Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Na pewne rzeczy nigdy nie będziesz gotowa

Patrzę, jak moja prawie dwulatka już sama zasypia w łóżeczku ze swoją lalką. Patrzę i próbuję jak najdokładniej zapamiętać ten widok, bo dociera do mnie, że wszystko to dostałam tylko na chwilę. 

Jeszcze wczoraj potrzebowała mojej pomocy we wszystkim, a dziś już biega, skacze, nawiązuje relacje z sąsiadami, ma swoje zainteresowania i upodobania, potrafi się upomnieć, gdy czegoś potrzebuje. I zasypia bez pomocy. Kiedy ona tak się zmieniła? To jest jedna z tych rzeczy w rodzicielstwie, na które nigdy nie będziemy gotowi - to jak szybko dzieci rosną i jak coraz mniej nas potrzebują. No oczywiście, jestem dumna, ale - czemu ten człowieczek jeszcze wczoraj był kruszynką, która zaczyna odpowiadać na uśmiech, a dziś już słucha z uwagą bajki, patrząc mi w oczy i wspólnie się śmieje? Nie byłam na to gotowa. 

Nie da się też być gotowym na wszystkie pierwsze razy. Na to jak pewnego dnia zaczyna wołać "mama", a potem gdy coś jej się nie podoba i płacze, patrzy na ciebie i przybiega żeby się przytulić, bo jednocześnie wie, czego od mamy może oczekiwać. Na bycie czyimś całym światem też nie da się przygotować. I na to jak tym samym wywraca to twój świat. Bo kiedy dziecko cię potrzebuje, wszystko inne przestaje być ważne, liczy się tylko tu i teraz.

Czy to jest w porządku, że dzieci rosną tak szybko? Nie, dlatego patrzę, ile tylko mogę i staram się zapamiętać to wyjątkowe małe cudo. Jednocześnie wiem, że to tylko etap rozwoju, bo każdy z nas kiedyś dorasta i chcąc nie chcąc muszę się z tym pogodzić. 

Czy coś jeszcze dodalibyście do tej listy? Na co nie byliście gotowi?


środa, 18 września 2024

Jesienny klimat - z czym się kojarzy?

Dawno nie pisałam nic od siebie, ale myślę, że wrócą posty niezwiązane z tematyką książkową, jak choćby dziś. 

Wstałam, wyjrzałam przez okno na zasnute mgłą osiedle i dopadła mnie nostalgia. Każdy z nas za czymś tęskni i nawet taki drobiazg jak chłodne, prawie jesienne powietrze i mgła może wywołać masę wspomnień. Dla mnie wrzesień to kompletowanie szkolnej wyprawki, szkolne znajomości, wzloty i upadki. Kilka lat później wyjazd na studia, październikowa przeprowadzka do Olsztyna, wielka niewiadoma i wiele obaw, ale trzy lata tam spędzone okazały się być jednym z piękniejszych okresów w moim życiu. Do tej pory wracam tam z sentymentem, odwiedzam stare miejsca, by powspominać. Potem była przeprowadzka do Białegostoku, by dokończyć studia magisterskie, poznać nowych ludzi, przekonać się czym naprawdę jest praca, a w czasach epidemii była też odskocznią i pretekstem do wyjścia z domu i bycia z ludźmi. Praca na co dzień  z klientem, choć nie jest lekka, była dla mnie czymś, w czym się odnajdywałam, poznałam mnóstwo ludzi i charakterów, momentami uśmiałam się do łez, pozostało wiele wspomnień. Przez okres studiów dowiedziałam się również czegoś więcej o sobie i poznałam miłość swojego życia. 

Serce zawsze będzie za czymś tęsknić, jest jak nasza wewnętrzna, indywidualna mapa i kompas w jednym. Ma wyznaczone pokonane już szlaki z zakreślonymi ważnymi punktami i podpowiada ku czemu się kierować dalej, co jest ważne. I ciągle upomina, by żyć tak, żebyśmy niczego nie żałowali. Staram się. Choć było kilka relacji, które w moim życiu się rozpadły, a chciałabym je odbudować. Z każdym dniem jednak staję się silniejsza, nie popełniam tych samych błędów.

To tylko jesienna mgła, a całe życie przepływa przed oczami. A już niedługo jesień będzie mi się kojarzyć z czymś jeszcze. Choć jeszcze nie jestem w stanie wyobrazić sobie z czym - płaczem i śmiechem maluszka? Jakie to będzie uczucie trzymać w rękach cały świat?

Załączyłam zdjęcie z lipcowej sesji. Choć lipiec to jeszcze lato, słoneczniki to dla mnie też symbol późnego lata jak i wczesnej jesieni. 

Lubicie jesień? Jakie macie skojarzenia, gdy przychodzi?


piątek, 25 grudnia 2020

Bez żadnych hamulców?

Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdybyśmy wszyscy robili dokładnie to, na co mamy w danym momencie ochotę? Mówili w każdej sytuacji nie to, co wypada, ale to, co naprawdę chcemy powiedzieć? Gdyby żadne hamulce społeczne nie obowiązywały? Obejrzałam ostatnio świetny film, który dał mi do myślenia na ten temat.

źródło: https://www.filmweb.pl/film/Oblicze+mroku-2018-790925/photos/783958

Oblicze mroku to thriller, którego główną bohaterką jest Maria. Nieśmiała dziewczyna, nieodnajdującą się w gronie rówieśników z liceum. Pewnego dnia, gdy podczas toalety mówi do swojego odbicia w lustrze, zauważa, że przestało ono przypominać jej odbicie. Dziewczyna w lustrze porusza się w inny sposób i z czasem zaczyna również jej odpowiadać. Gdy Maria już nie radzi sobie z otaczającą ją rzeczywistością i problemami, które za bardzo ją przytłaczają, jej „bliźniaczka” proponuje pewne kuszące rozwiązanie. Zamieniają się miejscami. Od tej pory Maria ma nieograniczone możliwości. Może się odegrać na rówieśnikach za wyrządzone jej krzywdy. W końcu ma odwagę by powiedzieć to, co długo leżało jej na sercu i zrobić to, co podpowiada jej serce, niekoniecznie rozsądek... Czy wobec takiego obrotu sprawy, Maria zyska czy straci? Czy może jednak jej chaotyczne zachowanie pociągnie za sobą tragiczne konsekwencje?

„Oblicze mroku” bardzo mi się spodobało. Fani mrożących krew w żyłach i przerażających historii mogą się nieco rozczarować, ale i tak warto. Odebrałam go przede wszystkim jako ważną życiową lekcję. Ile razy wyrzucamy sobie, że czegoś nie zrobiliśmy, bo w tej jednej chwili zabrakło nam odwagi? Ile razy po tym zastanawiamy się, co by było gdyby? Jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy wtedy nie posłuchali głosu rozsądku, a tego nieśmiałego głosiku, który czai się gdzieś w podświadomości? Czy miałoby to dobre skutki, czy wręcz przeciwnie? A może nie warto do tego już wracać? Czasu i tak nie cofniemy, to pewne. Może czasem warto być wdzięcznym za to, że posłuchaliśmy głosu rozsądku? Kto wie, co mogłoby się stać w przeciwnym wypadku...

środa, 7 października 2020

Wejdź do szafy!

Wraz z końcem przerwy wakacyjnej wracam do pisania. Sporo się u mnie ostatnio dzieje, ciężko znaleźć chwilę, żeby zebrać myśli. Nowe studia, nowe miasto, nowi ludzie. W pewnym sensie też nowa ja. Nieraz się zastanawiam, jak to jest, że w każdym miejscu zostawiamy cząstkę siebie. Jak to możliwe, że w każdym miejscu coś zostawiamy, a jednocześnie życie toczy się dalej. Ludzie, miejsca, wspomnienia i emocje, które nam towarzyszyły już na zawsze zostaną związane z tym miejscem. Niekiedy mam wrażenie, że czas biegnie zbyt szybko. Że to, co dobre, zbyt szybko mija i pozostaje pustka. Ale właśnie ta pustka jest potrzebna, by odkryć siebie na nowo. 

