypowiedzi. 

Zaskakujące, ale też rozczulające, że już takie maluchy zaczynają rozumieć ten świat i chcą we wszystkim uczestniczyć i głośno manifestują swoje niezadowolenie, gdy im tego zabronimy. Chcą tak po prostu być częścią naszego świata, naśladować we wszystkim, spędzać z nami każdą chwilę (nawet do tego stopnia, że są zrozpaczone, gdy pójdziemy sami do toalety). Codziennie tym samym pokazują nam, że bycie rodzicem może być piękne tak po prostu. Że nie potrzeba niesamowitych wydarzeń, żeby każdy dzień był dobrym dniem. Wystarczy Twoja obecność i czas. I chwila wspólnej zabawy. 

Czym Wasze pociechy ostatnio Was zaskoczyły?

piątek, 11 września 2026

Co się stało w ciągu siedmiu dni?







Czas spędzony w domu nieco mnie wycisza. Rozmowa z bratem, wieczór przed telewizorem z ojcem - to wszystko jest zwyczajne i bezpieczne. Działa na mnie kojąco. Kiedy wieczorem układam się do snu, moja dusza jest nieco lżejsza. Czuję jednak, że coś się zbliża.
Pierwsza część serii o detektywie Belmoncie zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, więc sięgnęłam też po "Siedem dni" myśląc, że ta książka będzie przynajmniej na zbliżonym poziomie. Czy się nie pomyliłam?

Detektyw Faith po głośnej sprawie mordercy znad rzeki pracuje z nowym partnerem, a Harry Belmont odpoczywa na swoim odludziu. Gdy jednak ginie dziennikarz znany z krytyki policyjnych działań, w tym działań samego Belmonta, Harry Belmont postanawia wrócić do swojej policyjnej pracy i zająć się tą sprawą. Okazuje się jednak, że łatwo nie będzie. Śmierć dziennikarza to dopiero początek serii tajemniczych i okrutnych morderstw, które wstrząsają miastem. Faith Adams, jej nowy partner oraz Harry Belmont muszą działać szybko, bo z dnia na dzień pojawiają się kolejne zwłoki. Z czasem pytań przybywa, a sprawy nie udaje się ani trochę pchać do przodu, Czy uda im się zatrzymać to, co się dzieje i zamknąć sprawcę? Kto mógł się dopuścić tak okrutnych rzeczy?

Żałuję, że częściej z nią nie rozmawiałem, kiedy jeszcze było to możliwe. Pocieszające jest jedynie to, że mama nie musi być świadkiem tego, co dzieje się z jej synem. Czy gdyby żyła, wszystko wyglądałoby inaczej? Prawdopodobnie tak, ale nigdy nie można mieć pewności. Zło odzywa się w człowieku w różnych okolicznościach.

Początek książki był zupełnie nieprzekonujący. Sam początek śledztwa wydawał się zwyczajny. Do tego wzajemne docinki bohaterów przy każdej możliwej okazji. Ja naprawdę rozumiem, że mają ciężkie charaktery i mogą się wzajemnie nie lubić, ale czytanie wzajemnych obelg i opisów co kilka akapitów mnie nieco irytuje. I jeszcze narracja, w której nie unika się wulgaryzmów, ale to już znałam z pierwszej części. Na szczęście to wszystko, co mogę tej książce zarzucić. 

Całość mimo wszystko oceniam bardzo dobrze. Śledztwo, choć na początku nic na to nie wskazywało, było naprawdę trudne i złożone. Mamy tu w końcu do czynienia z brutalnym morderstwem kilkorga ludzi, a zaczyna się od czegoś, co można by podciągnąć pod zwykłe potrącenie przez samochód. Do tego nasi policjanci muszą działać szybko, bo ten, kto zabija ciągle jest w grze. Choć pewnie w innych kryminałach mamy podobne zagadki, tutaj pojawia się jeszcze pewien ciekawy motyw, ale za wiele nie mogę powiedzieć. 

