wtorek, 1 grudnia 2020

O tym, jak zostałam dziewczyną z Żabki i dlaczego kocham swoją pracę

W dobie izolacji, gdy uczelnie i szkoły zamknięto, restauracje przestały być miejscem, gdzie można spędzić trochę czasu ze znajomymi, kina, galerie handlowe i inne miejsca, do których lubiliśmy chodzić zamknięto, pozostaje już tylko... wymyślić inne, bardziej kreatywne formy spędzania wolnego czasu. Zabezpieczając się, przed ewentualnością drugiego lockdownu i zakazu wychodzenia z domu, postanowiłam znaleźć pracę. I nie byłam w tym poszukiwaniu zbyt wybredna. Wiadomo, sytuacja na rynku nie jest zadowalająca i raczej prędko nie zanosi się na poprawę. Gdy pierwszy raz rozmawiałam z szefową z Żabki, usłyszałam tylko: „Pani ma kursy księgowości i szuka pani pracy w sklepie?” Właśnie tak! Niestety, na rozmowie kwalifikacyjnej nie zostałam poinformowana o jednej istotnej rzeczy. Żabka to nie miejsce pracy, Żabka to stan umysłu.

Zawsze chciałam popracować w kawiarni. Podawać kawę, przekąski, a jednocześnie porozmawiać sobie z klientami o wszystkim i o niczym. Zatem można powiedzieć, że trafiła mi się praca marzeń. Nigdy bym nie pomyślała, że praca w sklepie może być tak ciekawa, absorbująca i pełna wyzwań. O 4.30 wyskakuję z łóżka zastanawiając się, co przyniesie dzisiejszy dzień. A żaden nie jest taki sam. Tam ciągle coś się dzieje.

Mam za sobą dopiero miesięczny staż, ale codziennie wychodzę z pracy w lepszym nastroju niż do niej przyszłam. Dlaczego? Oto kilka przykładów

 1. Uwaga, włamywacz!

Są takie rzeczy w życiu, których człowiek nie zapomni do końca życia, mało tego, jeszcze dzieciom i wnukom będzie opowiadał, jaki to kiedyś głupi był, tak ku przestrodze. Jedną z takich rzeczy niewątpliwie jest pierwszy dzień w pracy i związane z tym wpadki.

W końcu nadszedł ten, dzień, gdy skończyło się moje szkolenie i pierwszy raz miałam przyjść sama na przedpołudniową zmianę. O dziwo, nie zaspałam, nie spóźniłam się na autobus, nie zapomniałam kluczy i dotarłam na czas. Teraz to już nic nie może pójść nie tak. Dumna  z siebie, wygrzebuję z torebki klucze i próbuję otworzyć drzwi. I wtedy alarm zaczyna piszczeć. Zamiast rzucić się do ucieczki jak na rasowego włamywacza przystało, wyjmuję klucz z powrotem i zaczynam analizować sytuację. Następnie wyjmuję z torby biały magiczny prostokącik, czyli kartę zbliżeniową, którą wieczorem miałam wykorzystywać po zamknięciu sklepu. Ale tego, co z tym urządzeniem się robi rano, to już nikt mi nie powiedział. Przykładam do czytnika i nagle wszystko ucichło, a ja mogłam legalnie otworzyć drzwi. Niczego nieświadoma obsługuję klientów, aż w końcu podchodzi do mnie pan w czerni i pyta, czy mam jakiś problem. Spanikowałam, bo myślałam, że jest z kontroli, a ja dopiero otworzyłam sklep i jeszcze nie zrobiłam wszystkiego, co trzeba. Zaczęłam się tłumaczyć, ale szybko wyjaśnił się powód swojej wizyty. Był z ochrony i chciał dowiedzieć, się czy wszystko w porządku, bo dostał powiadomienie o alarmie. Na to ja, bez owijania w bawełnę, mówię, że to mój pierwszy raz i jeszcze nie wiedziałam, jak to się wyłącza. Myślę, że zrobiłam mu dzień. Na szczęście poprosił tylko o nazwisko, bo taki miał wymóg. Potem dzwoniła jeszcze szefowa, dowiedzieć się, czy nic mi nie zagraża. Jej też niewątpliwie zrobiłam dzień.

 2. A w lodówie gorzała się chłodzi...

Z popołudniowej zmiany zwykle wychodzę ok. 23.30, kiedy autobusy nocne w kierunku mojego osiedla już nie kursują. Jedyną możliwością pozostaje więc przejazd taksówką. Nie wiem, jak mi się to udało, ale podczas jednego z takich procesów zamawiania taksówki przez aplikację, jako adres odbioru, zamiast adresu sklepu wybrałam adres mojej przyjaciółki. Kierowca był nieco zdezorientowany, ale wyszedł z tego zdarzenia cały i zdrowy.

Gdy tak sobie jadę nocą taksówką po mieście, chcąc nie chcąc mam w głowie jedną piosenkę. Nie pytajcie...