A co to znaczy odkryć siebie? Gdy pewnego razu przechodziłam wzdłuż rynku, zaczepił nas chłopiec. Robił wywiad, który potrzebny mu był do szkolnego projektu, i zadał mojemu znajomemu serię dziwnych i dziwniejszych pytań. Jedno z nich brzmiało: „Kim chcesz być w przyszłości?” Zazwyczaj wtedy nasze myśli wędrują ku różnym podniosłym ideom. Lekarzem, prawnikiem, architektem, księgowym. Chcę pomagać ludziom, chcę być sławny, chcę być szanowany. Ale czy te pragnienia nie przysłaniają nam czegoś istotnego? Tutaj, co mnie zastanowiło, padła po prostu odpowiedź: „sobą”. Można pomyśleć, ot nic nadzwyczajnego. Tylko kiedy tak naprawdę jesteśmy sobą? Przy rodzicach? Na uczelni? w pracy? Wśród znajomych? Każda sytuacja to pewien zestaw oczekiwań, pewna rola, jak w teatrze. Posłuszna córka, dobra koleżanka, pracownik starający się o awans, kumpel próbujący zaimponować znajomym. A gdzie jest miejsce na to „ja” prawdziwe? 

Nieżyjący już ks. Pawlukiewicz użył symbolicznego obrazu. Dopiero, gdy wejdziemy do szafy, pobędziemy sami w swoim towarzystwie i znajdziemy chwilę na refleksję, wtedy jesteśmy sobą. Często boimy się tego, bo mogą dojść do głosu rzeczy dawno zapomniane. W codziennym zabieganiu ciężko jest wygospodarować ten czas na „wejście do szafy". Ale może warto?

piątek, 21 sierpnia 2020

Zrozumieć ten świat

Tak różni, choć tacy sami

Budujemy granice

Otaczamy się murami

Zamykamy pokoje na klucz

Zamykamy serca, by nie powstały tam dziury

Jednocześnie próbując załatać te stare

Odwracamy wzrok, spoglądając w ekran

Odpisując na wiadomość, która nie może poczekać

Słowa zamieniamy na czaty

Znika gdzieś uśmiech w literach

Nie patrzymy w oczy, które mówią wszystko

Odwracamy wzrok, by walczyć lub uciekać

Jednocześnie tak bardzo potrzebując drugiego człowieka

Czy ktoś może wyjaśnić zatem

Jak zrozumieć mechanizmy rządzące tym światem?

_________

 Też czasem macie wrażenie, że internet zamiast ułatwiać komunikację, niekiedy utrudnia ją? Co by się stało, gdyby na jakiś czas komunikatorów internetowych zabrakło? Czy nasze relacje wyglądałyby inaczej? Lepiej?

sobota, 27 czerwca 2020

Każdy koniec jest początkiem

Prędzej czy później przychodzi taki dzień, kiedy kończy się wszystko. Mawiają, że każdy koniec to początek. Ale ja nie lubię zakończeń, rozstań, pożegnań. Zresztą kto je lubi? Choć po nich życie toczy się po nich dalej, to już nie jest takie samo. Ludzie, których spotykamy, doświadczenia czy wyzwania, z jakimi przyjdzie nam się mierzyć, zmieniają nas na zawsze. Moja promotorka podczas jednego z ostatnich spotkań powiedziała, żeby próbować odnaleźć siebie. Wszystko, co robimy, w większym lub mniejszym stopniu nas do tego zbliża. Życie jest sumą doświadczeń. Wszystko, co robimy, w pewien sposób nas kształtuje.

Gdy po trzech latach studiów trzeba spakować swój dobytek, okazuje się, że jest go o wiele więcej niż na samym początku. Nie tylko różnych drobiazgów, których stopniowo przybywało w półkach i szufladach, ale też bagaż doświadczeń jest większy. My jesteśmy bogatsi o różne wspomnienia. Takie, do których zawsze będziemy z chęcią wracać. Jednak ostatnie kilka miesięcy zdalnej edukacji nie było łatwe. Każdy student doświadczył zarówno trudności jak i wielu absurdalnych sytuacji.

 1. Jak w pięć minut stać się najszczęśliwszym człowiekiem
Mieszkam prawie 200 km od Olsztyna. W okresie epidemicznym połączenie bezpośrednie z mojej miejscowości zostało zawieszone do odwołania. Nastawiłam się zatem na sześciogodzinną podróż pociągiem z przesiadką. Taki mamy klimat, ale jakoś trzeba przetrwać. Dzień przed podróżą jeszcze sprawdziłam połączenia i okazało się, że autobus bezpośredni od tego dnia już kursuje. Jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam z faktu, że mogę przejechać się tym autobusem. Niesamowite, jak można się nauczyć cieszyć z małych rzeczy.

2. Powiadają, że poczta u nas powolna
Przez to całe zawirowanie z epidemią dostaliśmy wytyczne, żeby prace dyplomowe wraz z dokumentami wysłać do dziekanatu pocztą. Jako że i tak byłam w okolicy, postanowiłam udać się tam osobiście, bo taka opcja, choć mniej pożądana, też była dopuszczalna. Jednak gdy w środę wypada dzień pracy wewnętrznej, w czwartek Boże Ciało, a w piątek okazuje się, że dziekanat jest nieczynny, pozostaje czekać do poniedziałku, albo... wysłać pocztą. Zależało mi na czasie, a do poniedziałku zostać nie mogłam, więc wybrałam drugą opcję. Choć przesyłkę nadałam poleconym priorytetowym w obrębie tego samego miasta, to dopiero na drugi dzień po doręczeniu dostałam sms z potwierdzeniem i cały dzień czekałam w niepewności... Cóż, najważniejsze, że w ogóle dotarła 🤣

3. Gdy jest widoków brak i chce się tylko kląć...
Na ogół na studiach jest ograniczona ilość dopuszczalnych zaliczeń w ciągu dnia i tygodnia. Chyba że nauczanie jest zdalne i jest się studentem trzeciego roku, a konieczność wysłania prac pocztą wymusiła szybsze rozliczenie z uczelnią. Wtedy ograniczeń ilościowych co do zaliczeń nie ma. Mogą się odbywać we wszystkie dni tygodnia, łącznie z niedzielą, nawet kilka razy dziennie. Zaś do jednego testu, który miał trwać 14 minut podchodziliśmy trzy razy przez problemy techniczne. Przynajmniej na brak emocji nie można było narzekać. 😁W takiej sytuacji głębokiego sensu nabierają zacytowane wyżej słowa piosenki… 

4. Obrona? Tylko w stroju bojowym
Nasza grupa miała to szczęście, że mogliśmy podejść do obrony w formie tradycyjnej. O ile formą tradycyjną można nazwać odpowiadanie przez komputer przed komisją znajdującą się w osobnym pokoju. Oczywiście wymagane były też maseczki i rękawice. Jak do tej pory był to najtrudniejszy egzamin, przez jaki przyszło mi przechodzić. Nie tyle sam egzamin, co przygotowania do niego i towarzyszący mu stres. Dość dużo się przygotowywałam, ale gdy usiadłam na krześle, prawie zapomniałam jak się nazywam i jaki mam numer PESEL (a było to wymagane podczas logowania) 🤣


Mimo trudności wszystko zakończyło się pomyślnie, a teraz mogę już na dobre wrócić już do bloga. A już w następnym poście przedpremierowa recenzja książki, którą wywalczyłam w konkursie. 