Postaci bohaterów są takie jak zapamiętałam je z pierwszej części - gburowaty i niestroniący od niekonwencjonalnych metod, a jednocześnie doświadczony Harry Belmont oraz Faith Adams - ambitna i oddana pracy policjantka, która zawsze potrafi mu się odgryźć. Choć ta ich wzajemna niechęć jest momentami irytująca i infantylna, to właśnie to wyróżnia tę książkę spośród innych powieści, a samych bohaterów czyni dla nas bardziej rzeczywistymi. Można zatem stwierdzić, że mimo wszystko są to bardzo ciekawe postaci. Możemy też ich dość dobrze poznać, bo autorka opisuje ich życie prywatne, ale w żaden sposób nie zakłóca to wątku śledztwa, bo zachowuje równowagę i umiejętnie oddziela te wątki. 

Historia nim się obejrzałam, bardzo mnie wciągnęła. Do tego autorka nie skupia się za mocno na opisach, więc tempo akcji tej powieści jest szybkie. Książkę można przeczytać w jeden wieczór. Na pewno też na długo zapadnie Wam w pamięć, bo historia zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kryminałów. Do tego ciekawie przedstawiony profil mordercy. Zakończenie też oceniam bardzo dobrze. Różne tropy przez całą powieść rzucały cień na różnych podejrzanych i śledczy naprawdę musieli się nieźle nakombinować, a że tropów było mało, w dużej mierze zdani byli też na własną intuicję.

Książka jak najbardziej warta polecenia.


Moja ocena: 7/10

Katarzyna Bester, Siedem dni

Ilość stron: 347

Wydawnictwo Zaczytani

Data premiery: 20.05.2026

wtorek, 8 września 2026

Siedem rzeczy, które tylko rodzice zrozumieją

Dziecko zmienia wszystko - naszą codzienność, rutynę, dotychczasowy tryb życia, ale też priorytety. Nieraz zdarzyło mi się pomyśleć, że są takie rzeczy, których wcześniej jako ktoś, kto nie ma dzieci, nigdy bym nie zrozumiała. Tak, są rzeczy, które mogą wydawać się głupie lub śmieszne, ale gdy rozmawiamy o nich z innym rodzicem, okazuje się, że to nic nadzwyczajnego i dotyczy wielu z nas. Oto kilka z nich.

1. Cieszą nas nietypowe rzeczy 
Wiele razy przyłapałam się na tym, że weszłam do sklepu z myślą, że coś sobie kupię, a finalnie kupiłam coś dla dziecka. Nawet gdy chodzę po galerii bez założenia, że coś kupię, często kończy się tak, że kupuję jakiś drobiazg, który córka sobie upatrzyła. W końcu czego się nie robi dla tego uśmiechu. Czasem bywa tak, że gdy widzę coś ładnego dla córki, zapominam po co sama przyszłam. I już przestałam z tym walczyć.  Jako rodziców nie tak bardzo interesują nas wyprzedaże, o wiele bardziej promocje na pampersy, ciuszki czy akcesoria dla dzieci. Tylko rodzice zrozumieją, że gdy dziecko się na jakiejś czynności zafiksuje, może to robić bez ustanku, dopóki nie znajdzie sobie nowej pasji, która znów pochłonie je bez reszty. U nas ostatnio jest to robienie baniek mydlanych. Dlatego też niedawno przyłapałam się na tym jak bardzo cieszyłam się z promocji na płyn do baniek mydlanych. Nie ma to jak zrobić zapasy czegoś, co dziecko uwielbia, nie?

2. Najbardziej oczywiste, czyli zmęczenie
Zmęczenie, gdy jest się rodzicem to inny wymiar zmęczenia. Zanim zostałam mamą też bywałam zmęczona, ale fakt faktem wstawałam i kładłam się spać o której chciałam i przesypiałam całą noc, więc teraz już zmęczeniem bym tego nie nazwała. Teraz mam obok kogoś, kto poza czasem swojej drzemki nieustannie jest w ruchu, nieustannie mnie zagaduje, bierze za rękę i zaprasza do zabawy albo wyciąga na spacer. Także nie dość, że wykształciłam oczy z tyłu głowy, to przez większość czasu jestem skupiona i czujna, bo mały człowiek ma zadziwiającą zdolność pakowania się w tarapaty, gdy tylko zniknie z oczu. Ale mimo to, że mam prawo być o wiele bardziej zmęczona niż dawniej, to mam też o wiele większą siłę do działania. Dziwnym trafem, gdy rano patrzę w te oczy, zapominam, że nie chciało mi się wstawać. I jest jeszcze jeden plus - wcześniej ciężko było mi się zmusić do regularnej aktywności fizycznej - obecnie... chyba nigdy wcześniej nie robiłam regularnie tyle kroków, co teraz.