 3. I numer telefonu do pani bym poprosił

Jak to w każdym sklepie bywa, trafiają mi się różni klienci. Może napiszę o tym więcej w następnym poście – „10 typów klientów z Żabki”? Ale dziś będzie tylko o kilku wybranych. Pierwszy z nich – przychodzi do sklepu, chcąc skorzystać na tym podwójnie. A mianowicie robi zakupy, zagląda do lodówki z piwem i pyta:

­– Czy to piwo to było niedawno dostawione, bo jest ciepłe?

– Tak, bo szybko schodzi – odparłam uśmiechając się ze współczuciem. Klient podchodzi do kasy i skanuję mu zakupy.

– Czy mogę poprosić o reklamówkę – pyta konspiracyjnie, nachylając się w moją stronę.

– Jasne – podaję mu papierową torbę spod lady.

– Posunę się jeszcze o krok dalej – chwila niepewności – i wezmę jeszcze Marlboro czerwone.

Oddycham z ulgą i podaję mu papierosy

– I jeszcze numer do pani wezmę – mówi, pakując zakupy do torby.

– A po co panu numer do mnie? – zapytałam inteligentnie.

– Będę dzwonił zapytać, kiedy sklep zamknięty, kiedy otwarty...

(ciąg dalszy nastąpi).

 4. Mamy sytuację awaryjną

Wtorek może środkiem weekendu nie jest, ale czasami i we wtorki człowiek ma nadzieję, że w końcu nadrobi zaległości w spaniu (w weekend bywa z tym gorzej). Jakie było moje zaskoczenie, gdy telefon obudził mnie w środku nocy, czyli o 6.47...

Tym razem nie budzik, ale telefon z nieznanego numeru. Może to dziwny pomysł, by odbierać w środku nocy telefon od tajemniczego nieznajomego, ale przysięgam – byłam półprzytomna. „Tak, słucham?” – mówię głosem sugerującym, że gdy tylko będę na siłach, to mogę zamordować każdego, kto ośmielił się o tej porze przerwać mi sen. „Magda, mamy sytuację awaryjną, czy możesz przyjść do pracy?” Na to ja bez chwili zastanowienia, mimo że jeszcze chwilę temu miałam, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia, odpowiadam: „Tak, tylko najwcześniej za jakąś godzinkę, może być?”. "Magda, gdzie twoja asertywność?" – karcę się w myślach. Ale druga Magda, ta, która pracę w Żabce kocha bardziej od spania, cieszy się, że będzie mieć dodatkowy dzień w pracy.

 5. Panią też bierzemy

Przychodzi dwóch pijanych facetów. Wnoszę to po ich hałaśliwym zachowaniu. Gdy jeden z nich otwiera usta, widzę, że albo jadł keczup i jeszcze nie skończył konsumować, albo miał poważną męską rozmowę i ktoś mu porządnie obił szczękę. Ale nie o tym chciałam. Chcieli kupić pół butelki wódki. Cierpliwie im wytłumaczyłam, że sprzedajemy tylko całe butelki. Jeden z nich doprecyzował, że chodziło im o pół litra wódki. „Jakiej?"– pytam. „Niech pani wybierze”. Podałam im najtańszą, cały czas bacznie obserwując, czy nie zdemolują mi sklepu, bo ich koordynacja ruchowa była nieco zaburzona. „I jeszcze panią bierzemy!” – oznajmił jeden z nich radośnie, a drugi natychmiast podłapał ten genialny plan. „Ale ja nie jestem na sprzedaż” – wyraźnie się zasmucili. Zażyczyli sobie jeszcze coś do popicia, też zdając się na moją intuicję. „Może być sok pomarańczowy?” – pytam. „Nie, coś gazowanego, może być to zielone” – odparł, pokazując Sprite'a w lodówce. Otworzyłam lodówkę i wyjmuję Sprite'a,

– Fajna jest, nie?

– No fajna

Potem byłam świadkiem ich niezbyt wyrafinowanego dialogu, nie trudno się domyślić o czym. Jeszcze trochę i wzywam ochronę, albo dzwonię po szefa – zdecydowałam.

– To jeszcze papierosy – powiedział pierwszy z nich. – A da się pani zabrać na kawę? – zapytał z nadzieją w głosie.

– Nie, nie dam się zabrać, mam chłopaka. – O ja głupia myślałam, że to ich zniechęci.

– A gdzie pani chłopak mieszka? Też go weźmiemy!

Podałam im papierosy i pożegnaliśmy się, zanim zdążyli zdemolować sklep.