środa, 13 maja 2020

Uśmiechając się do telefonu

Dziwnych, kochani, doczekaliśmy czasów
O których nie śniło się naszym filozofom
Dziś przed człowiekiem ucieka człowiek
Wychodzimy z domu tylko wkładając maski
Ktoś spyta: zatem co się zmieniło?
Przecież to wszystko brzmi tak znajomo

Tylko ty czujesz się w tym inny, jakby obcy
Bo kim tak naprawdę jesteś?
Czy siedząc i rozmyślając w kąciku
Udało ci się poznać odpowiedź?
Czego pragnie serce i za czym tak tęsknisz?
Za spotkaniami? Za wyjściem z domu?
Ogniskiem nad jeziorem? Podróżą pociągiem?
Za tym wszystkim, co miałeś na co dzień
Czy może za czymś zupełnie innym
Czymś, czego nigdy nie zdołasz odkryć...

Cokolwiek by to nie było
Musi poczekać na lepszy moment
Dziś tylko siedzisz cichutko w kąciku
I od czasu do czasu uśmiechasz się
Do telefonu



Wiersz już trochę stracił na aktualności, bo kwarantanna w takim stopniu jak wcześniej już nie obowiązuje, ale posłużył mi do zastanowienia się, czym naprawdę jest szczęście. Trafiłam ostatnio na pewne stwierdzenie, które bardzo dało mi do myślenia. Szczęście to czas. Tyle razy zadajemy sobie pytanie czym jest szczęście i jak je znaleźć. Jedni z nas czują się bardziej szczęśliwi, inni mniej, zaś jeszcze inni wcale. Jednak do tej pory nikt nie zdołał dokładnie określić, czym to szczęście jest.
Często próbujemy odłożyć szczęście na później. Stawiamy warunki. Będę szczęśliwy/szczęśliwa, ale najpierw muszę kupić nowy samochód, mieć dobrze płatną pracę, zarobić mnóstwo pieniędzy, a najlepiej wygrać w totolotka. Jeszcze gdzieś na tej liście, wyżej lub niżej jest zalezienie drugiej połówki, czy innego rodzaju satysfakcjonujących relacji, co jest jeszcze trudniejsze, bo wymaga więcej czasu i zaangażowania niż samo zdobywanie dóbr materialnych. Czy któryś z tych elementów można uznać za miarę szczęścia?
Tyle celów do zrealizowania, więc jak mogę być szczęśliwy/szczęśliwa teraz? Dzisiaj? Nie, to nie do osiągnięcia. Tymczasem szczęście to czas. Każdy miesiąc, doba i godzina, które dostajemy mają nam to umożliwić. Można siedzieć z założonymi rękami i czekać nie robiąc nic. Znaleźć powody mówiące, że nie warto. Że jest beznadziejnie. Że nigdy się nie uda. Można też każdy dzień, każde dwadzieścia cztery godziny, które dostajemy wykorzystać i znaleźć w nim choć odrobinę szczęścia. Póki mamy jeszcze czas, wszystko da się zrobić. To kwestia naszego wyboru.
Przykładem, który najbardziej do mnie przemawia, jest obecna sytuacja w kraju i na świecie. Można stawiać poprzeczkę wysoko, robić plany. A co, jeśli z dnia na dzień tego wszystkiego zabraknie? Gdy z dnia na dzień pod znakiem zapytania stanie nie tylko nasza kariera zawodowa, naukowa, ale nawet zdrowie czy życie? Co jeśli nagle wszystkie plany stracą na znaczeniu?Gdzie wtedy szukać szczęścia? Jak tę odrobinę szczęścia znaleźć? Szczególnie w tym ciężkim czasie, gdy spotykają nas różne niedogodności?  W dużej mierze szczęście zależy od tego, jak go szukamy. Powodów jest wiele, gdy zaczniemy dostrzegać nawet te najdrobniejsze. Cokolwiek, co pozwala się uśmiechnąć. Nie muszą to być dokonania na wielką skalę. A może, gdy jest nam ciężko, obok jest ktoś, kto potrzebuje  pomocy? Szczęście to czas, wykorzystajmy go dobrze.

sobota, 2 maja 2020

Rozstrojona gitara

Są takie chwile, gdy wszystko jest na nie
Gdy dźwięki nie brzmią jak powinny
Bo zbyt naciągnięta jest struna D
A struna G brzęczy wciśnięta nieodpowiednio
Dźwięki niby płyną, ale nie takie jak chcesz
Jak można stworzyć muzykę z akordów niepełnych?

Są takie chwile, gdy muzyka nie płynie
Coś nie gra, jeden element nie funkcjonuje jak powinien
Próbujesz go zdiagnozować, myśląc, co ci jest
Nie czujesz się na siłach, by zacząć nowy dzień
By wstać i ruszyć z miejsca
Lub zwyczajnie się uśmiechnąć

I zastanawiasz się, która struna jest temu winna
Co zrobić by muzyka mogła znów popłynąć?
Zakładasz stroik, powoli szarpiesz struny
W ten sposób wszystko uda naprawić
Ach, gdyby życie było tak proste
Jak strojenie gitary
___________________

Zainspirować może wszystko dookoła, nawet zwykłe szarpanie strun 😂Gitara jeszcze nie wylądowała w kącie, nasunęła mi nawet pewne skojarzenie. Pomyślałam, że każdy z nas ma takie chwile, gdy wszystko wydaje się być nie na swoim miejscu,  a wszystko, co by się nie zrobiło, wydaje się pozbawione sensu. Nie trwają one długo, ale pozostaje pytanie - jak się wtedy znowu nastroić? 

wtorek, 14 kwietnia 2020

Bo jak nie teraz, to kiedy?

Są rzeczy, których nie warto odkładać na później. To „później” może nigdy nie nastąpić. Szczególnie w dobie pandemii niczego nie można być pewnym. Może warto niektóre rzeczy z listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią zrealizować już teraz? Bo jak nie teraz, to kiedy? Czy warto czekać na lepszy moment?
Pisałam niedawno posta „A gdyby rzucić studia i zostać Marylą Rodowicz?", w którym zastanawiałam się, co by było gdybym rzuciła studia, kupiła gitarę i zaczęła robić karierę. Studiów nie rzuciłam (jeszcze), Maryli Rodowicz pewnie nie dorównam (nigdy), ale jedną rzecz z  tego zamierzenia udało mi się zrealizować, a  mianowicie – kupić gitarę. Chodziłam z tym zamiarem przez miesiąc, aż w końcu kwarantanna, której końca dalej nie widać, zmusiła mnie do znalezienia sobie zajęcia, więc pomyślałam – jak nie teraz to kiedy? Pojawiły się różne głosy typu: „co to w ogóle za chory pomysł?" czy „nie masz na co kasy wydać?” lub też „po co ci to?”, „co ty będziesz z nią robić?”. Ale czasem trzeba przestać słuchać głosów i zrobić swoje. Bo jak nie teraz to kiedy?
Ile razy tak niewiele nam brakuje, by w końcu robić to, co chcemy? Niekiedy to jest tak oczywiste, a mimo to trudno to dostrzec. Nauczyłam się, że z marzeń się nie rezygnuje. Nigdy. Choćby były trudne w realizacji (a to było i to bardzo – podczas nauki akordów barowych nie raz byłam bliska wyrzucenia gitary przez okno🤣), to przecież jest właśnie to, co daje siłę, żeby iść dalej. Szczególnie w tak ciężkim czasie.
Całe zamieszanie wywołane przez pandemię powoduje wiele refleksji, na które w codziennym zabieganiu nie starczało czasu. Jesteśmy zmuszeni do zmian. Uczymy się żyć na nowo. Na nowo też uczymy się budować relacje. Izolacja wymusza relacje na odległość, co nie jest łatwym zadaniem. Oby starczyło nam siły i nadziei, bo przecież wszystko, co złe, musi kiedyś minąć.
       Na dzisiaj tyle. Wybaczcie, że ostatnio tak krótko, ale jakoś to siedzenie w domu ani trochę nie działa na mnie twórczo. Też macie podobnie? 

piątek, 13 marca 2020

Gdy panika osiąga apogeum... jak żyć?