3.Granicą zaczyna być tylko wyobraźnia 
Będąc mamą robię mnóstwo rzeczy, które dawniej byłyby dla mnie niekomfortowe. Zwłaszcza, że nigdy nie lubiłam się wyróżniać czy zwracać na siebie uwagi. Teraz jestem mamą małego człowieka, który nawiązuje kontakt z każdą napotkaną osobą, bądź inne osoby próbują nawiązać kontakt z nim - "O, jakie śliczne dziecko", "A czemu tak uciekasz mamie?", a na spacerze zatrzymuje się w najróżniejszych miejscach w poszukiwaniu skarbów, staje obok kałuży i wrzuca do niej wszystko, co znajdzie w pobliżu lub szuka najdłuższego patyka, żeby sobie z nim pospacerować, ciągnąć go po ziemi, więc już nic mnie nie zdziwi. 

4. Czas, a raczej jego ciągły deficyt
Choć jako mama z zarządzaniem czasem radzę sobie o wiele lepiej niż zanim miałam dziecko, to trzeba przyznać, że czas z macierzyństwie jest dobrem deficytowym, szczególnie ten czas tylko dla siebie. A gdy już mam tą chwila dla siebie, mija gdy tylko zdążę usiąść z kawą i chwilę odsapnąć.

5. Lęki
Wraz z dzieckiem rodzą się lęki i niektóre z nich zostają na zawsze, jak lęk czy obawa o bezpieczeństwo dziecka. W końcu nie jesteśmy już odpowiedzialni tylko za siebie, a pojawia się ktoś kto polega tylko i wyłącznie na nas. Tylko rodzice zrozumieją, jak wiele energii trzeba poświęcić, by takiego człowieka, którego wszędzie pełno i nie cofnie się przed niczym, utrzymać przy życiu. 
Jest jeszcze lęk wywoływany jest przez płacz dziecka. Choć wiemy, że na początku to jedyne narzędzie komunikacji, płacz zawsze wywołuje nieprzyjemne odczucia i sprawia, że chcemy natychmiast pomóc, choćby chodziło tylko o drobnostkę. 
I jeszcze jeden z gorszych leków - lęk przed wybudzeniem z drzemki. Dla mnie nie ma nic gorszego, niż za krótka drzemka malucha. Raz, że nie zdążę się zregenerować, dwa marudny mały człowiek to marudny mały człowiek - wymaga o wiele więcej zasobów energii. Co innego wyspany, którego cieszy wszystko i chętnie zrobi wszystko, co zaproponujesz. 

6. Zmiana sposobu patrzenia na wiele rzeczy 
Gdy stajemy się rodzicami, zupełnie inne rzeczy stają się dla nas ważne. Uczymy się też patrzenia z dystansem na wszystko inne, co do tej pory nas zajmowało. Kiedyś mogła być to praca, pieniądze, nowa pasja czy znajomi. Spędzając większość czasu przy opiece nad dzieckiem, w swoim wolnym czasie, którego nie mamy już tyle, co wcześniej, robimy tylko te rzeczy, które są naprawdę wartościowe i warte naszej uwagi. Potrafimy z tych mniej ważnych zrezygnować. 