Cała panika zaczęła się wraz z początkiem marca. Pierwsze potwierdzone przypadki koronawirusa w Polsce. Miałam tyle planów. Czwartego marca jeszcze dołożono 200 dodatkowych biletów na „Wybranych” w Bydgoszczy. Potem codziennie dowiadywaliśmy się o nowych przypadkach zachorowań. Kilka dni później odwołano dni otwarte na UWM-ie. Na innych uczelniach zajęcia częściowo ograniczono. 10 marca dowiedziałam się jednocześnie trzech rzeczy – wystąpiło podejrzenie zakażeniem koronawirusa w Olsztynie, zakazano odwiedzin w akademikach, a koncert w Bydgoszczy został przełożony na wrzesień. A potem z dnia na dzień zmieniło się wszystko.


Zajęcia na wszystkich uczelniach zostały zawieszone na dwa tygodnie. Zamknięto kina, muzea a nawet biblioteki. W sklepach, a potem w aptekach pojawiły się kolejki, z półek zaczęły znikać niektóre towary. a potem pierwsza śmiertelna ofiara w Polsce, a wszystkich zachorowań jest już 58. Lęk i panika osiągają apogeum. Każdy z nas zadaje sobie pytanie: dokąd nas to wszystko doprowadzi?
Na zajęciach prowadząca powiedziała, że epidemię koronawirusa można określić mianem czarnego łabędzia – jest to nieprzewidywalne zdarzenie o ogromnym wpływie na rzeczywistość. To mnie chyba dotknęło najbardziej. Skoro sytuacja tak bardzo się zmienia z dnia na dzień, to kto jest w stanie przewidzieć, co będzie za miesiąc? Za kilka miesięcy i później?
Gdy zagrożenie staje się realne, zmienia się nasz sposób myślenia. Temat koronawirusa poruszany jest wszędzie, a media bombardują nas nowymi informacjami na ten temat na kroku. Epidemia to teraz temat numer jeden. Tu nie ma miejsca na stopniowe przystosowanie się do nowych realiów. Z dnia na dzień zostaliśmy wrzuceni w rzeczywistość, gdzie na każdym kroku czai się ryzyko zachorowania, trzeba bardzo dokładnie dbać o higienę, wszelkie wyjścia z domu stały się niebezpieczne, a nawet niepożądane, o imprezach już nie wspominając. Jeszcze kilka dni temu narzekałam jak ciężko jest mi siedzieć od ósmej do szesnastej na uczelni, a niedługo będę tęsknić za normalnością. Nawet zdalna praca w domu nie zastąpi tej na ćwiczeniach, gdy trzeba zrobić projekt na zaliczenie w grupie. Dwa tygodnie jeszcze można w ten sposób przetrwać, ale co będzie dalej?
W obliczu takiego zagrożenia przyjmujemy różne postawy. Pojawiają się różne myśli, w tym też myśli o śmierci. Może to nie do końca uzasadnione, bo panika wszystko wyolbrzymia, ale zaczęłam zadawać sobie pytanie, co bym zrobiła, gdyby jutro miał być mój ostatni dzień. Usłyszałam ostatnio takie zdanie, które mi tutaj pasuje. Nie pamiętam, kto był jego autorem, ale brzmiało mniej więcej tak: za dużo czasu marnujemy na rzeczy niepotrzebne, a za mało poświęcamy na to, by kochać. Może przyszedł czas, by w końcu to zmienić?
Zwolniłam, zaczęłam się zastanawiać nad priorytetami. Co jest w życiu najważniejsze, a na co poświęcam za dużo czasu niepotrzebnie? Co chciałabym jeszcze zrobić tutaj i teraz? Czy są jakieś relacje, które powinnam naprawić lub przynajmniej spróbować naprawić? Czy jest coś, co jeszcze powinnam powiedzieć lub zrobić, zanim będzie za późno? Znalazłam czas na rzeczy, które ciągle mi gdzieś umykały w tym codziennym pośpiechu. Znalazłam czas, żeby nacieszyć się wypitą bez pośpiechu herbatą. I świadomie przeżywać każdą chwilę.
       I wiecie co? Myślę, że ta świadomość powinna nam towarzyszyć każdego dnia, a nie tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Nigdy nie będziemy wiedzieć, ile czasu nam pozostało. Musimy przeżywać każdy dzień maksymalnie. Tak, by potem nie było czego żałować.


A jak Wy radzicie sobie z tym, co się dzieje?

piątek, 28 lutego 2020

Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie

Zauważyłam, że od pewnego czasu dzieje się ze mną coś niebywałego. Sama siebie już momentami nie poznaję. W pewnym momencie zaczęłam się temu przyglądać i zastanawiać, dlaczego tak jest. Pojawiły się u mnie różne odruchy, których wcześniej nie miałam. Zdziwiłam się, gdy bez większego namysłu i rozważania wszystkich „za” i „przeciw” ustąpiłam miejsca dziewczynce stojącej za mną w kolejce w sklepie,  żeby nie czekała, bo chciała tylko kupić butelkę soku. Nie jest to może nic wielkiego, ale zmiany często zaczynają się od małych rzeczy. „Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie” – to zdanie często mi towarzyszy, gdy myślę sobie od czego warto zacząć wszelkie zmiany.
       W swoim środowisku spotykam różnych ludzi. Jednych darzę sympatią już od pierwszego spotkania, zaś innych wręcz przeciwnie, co jest rzeczą naturalną, bo nie wszystkich da się lubić. Ale jak łatwo jest popełnić błąd. Źle zaszufladkować. Po co w ogóle to robimy? Chcąc jakoś uporządkować to, czego doświadczamy, wkładamy jednych tu, drugich tam. Stanowczo i nieodwołalnie. Bez szans na zmianę tej pozycji. A może warto się wyzbyć tych dwóch szufladek? Przypisywania etykiet: „fajny/a”, czy „niefajny/a”, a zamiast tego skupić się na własnym podejściu do relacji z drugą osobą?
Pracowałam z koleżanką, którą już na początku znalazła się w tej drugiej szufladce. Wydawała mi się nieco gburowata i niechętna do kontaktu. Właśnie – wydawała się. Często kluczem jest nasza subiektywna ocena sytuacji. Gdy tylko przestałam o niej myśleć w tym kluczu, a skupiłam się na tym, co ja sama mogę zrobić, żeby było lepiej, odniosłam zupełne inne wrażenie. Zaczęła się częściej uśmiechać, wymieniać różnymi spostrzeżeniami. Nawet sympatycznie nam się dalej współpracowało.
Oczywiście to działa też w drugą stronę. Są osoby, które na samym początku trafiają do szufladki pierwszej. Od razu po pierwszej rozmowie wydaje nam się, że z tej znajomości może powstać coś dobrego. Miałam takiego kolegę, który już od samego początku wydał mi się absolutnie fascynujący. Z czasem coraz więcej rozmawialiśmy, podobne rzeczy nas interesowały, myślałam że można mu zaufać. Ale gdy przyszło do zbudowania czegoś więcej, okazało się, że nasze poglądy na ważne kwestie zasadniczo się różnią i niektórych zachowań zaakceptować się po prostu nie da. Często ktoś, kto zrobi na nas dobre pierwsze wrażenie i na samym początku wrzucimy go do pierwszej szufladki, wcale nie powinien się tam znaleźć.
Jest jeszcze trzecia możliwość. Gdy ktoś na początku trafia do pierwszej szufladki, potem zostaje zdegradowany do drugiej, ale znajomość wraz z tym się nie urywa. Gdy ktoś czasami irytuje nas do tego stopnia, że mamy ochotę rwać włosy z głowy (niekoniecznie tylko sobie ). Mieszkałam kiedyś z taką jedną dziewczyną. Przez kilka pierwszych dni, może nawet tygodni nie miałyśmy sobie nic do zarzucenia. Potem trochę się tego nazbierało. Częste imprezy, zupełnie inny tryb życia, który mi nie odpowiadał i wiele innych. Ale z czasem zamiast ją oceniać, obrzucać błotem i skupiać się na tym jak drażni mnie to, że jest tak inna, po prostu to zaakceptowałam. Owszem, mogłam poszukać sobie innego lokum albo innej współlokatorki. Ale zdecydowałam, że dam jej szansę. i czegoś mnie to nauczyło.
Często winę za to, że dana relacja nam się nie układa tak, jak byśmy tego chcieli, zrzucamy na innych. Najpierw oceniamy zbyt pochopnie albo po pozorach. Potem trzymamy się tego zdania nie dając sobie szansy na pełen ogląd sytuacji. Zdarza się  tak, że koniec końców i tak odrzucamy kogoś, kto nie do końca odpowiada naszym wyobrażeniom o nim.
Przestańmy polegać na schematach czy wyobrażeniach. Przestańmy nieustannie analizować to jaka ta druga osoba być powinna i czego jej brakuje. Może wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć? Wystarczy odsunąć od siebie te wszystkie schematy zgodnie z którymi ludzie powinni mieć takie a nie inne cechy, bo tego czy innego od nich oczekujemy. Może warto skupić się na tym, co dobrego mają nam do zaoferowania? Nie ma ludzi idealnych, ale też nikt z nas nie jest czarno-biały. Suma dobrych i złych rzeczy w każdym z nas nigdy nie jest na minusie.
W dużej ilości przypadków to, czy relacja układa się tak, jak byśmy tego chcieli, jest to kwestia nie drugiej strony, ale właśnie naszego podejścia i błędnej oceny sytuacji. Nie warto czekać, że wszystko samo się ułoży, że ludzie będą inni. Nie warto korzystać z szufladek. Zmianę warto zacząć od siebie i od tego, jak sami ich postrzegamy. Może to właśnie na tym poziomie wszystko się zaczyna?

piątek, 7 lutego 2020

Miłość to matematyka

Miłość to funkcja
Czyli przyporządkowanie
Każdemu elementowi
Ze zbioru pierwszego
Dokładnie jednego elementu
Ze zbioru drugiego
Nasze przyporządkowanie
Można nazwać funkcją

Miłość jest jak rachunek prawdopodobieństwa
Prawdopodobieństwo że spotkasz
Drugą połówkę swojej duszy
Jest bliskie zeru
A jednak mi się udało

Miłość jest jak zadanie optymalizacyjne
To ciągłe pytanie jakie muszą być
Wymiary mojego uczucia
By szczęście, które Ci daję
Było możliwie największe

Miłość jest jak proporcja
To, ile Ci jej daję
Jest wprost proporcjonalne
Do tego, ile otrzymuję
Bo dajemy sobie wszystko

Chociaż nie da się jej
Zważyć, zmierzyć
Obliczyć pola lub objętości
To i tak jest niewyobrażalnie wielka

Miłość jak matematyka
Ma wiele różnych zasad
Z tym, że nikt jeszcze ich nie opisał
I nie zbadał

Bo nigdy nie możesz wiedzieć
Kiedy trafi na Ciebie
Nie znasz dnia ani godziny
A będzie to, gdy najmniej się spodziewasz

I żadnym równaniem,
Żadna prawidłowością
Nie da się tego momentu
Obliczyć, niestety…
_______

Wiersz napisany jakieś trzy lata temu na konkurs walentynkowy. Teraz bym co nieco w nim pozmieniała, ale z racji, że zdobył drugie miejsce w tymże konkursie, to niech już zostanie jak jest 😁 Czy miłość ma coś wspólnego z matematyką? Czy można ją opisać jakimiś zasadami? I czy miłość doskonała jest możliwa (w naszym świecie, a nie tylko u pluszaków)?
Do poniedziałku postaram się skończyć recenzję "Balladyny" i przy tej okazji zastanowimy się ile miłość ma wspólnego z szaleństwem. A za tydzień niespodzianka 😊
Wybaczcie moje zaległości na blogach, ale to już ostatnia prosta przed sesją. Potem wszystko wróci do normy. Trzymajcie się!

piątek, 31 stycznia 2020

Czy masz czas na nudę?

Moje zaliczenia już zbliżają się ku końcowi. W sesji zostały mi tylko dwa egzaminy, a przy tym mnóstwo wolnego czasu. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale czy na pewno będzie go aż tak dużo?
Nie wiem jak Wy, ale ja mam ciągłą manię planowania. Gdy okazuje się, że mam jakiś dzień wolnego, wymyślam sobie tyle różnych rzeczy do zrobienia, że ten czas wolny tak naprawdę przestaje być czasem wolnym, a staje się napiętym grafikiem, z którego każdy punkt trzeba zrealizować na czas. No bo przecież czas wolny trzeba wykorzystać maksymalnie. Muszę zrobić zakupy, z kimś się spotkać, posprzątać, iść na zajęcia dodatkowe czy koncert... Można by tak wymieniać i wymieniać. W efekcie z tego dnia wolnego niewiele czasu zostaje na to, żeby tak zwyczajnie usiąść i się ponudzić. Pomyśleć o niebieskich migdałach, albo zwyczajnie wyłączyć się i nie myśleć o niczym.
Myślę, że taka chwila zatrzymania się i refleksji zawsze jest ważna i potrzebna. Bo zaczynamy żyć dopiero wtedy, gdy nadamy naszemu życiu sens i kierunek. A nie zrobimy tego ciągle dokądś biegnąc, bardzo często nie zastanawiając się nawet dokąd. Może warto zastanowić się do czego to, co robimy teraz, doprowadzi nas za kilka lat? Gdzie chcielibyśmy wtedy być?
Zauważyłam, że z tej ilości wolnego czasu, jaka pozostaje, dużo pochłaniają media społecznościowe. Biorę telefon do ręki tylko po to, żeby coś sprawdzić, a odkładam go po godzinie albo dwóch zła, że zmarnowałam tyle czasu na nicnierobienie. Ale przecież musiałam sprawdzić, co słychać na Instagramie, blogu i Facebooku, obejrzeć nowe filmiki na YouTubie, poczytać wiadomości z ostatniej chwili. Musiałam? Przecież nic nie może mnie ominąć. Przywiązujemy do tych wszystkich informacji taką wagę, jakby od nich zależało nasze życie. Tymczasem nawet jeśli internetu albo prądu zabrakłoby na kilka dni, nie stałoby się zupełnie nic. Wszystko byłoby dalej na swoim miejscu.
W jednej z książek, które ostatnio przeczytałam, bohaterowie znaleźli się w takiej właśnie sytuacji. Uwięzieni w domku na zupełnym odludziu, kilkanaście kilometrów od najbliższego sklepu, zasypani śniegiem, bez prądu i możliwości kontaktu ze światem. Jedyne, co mieli, to porządne zapasy jedzenia. Bez tego na pewno nie udałoby się przeżyć. Za to bez telefonów się udało i całkiem dobrze sobie poradzili. A nawet wpadli na kilka ciekawych pomysłów, które zapewne by się nie pojawiły, gdyby nie to, że przez kilka dni byli skazani na nudę. Nie raz myślę, co by było, gdyby mi się przytrafiło coś podobnego. Może to mogłoby zupełnie odmienić życie? Czas na nudę jest bardzo ważny, bo wtedy do głosu dochodzą różne ciekawe myśli.
Zdjęcie zrobione jeszcze przed świętami, gdy wracałam z uczelni. Teraz już nasze Kortowo nie wygląda tak uroczo, bo jest szaro, ponuro i pada deszcz. Na szczęście już niedługo się to zmieni

czwartek, 2 stycznia 2020

„Ja zostaję tu do rana", czyli Sylwester tylko dla wytrwałych

W sylwestrową noc Plac Bankowy w Warszawie zgromadził tłumy ludzi. Jeszcze nie miałam okazji uczestniczyć w takiej otwartej imprezie, więc ta była pierwsza. Myślałam, że to będzie niezapomniane przeżycie. I rzeczywiście takie było – z wielu różnych powodów. Załączam kilka filmików, na których widać, jak bawiła się Warszawa. Wybaczcie jakość, ale zimno było, to i ręce się trzęsły.