7. Zmiana charakteru 
My stwarzamy dziecko, ale nie bez powodu mówi się też, że to dzieci stwarzają nas.  Uczymy się stawiania dobra innego człowieka ponad swoje i cierpliwości, jakiej tylko małe niesforne, władające rączki we wszystko i często wybuchające płaczem dziecko potrafi nauczyć. Ze zdumieniem odkrywamy, że stajemy się wersją siebie, której wcześniej nie znaliśmy - tą lepszą wersją. Kimś, kto wie, że to, na czym mu najbardziej zależy, to wszystko co najlepsze dla tego małego człowieka. Kimś, kto ma w sobie więcej spokoju i pozytywnych myśli. W końcu musimy być oparciem dla tego małego człowieka. 

Czy macie takie rzeczy, które zrozumieć mogą tylko inni rodzice? Co jeszcze dodalibyście do tej listy?

piątek, 4 września 2026

Lekcja pierwsza: nie ufaj nikomu

Na mojej skroni pulsuje żyła. Dopuszczam możliwość, że rzuci się na mnie i mnie zabije, zanim dokończymy tę rozmowę. Zanim mój mąż przyzna się, że robił to, co robił, gdy go obserwowałam. Jakaś część mnie chciałaby, żeby tak się stało. 
Przyznam, że czasem, gdy mam zły dzień lubię sięgnąć po taką mroczną historię pełną ciemnych charakterów i wydarzeń, które mogą wstrząsnąć. Pozwala mi to nabrać dystansu i choć może to nienajlepszy sposób, by ogarnąć złe samopoczucie, to w pewien sposób daje ukojenie, w końcu zawsze mogło być gorzej. Okazało się, że "Nauczyciele" to właśnie jedna z takich historii, choć wcale się na to nie zapowiadało.

Eve i Nathaniel to na pozór przykładne małżeństwo. Oboje pracują jako nauczyciele. I tylko oni wiedzą, że ich związek już od dawna nie jest taki jak powinien być. Jakby tego było mało, do ich grup trafia Addie - uczennica znana w liceum Caseham ze skandalu - plotkowano wtedy, że ma romans z nauczycielem. Jest jednak coś jeszcze gorszego, co Addie ukrywa. Eve niepokoi się, że nie można jej ufać i przestrzega przed nią męża. Czemu ta szesnastolatka ma opinię dziewczyny, która przynosi problemy?
Jestem taką szczęściarą. Mam piękny dom, satysfakcjonującą pracę i męża, który jest miły, łagodny i niesamowicie przystojny. A jednak gdy Nate wyprowadza samochód na drogę i włącza się do ruchu, kierując się w stronę szkoły, mogę myśleć jedynie o tym, że mam nadzieję, że jakaś ciężarówka przejedzie na czerwonym świetle, zmiecie naszą hondę i zabije nas oboje na miejscu. 
Kiedyś zdarzyło mi się obejrzeć "Trudne sprawy" czy "Szkołę". Tu mamy kombinację właśnie takich dramatów na miarę tych seriali, ale w zdecydowanie lepszym i wydaniu i z głębszym przekazem. No i jest to thriller, więc trochę Wami wstrząśnie. Trochę to mało powiedziane, bo w tej książce naprawdę źle się dzieje i niejedno życie jest zagrożone.

Sądząc po opisie historia może wydawać się nieco banalna i przewidywalna - tu się po części zgodzę. Do pewnego momentu akcja toczy się dokładnie tak, jak bym się tego spodziewała, gmatwa się dopiero nieco później. Nie zepsuło mi to jednak radości z czytania. Autorka prowadzi narrację bardzo ciekawie. Książka ma to coś, co po prostu zmusza, by czytać dalej. Może to, że autorka nie próbuje na siłę budować napięcia, po prostu powoli wprowadza nas w historię bohaterów, cały czas pozostawiając jakieś niedopowiedzenia. Gdy już myślimy, że więcej się nie wydarzy, nagle zmienia się wszystko.

Dużym plusem dla mnie jest też narracja pierwszoosobowa z różnych perspektyw. Mamy tu też perspektywę Addie, czyli szesnastolatki. Zawsze ostrożnie podchodzę do książek, gdzie mamy nastolatkę czy nastolatka jako narratora, bo bywa, że jest sztucznie albo nudno. Tutaj jednak bohaterka była dość przekonująca.