„I kończy się zły sen o przyszłości”
Usłyszałam wielu wokalistów, których lubię. Najbardziej czekałam na koncert Sylwii Grzeszczak. Gdy wokalistka pojawiła się na scenie, spotkało mnie pierwsze zaskoczenie tego wieczoru – przyzwyczaiłam się, że zawsze miała ciemne włosy, więc zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ją w blondzie.

Faceci spadający z nieba (!)
Plac Bankowy nie jest jednak tak duży jak się spodziewałam. Z czasem jednak wypełnił się po brzegi i zrobiło się naprawdę wesoło. Prawie tak jak w pewnej piosence, która też tam wybrzmiała. Tak bardzo, że musiałam uważać, by nie zostać zgnieciona. Przed piosenką „It’s raining men” prowadzący zapytał, czy któraś z pań marzy o tym, żeby mieć nowego faceta. Fakt faktem żaden z nieba nie spadł, więc liczba publiczności na Placu Bankowym na szczęście się nie zwiększyła i koniec końców wyszłam stamtąd w jednym kawałku.
     Prawdziwym wyzwaniem było stanie tam w botkach na obcasie. Jako że po kilku godzinach dosłownie nie czułam nóg, przed północą zaczęliśmy się zbierać. Pierwsze problemy pojawiły się, gdy powiedziano nam, że najbliższa stacja metra jest zamknięta. Przejście sporego kawałka do kolejnej stacji i znalezienie przystanku, z którego cokolwiek odjeżdżałoby tam, gdzie mieliśmy nocować zajęło nam sporo czasu. Tym sposobem parę minut przed północą siedzieliśmy w metrze i tam też powitaliśmy nowy rok. A kilka minut potem wychodzimy z przystanku metro Wilanowska, a nad naszymi głowami wystrzelają fajerwerki. Gdybym stworzyła listę „Top 10 najbardziej niezwykłych sposobów na przywitanie nowego roku”, to wyjście z przystanku metro Wilanowska byłoby tam numerem jeden, polecam 😂

Daj mi znak. Jeśli chcesz, możemy lecieć jeszcze dziś"
      Gdy dotarliśmy już prawie do celu, potrzebna była jeszcze taksówka, bo przejście pozostałego kawałka zajęłoby pół godziny pieszo. Gdy zadzwoniliśmy po taksówkę, okazało się, że czas oczekiwania wyniesie ponad godzinę. Jedynym wyjściem w tej sytuacji było... zacisnąć zęby i iść do przodu (albo polecieć, jak śpiewała Sylwia Grzeszczak w piosence „Rakiety”). Nie było to łatwe, gdy nogi są na skraju wytrzymałości i ma się botki na obcasie. Ale czego się nie robi dla dobrej zabawy.

„Rusz się zamiast śmiać się ze mnie”
      Przypomniało mi się wtedy, że w poprzednim poście napisałam, że chętnie wróciłabym do czasów, gdy samochodów było mało, a ludzie wszędzie chodzili razem pieszo. I oto z początkiem nowego roku moje życzenie stało się rzeczywistością. Czyż to nie najlepszy możliwy początek roku?

W związku z tym wieczorem naszła mnie taka myśl. Ile razy w życiu mamy plany czy konkretne oczekiwania? Bardzo często w to wszystko wkradają się przeciwności czy okoliczności, których nie mogliśmy przewidzieć. Często spodziewamy się fajerwerków, a okazuje się, że zabawa będzie świetna, ale rozbolą cię nogi, przystanek metra zamkną ci przed nosem, a nowy rok powitasz wychodząc z przystanku metra na Wilanowskiej... aczkolwiek fajerwerki i tak będą. Bo czasami dostajemy coś zupełnie innego, niż byśmy chcieli. Ale to wcale nie znaczy, że gorszego – wręcz przeciwnie. W tym miejscu przypomina mi się cytat: „czy to, czego chcesz naprawdę jest tym, czego chcesz?” i „czy to, czego nie chcesz, naprawdę jest tym, czego nie chcesz?” Ja tego sylwestra zdecydowanie nie zapomnę do końca swoich dni.

„O Pani, tak bardzo ci do twarzy… w tej kurteczce”
 Śmieszną sytuację miałam jeszcze w Nowy Rok. Gdy wyszłam z kościoła na Placu Zbawiciela, okazało się, że za minutę odjeżdża tramwaj do centrum. Podbiegłam więc kawałek, Dalej miałam na nogach botki na obcasie, zatem słychać mnie było z pewnej odległości. Pan, który szedł kawałek przede mną obejrzał się przerażony, bo myślał, że go gonię. Wyjaśniłam mu więc, że gonię nie jego, tylko tramwaj i pobiegłam dalej. Nawigacja podpowiedziała mi jednak, że biegnę nie w tym kierunku, w którym powinnam, więc wróciłam i zapytałam go, gdzie jest najbliższy przystanek. Wytłumaczył mi dokąd mam pójść i pobiegłam. Na koniec usłyszałam jeszcze: „Ale pani jest piękna... naprawdę". Cóż... pozdrawiam tego miłego pana, jeśli to czyta 😁


      Ale wkoło jest wesoło
      Na koniec jeszcze piosenka, która ze wszystkich śpiewanych na tej imprezie najbardziej utkwiła mi w głowie. Moim zdaniem jest w niej zawarta cała esencja życia. Czasami, gdy myślę o tym, co widzę dookoła, to można by zacytować słowa refrenu – „ale wkoło jest wesoło”. Czasami aż zanadto i to życie jakieś takie szalone się wydaje (dosłownie – bywa, że czuję się jak w zoo), ale na tym polega jego piękno.
A Wy jak spędzaliście sylwestra? 

poniedziałek, 30 grudnia 2019

A gdyby jutra miało nie być?

Przed wigilią odszedł nasz sąsiad. Dlatego też w święta podczas rozmów przy obiedzie był taki moment, gdy zastanawialiśmy się, dlaczego życie jest tak krótkie. Jednego dnia jeszcze jesteśmy na tym świecie, a na drugi dzień bliscy i znajomi płaczą nad naszym grobem. Mój tata wypowiedział takie zdanie, które do tej pory mi towarzyszy. Mianowicie teraz ludzie coraz szybciej żyją. Każdy ma telefon, samochód, co pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu, a i tak mamy go niewiele. Zaś nie tak dawno temu ludzie wszędzie chodzili pieszo, a telefon był jeden na kilka domów i z powodzeniem starczało na wszystko czasu. Życie nie miało tak zabójczego tempa, a stres był mniej obecny. Zatem co takiego się zmieniło?
Tak mnie to zastanowiło, bo ilekroć patrzę na swoje życie, to ciągle mi w nim brakuje czasu, na większość rzeczy, które chciałabym zrobić. Lista książek, które chciałabym przeczytać jeszcze w tym życiu osiągnęła już kolosalne rozmiary. Ciągle pojawia się jakiś nowy film czy serial, który muszę obejrzeć. Tyle rzeczy chciałabym się jeszcze nauczyć, ale po prostu nie wiem, od czego zacząć. Zewsząd atakują mnie różne nowe bodźce. A to informacje o wydarzeniach, na których nie mogę nie być, a to o miejscach, które trzeba jeszcze odwiedzić. Tylko jak to wszystko uporządkować, żeby o niczym nie zapomnieć? Przydałby się jakiś zmieniacz czasu. Może to rozwiązałoby sprawę raz na zawsze?
Gdy tak myślę o tej wcale nie tak dalekiej przeszłości, chciałabym, by to wróciło. Byśmy spotkali się rozmawiając, a nie czatując ze sobą czy pisząc smsy. Czasem napisali list. Przeszli wszyscy razem pięć kilometrów pieszo do kościoła na pasterkę w wigilijną noc. Nie zważając na zimno, mróz i śnieg chrzęszczący pod stopami.  A może właśnie ciesząc się, że ten śnieg spadł, bo teraz nie ma nawet białych świąt. Byśmy cieszyli się małymi rzeczami. Po prostu ze sobą byli. Tak, żeby to drugi człowiek był najważniejszy. I potrafili żyć tak, jakby jutra miało nie być. 
Uznałam, że mój widok z okna najlepiej nadaje się na ilustrację do tego posta XD 
Pomyślmy o tym wszystkim w nowym roku. Chcę Wam życzyć, by był on jeszcze bardziej udany niż poprzedni i żebyście doświadczali jeszcze więcej dobra.
Na koniec dodam jeszcze, że właśnie mija rok, odkąd założyłam tego bloga. Dziękuję, że wciąż tu jesteście i czytacie! 😊

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Widziałam Mikołaja... znikający papier toaletowy i pana Wojciecha, czyli coraz bliżej święta

Klimat świąt często czujemy jeszcze na długo przed świętami. W sklepach świąteczne ozdoby pojawiają się bardzo wcześnie. Ale w Olsztynie jedynym i słusznym zwiastunem świąt jest Warmiński Jarmark Świąteczny. Wtedy to nasza Starówka gromadzi tłumy ludzi, którzy wspólnie słuchają czytanych bajek, jedzą różne przysmaki i rozmawiają. Można też kupić świąteczne pamiątki i inne drobiazgi. W tym roku na jarmarku nie tylko udało mi się zobaczyć Mikołaja z prawdziwego zdarzenia. Widziałam też znikający papier toaletowy, znikającego pana Wojciecha i inne niesamowite zjawiska. Byłam też świadkiem przykrej sytuacji.

Niby nic szczególnego, ale jednak jest coś niesamowitego w tym wspólnym chodzeniu, świątecznych dekoracjach. Nie wiem jak Wy, ale ja wtedy już czuję się magię nadchodzących  świąt. Co magicznego mają w sobie święta? Lubię w nich to, że ludzie są dla siebie bardziej życzliwi. Każdy z nas stara się być lepszy, na swój własny, może nie zawsze skuteczny sposób, ale już w samym staraniu się jest coś, co daje nadzieję. Może przez takie małe rzeczy w świecie będzie dziać się mniej zła? Warto od tych małych rzeczy zacząć. Od obdarowania innych. Nie tylko prezentami świątecznymi – prezenty to jedynie symbol. Jest jeszcze wiele innych rzeczy, które możemy rozdać innym.

Cytując mojego ulubionego klasyka, dawanie siebie innym to postawa serca, której powinniśmy się nauczyć. Nasze serca powinny być skierowane nie ku sobie, ale ku innym i nastawione na ich potrzeby. A teraz moje ulubione przykłady – czy wchodząc do autobusu nie siadasz, a najpierw myślisz, czy ktoś inny może bardziej potrzebować miejsca siedzącego? Czy idąc rano do sklepu po dwie bułki i pasztetową, próbujesz chociaż zagadać do pani sprzedawczyni? Często nie przywiązujemy wagi do takich drobiazgów. Może gdybyśmy postarali się o takie drobnych gesty, łatwiej byłoby nam osiągnąć rzeczy wielkie? Postarajmy się o taką postawę nie tylko w święta, ale i na co dzień. Niewiele trzeba, by podarować innym trochę dobra. Tak trudno jest znaleźć Mikołaja, ale o wiele prościej kogoś, kogo można obdarować. Może to jest właśnie odpowiednia pora, byśmy i my zostali Mikołajami? Bądźmy takimi Mikołajami, którzy nie tylko od święta chcą dawać innym dobro.
Oprócz Mikołaja na jarmarku zobaczyłam też pokaz iluzji, który zaprezentował iluzjonista Maciej Pol. Pokazane zostały zarówno, standardowe sztuczki jak i te mniej znane. Do tej pory jest dla mnie zagadką, jak temu panu udało się przekroić na pół skrzynię z kobietą w środku. Chyba nigdy się tego nie dowiem. Tego nie udało mi się nagrać, ale pozostałe znajdują się poniżej.

Znikający papier toaletowy i Pan Wojciech

Zepsuty parasol babci

Teleportacja królika

Sztuczka z ukręcaniem głowy

Kobieta znikająca w skrzyni

Gdy wracałam, byłam świadkiem awantury w barze z kebabem (tak, dobre, co polskie, ale kebab jednak jest bezkonkurencyjny). Z jednej strony nadchodzące święta, świąteczny jarmark i ludzie, którzy starają się być dla siebie życzliwi, a zaraz obok mężczyzna wygrażający sprzedawcy w barze z kebabem za to, że o dwanaście złotych za dużo pobrał mu z karty. Sprzedawca mówił tylko po angielsku i ciężko było im dojść do porozumienia, ale po co od razu dajemy się ponieść emocjom? Po co te groźby i kłótnie? Każdy z nas zasługuje na szacunek.

Na koniec jeszcze pochwalę się Wam, że już dostałam najlepszy możliwy prezent i to nie tylko na święta. Wysłałam recenzję „Szeptacza” na konkurs organizowany na Instagramie. Pięć osób mogło zgarnąć wszystkie thrillery i kryminały, które ukażą się nakładem Wydawnictwa Muza w 2020 roku. Długo potem jeszcze zbierałam szczękę z podłogi, gdy przeczytałam meila, że jednym z tych szczęśliwców będę ja 😁
Czy też lubicie świąteczne jarmarki? Co Wam się najbardziej kojarzy ze świętami?

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Langusta jako stan umysłu, czyli krótka rozprawa o tym, jak mierzyć poziom beznadziejności dnia

Każdy z nas ma czasem momenty zwątpienia – w takie dni, gdy nie wszystko idzie po naszej myśli, czy takie, gdy zupełnie nic a nic się nie udaje. Czasami wstajemy lewą nogą, a potem już jakimś dziwnym trafem cała spirala beznadziejnych przypadków nakręca się sama i wszystko wydaje się być przeciwko nam. Jaką macie radę na to, by przerwać ten ciąg porażek i zły dzień przestał być złym dniem? Albo najlepiej by w ogóle się nie zaczął? Co zrobić, aby zły dzień zacząć lepiej? Mam na to kilka sposobów, ale jeden z nich wydaje mi się nie do przebicia.

Czemu Szustak i Langusta na palmie, czyli jak to jest z tą beznadziejnością dnia?
W komentarzach na Languście znalazłam definicję i metodę mierzenia poziomu beznadziejności dnia. Poziom beznadziejności dnia liczony w Szustakach – ile Szustaków dziennie muszę obejrzeć, by dzień stał się lepszy. Sprawdziłam tę metodę doświadczalnie i rzeczywiście coś w tym jest...
Mniej więcej miesiąc temu pisałam o <rekolekcjach>, na których miałam okazję poznać ojca Szustaka. To był ten dzień, od którego poziom beznadziejności liczę w ten właśnie sposób, czyli vlog trzy razy dziennie, a jeśli dzień mam nadzwyczaj ciężki to i więcej. I wiecie co? Nie wiem, jak on to robi, ale to do mnie trafia. Rzeczywiście gdy zaczyna się oglądać ten kanał, człowiek inaczej patrzy na pewne sprawy. Uczymy się zupełnie innego podejścia do życia. Uczymy się cieszyć z małych rzeczy – takich, którym na co dzień nie poświęcamy dostatecznej uwagi. W tym momencie przypomina mi się jak ojciec Adam często przerywa nagranie, zwracając naszą uwagę: "O! Wiewiórka, zobaczcie”, albo innymi podobnymi wstawkami. Im częściej słuchamy, że świat jest czymś niesamowitym, tym łatwej jest nam to pojąć i przyjąć ten punkt widzenia. Podoba mi się też to, że pokazuje on jak w zwykłym codziennym życiu można dopatrzeć się niezwykłych rzeczy. Pozwala odczuć, że wiara naprawdę ma sens, bo Bóg przychodzi do nas codziennie, przez różne sytuacje. Można to podsumować jednym zdaniem –  Langusta to nie tylko kanał na YT, Langusta to stan umysłu 😂