Kolejnym plusem były dla mnie bardzo przekonujące portrety psychologiczne bohaterów. Każda z postaci była naprawdę przemyślana i odwzorowana z dbałością o każdy szczegół. Nate - przystojny nauczyciel angielskiego i poeta, z pozoru miły i oddany uczniom, jednak jak każda z postaci w tej książce skrywa coś więcej. Eve - nielubiana przez uczniów, surowa i wymagająca nauczycielka matematyki - kto z nas nie miał takiej w szkole?  Jednak nawet ona okazuje się być nieprzewidywalna. I Addie - uczennica, która oddałaby wszystko, by być w szkole niewidzialna, jednak ani trochę jej to nie wychodzi. Problemy, których doświadcza w środowisku szkolnym cierpliwie znosi, bo wie, że nie to jest najgorsze. Można powiedzieć, że każda z postaci nie do końca jest tym, kim się wydaje. Lubię takich bohaterów, których zachowania ciężko przewidzieć.

Może nie wybitna historia, gdyż jak wspominałam, z początku trochę przewidziałam, co będzie się działo, ale naprawdę bardzo dobra. I zdecydowanie na długo zapada w pamięć. Na pewno przeczytam więcej książek tej autorki, bo ta pozycja bardzo wyróżnia się spośród thrillerów psychologicznych, które do tej pory poznałam. Czy pozostałe jej książki też są dobre, czy lepsze?


Moja ocena: 8/10

Freida McFadden, Nauczyciele

Ilość stron: 434

Wydawnictwo Czwarta Strona

Data premiery: 27.08.2025 


wtorek, 1 września 2026

Po to tak naprawdę zostałam mamą, czyli o przesypywaniu piasku słów kilka

Często chodzimy z córką na plac zabaw. Zawsze to chwila odpoczynku dla rodzica, a dziecko może się wybiegać przed drzemką. I ostatnio, gdy tak sobie siedziałam i patrzyłam, coś do mnie dotarło.

Niby to tylko huśtawka, zjeżdżalnia, piaskownica i czasem jeszcze karuzela, ale dzieci potrafią tam wymyślać naprawdę przeróżne zabawy. Najbardziej lubię, gdy dzieci bawią się w dużej grupie, wszystkie razem, starsze angażują młodsze. Czasem jednak zdarza się,  że jesteśmy same. Jednego razu córka wymyśliła, że będzie nosić piasek z piaskownicy wiaderkiem i wsypywać na karuzelę. A gdy już coś wymyśli, ma zajęcie na dłuższy czas, więc nie ingeruję i nie przeszkadzam. I gdy tak siedziałam na tej karuzeli, a ona biegła z wiaderkiem piasku patrząc wprost na mnie, w końcu dotarło do mnie, czym jest to całe macierzyństwo. Ta radość, zapał i niewinne oczy, gdy Twoja pociecha biegnie w Twoim kierunku. Uświadomiłam sobie, że to właśnie po to zostałam mamą. By codziennie na nowo doświadczać czegoś, co dla tego małego człowieka jest w danej chwili najważniejsze. Nawet jeśli na ten moment jest to tylko przesypywanie piasku z miejsca w miejsce. Bo dla niej to w tym momencie wszystko. Za kilka lat to już będą inne aktywności i problemy. Teraz ten maluch chce, by być z nim w tym jego małym świecie. I zawsze patrzy z taką ufnością, że cokolwiek innego zaprząta Twoją głowę, w tym momencie przestaje się liczyć. 

Może to właśnie to jest sensem macierzyństwa? Chwile, gdy uświadamiasz sobie, jak bardzo ten mały człowiek na Tobie polega. Nie tylko, gdy płacze i jest mu źle. Chce żebyś mu towarzyszyła we wszystkim, co postanowi. Dostrzegała małe sukcesy, była wsparciem, po prostu była obecna. I byś w tej zwyczajnej codzienności zawsze umiała spojrzeć z zachwytem na człowieka, którego stworzyłaś. I tym samym codziennie na nowo utwierdzała się w przekonaniu, że to najlepsze co mogłaś w życiu zrobić.