Przestań oglądać głupoty! 
Nie zapomnę jak w jednym z pierwszych odcinków, które obejrzałam, gdy opowiadał o jednej ze swoich podróży, pod koniec wskazał na balkon pełen ludzi, mówiąc, że to jedyne, co powinniśmy zapamiętać z tego odcinka. Kazał oglądającym wyłączyć i odłożyć już te telefony. Rozejrzeć się, kto siedzi obok nas i wyjść do ludzi. Przestańcie już oglądać głupoty". Pomyślałam sobie wtedy – Ale że już? Szustak, jeszcze tylko kilka odcinków i naprawdę odłożę telefon" 😂 Ale potem zdałam sobie sprawę, że ma rację. Ile razy jesteśmy zbyt zajęci tym, co się dzieje w mediach społecznościowych, tak że nie dostrzegamy tego, że obok nas jest drugi człowiek? Być może jest to ktoś, kto potrzebuje pomocy, rozmowy, zrozumienia czy po prostu dobrego słowa, a my często tej drugiej osoby nie zauważamy, bo jesteśmy zbyt pochłonięci własnymi zajęciami czy ekranem smartfona. Warto mieć to na uwadze, bo to drugi człowiek jest najważniejszy. Każdy z nas jest niesamowity. Powinniśmy się tylko otworzyć na innych – na to co myślą i co czują. Każdy z nas ma do opowiedzenia wyjątkową historię. Wystarczy tylko posłuchać.

Takie i wiele innych inspirujących myśli tam znalazłam. Czasami człowiek ma wrażenie, że ten ojciec Szustak, to zna odpowiedź na każde możliwe pytanie. Oprócz kwestii ściśle związanych z religią porusza też mnóstwo innych życiowych tematów. Każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Doceniłam go w sposób szczególny, gdy usłyszałam radę co zrobić ze złamanym sercem. Ktoś mógłby powiedzieć, że ksiądz jest ostatnią osobą, która może się wypowiedzieć na taki lub podobny temat… Nic bardziej mylnego. A powyżej jeden z moich ulubionych odcinków – padają tam mocne słowa, które warto zapamiętać i realizować w życiu.

       Lubię treści, które są wartościowe i podczas ich oglądania czy czytania ma się poczucie, że poświęcony na to czas na pewno nie będzie czasem zmarnowanym. Lubię też, gdy można z tego wyciągnąć pewną naukę, czy konkretne przesłanie. Na Languście tak właśnie jest. Oglądam ten kanał już prawie dwa miesiące i jeszcze mi się  nie znudziło. Mało tego – od tej pory nie miałam ani jednego beznadziejnego dnia! 😊

poniedziałek, 11 listopada 2019

Nie ma ludzi czarno-białych, czyli cała prawda o człowieku

Niedawno udało mi się obejrzeć film pt. "Boże Ciało" w reżyserii Jana Komasy. Pewnie większość z Was już o nim słyszała, bo premiera była mocno nagłośniona. Film ten opowiada o chłopaku, który chce zostać księdzem, ale w przeszłości był karany, nie może uzyskać na to zgody. Co mu pozostaje? Pewnego dnia trafia do przypadkowej parafii i zaczyna podszywać się pod kapłana.
W trakcie oglądania niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, gdzie leży granica. I przede wszystkim – czy dostaniemy jakąś jednoznaczną ocenę postaci głównego bohatera? Otóż nie. Siedzimy  z niepokojem śledząc losy księdza, który jak się okazuje robi dla ludzi wiele dobra. Udało mu się ostatecznie zażegnać spór, który dzielił parafian latami. Udało mu się dotrzeć do ich serc. Pokochali go. Jak ostatecznie się skończy ta historia? Czy zostanie ukarany za to, że odprawiał msze i przejął obowiązki księdza nie mając do tego uprawnień? Czy może to dobro, które zrobił, zostanie mu w jakiś sposób wynagrodzone? Tutaj się rozczarowałam. Film nie daje odpowiedzi. Siedzę i z napięciem oglądam, wreszcie widzę tylko napis końcowe.
       I to tyle? – chciałoby się zapytać. O co w tym wszystkim chodziło? Jak należy to odebrać i zrozumieć? Doszłam do wniosku, że to niejasne zakończenie mówi więcej, niż można się spodziewać. Mamy tam przedstawioną historię człowieka. Nie księdza, zbrodniarza, tylko po prostu człowieka. Jednocześnie film opowiada całą prawdę o każdym z nas. Człowiek bowiem ma to do siebie, że chce kochać i chce czynić dobro. A jak mu to wychodzi? Nie zawsze tak, jak powinno. W życiu każdego z nas są rzeczy i czyny, których żałujemy, czy nawet słowa, które chciałoby się cofnąć. Mimo tego zła, które kładzie się cieniem na naszym życiu, staramy się postępować dobrze – przebaczać, pomagać, kochać. Gdzie umiejscowić tę granicę między dobrem a złem w naszym życiu? Nie ma takiej granicy.  Nic nie jest jednoznaczne. Nawet o kimś, kogo uważamy za zwyrodnialca, nie zawsze można jednoznacznie powiedzieć, że jest złym człowiekiem. I odwrotnie – ktoś, kto wydaje nam się być ideałem bez skazy, również ma swoje słabe strony. I o tym właśnie mówił ten film

poniedziałek, 4 listopada 2019

Jest gdzieś świat inny od tego...

Jest gdzieś świat inny od tego
Pełnego bałaganu, chaosu
Zwyczajnego, niedoskonałego
W tym świecie można znaleźć szczęście
Takie prawdziwe, w każdym ludzkim sercu

Tam człowiek nie jest człowiekowi wilkiem
Choć ludzie nie są idealni
Do ideału się dąży, ale nie ma ideałów
Bo jest tam miejsce na szaleństwo
Świat bez form, utartych schematów
Świat osiągalnych marzeń
Tych niedorzecznych także

Tam słońce codziennie wstaje
Wraz z każdym nowym dniem
I nigdy nie zachodzi
Świat bez deszczu i bez łez

Tam słońce grzeje, przynosząc ciepło
Do serc promieniując radością i pięknem
Tam ciemność nie ma dostępu
Świat bez niepokojów i lęków

Taki świat sobie wymarzyłam
I znajdę go
Bo na pewno gdzieś jest



Taka myśl na dzisiaj. Wiem, miał być kolejny świetny, kreatywny i bardzo ciekawy post, ale jest jak jest... 😁 Musicie mi wybaczyć, ale gdy wracam z uczelni, czuję, że mój mozg musi odpocząć i nie mam siły, by stworzyć coś dłuższego. Mam jeszcze kilka pomysłów, które niedługo zrealizuję, więc następnym razem bardziej się postaram.
Wiersz napisany już dawno temu, ale ta myśl pasuje mi teraz do melancholijnego nastroju święta, które ostatnio przeżywaliśmy. Czy świat w którym żyjemy jest taki, jak powinien być? Co byście w nim zmienili, a co Wam odpowiada? Myślę, że żeby cokolwiek zmienić na lepsze, powinniśmy zacząć od siebie. Może nie trzeba od razu zmieniać świata, a wystarczy zmienić to jak postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość? Może trzeba inaczej spojrzeć na kogoś, kto jest obok nas? Może ten ktoś potrzebuje akurat naszego ciepłego słowa? Są takie drobne rzeczy, które mogą bardzo dużo zmienić. Musimy je po prostu odkryć w swoim życiu.
Tyle moich przemyśleń na dziś. Trzymajcie się i do następnego! 😊