 6. Jeśli chodzi o opróżnianie lodówki, to na mnie zawsze może pani liczyć

Gdy na przekąskach kończy się termin ważności, zdejmujemy je z półek i wkładamy do lodówki, z której potem ewentualnie za pozwoleniem szefowej można je zabrać. I pamiętam, jak pierwszy raz wyszłam z Żabki z wielką torbą kanapek. Pierwsza myśl – co ja zrobię z taką ilością jedzenia? Niemal od razu wpadłam na pomysł... by podzielić się z bezdomnymi. Siedząc z chłopakiem na parapecie w galerii (był zakaz siadania, ze względu na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakim jest Covid, ale mniejsza o to) i popijając kawę, czekałam, aż ktoś złapie przynętę. I w końcu pochodzi do nas taki jeden i zaczyna się – poratuje pani, nie mam na jedzenie, jestem bezdomny... „Pieniędzy nie mam, ale kanapką mogę się podzielić” – otwieram mu torbę. – „Proszę sobie wybrać”. Na to on bez zastanowienia sięga do torby i wybiera panini o smaku kurczak – ser. „Wybrał pan akurat taką, którą trzeba odgrzać w mikrofali” – poinformowałam, bo jeszcze tego brakowało, żeby miał problemy żołądkowe po mojej kanapce. „A skąd mikrofalę wziąć?” – zapytał. Kazałam bezdomnemu użyć mikrofali. Domu nie ma, ale mikrofalę może mieć. Brawo ja 🤣


Jeszcze nie wszystkie przykłady wyczerpałam, ale ciąg dalszy już w następnym poście, żeby nie było za długo 😊 Podobało się?

niedziela, 18 października 2020

Czy miłość jest lekarstwem?

Inni uważają, że wiedzą, co to znaczy być w depresji, ponieważ przeżyli rozwód, stracili pracę lub zerwali długotrwały związek. Jednak te doświadczenia niosą ze sobą określone uczucia, natomiast depresja jest płaska, pusta i nie do zniesienia.

Dzisiaj nie będzie typowej recenzji, ale chcę Wam opowiedzieć o pewnej książce, która mnie ostatnio zafascynowała. Psychologią interesuję się od dawna, ostatnio szczególnie zaciekawił mnie temat choroby afektywnej dwubiegunowej. Stąd pomysł, by przeczytać książkę „Niespokojny umysł. Pamiętnik nastrojów i szaleństwa" Kay Redfield Jamison.

Autorka jest psychologiem, terapeutą, a jednocześnie zmaga się z chorobą dwubiegunową. Jest to niezwykle trudne w diagnozie i leczeniu schorzenie polegające na naprzemiennym występowaniu okresów depresyjnych i maniakalnych. Depresja charakteryzuje się długo utrzymującym się obniżonym nastrojem, poczuciem pustki i braku sensu. W chorobie dwubiegunowej depresje mają wyjątkowo ciężki przebieg i obarczone są ryzykiem samobójstwa. Manię natomiast cechuje podwyższony nastrój, pobudzenie, zawyżone poczucie własnej wartości i nadzwyczajna wiara we własne możliwości, często nieadekwatna do sytuacji. Chory skłonny jest do ryzykownych zachowań, niekiedy wydaje dużo pieniędzy, bywa drażliwy i nie znosi sprzeciwu. Czuje się świetnie, żyje intensywnie, a życie ma  mnóstwo barw, w przeciwieństwie do okresu depresji, gdy staje się ono szare i pozbawione radości. Zarówno okres depresji, jak i manii nie jest stanem pożądanym i wymaga leczenia oraz nadzoru psychiatry. Choroba afektywna dwubiegunowa pozostawiona sama sobie może całkowicie zdezorganizować człowiekowi życie - pozbawić pracy, relacji z bliskimi, radości codziennego dnia, a nawet życia. Dlatego tak ważne jest odpowiednie rozpoznanie i leczenie. 

Nawet wtedy, gdy znajdowałam się w stanie psychozy – miałam urojenia, omamy i pogrążałam się w szaleństwie – byłam świadoma, że odkrywam nowe zakątki mojego umysłu i mojej duszy.

Najlepszym tego przykładem jest sama autorka książki. Powieść Kay Redfield Jamison niezwykle mnie poruszyła. Jest to szczery opis historii, w której pierwsze skrzypce gra właśnie wspomniana choroba dwubiegunowa. Autorka wspomina swoje dzieciństwo, młodość, miłosne perypetie, początek kariery zawodowej, a wraz z nim także początek zmagań, które rozpoczęły się jeszcze na długo przez postawieniem diagnozy przez psychiatrę. Życie z CHAD to ciągła huśtawka i balansowanie między piekłem a niebem. Depresje, czarne okresy pełne myśli o śmierci przeplatały się u niej ze stanami maniakalnymi, w których myśli gwałtownie przyspieszają, mówi szybko, chce zrobić wszystko, najlepiej tu i teraz. Szczególnie podobał mi się rozdział „Miłość jest lekarstwem", który stanowił próbę odpowiedzi na pytanie, jaką rolę w życiu autorki spełniła pewna piękna relacja. Poruszyło mnie również zakończenie, które stanowi meritum całej opowieści. Autorka odpowiada w nim na bardzo ważne pytanie: czy gdyby wiedziała, że jej życie będzie naznaczone chorobą, wolałaby się nie urodzić?

Świadectwo Kay Redfield Jamison daje nadzieję i otuchę dla wszystkich dotkniętych chorobą i ich bliskich. Pokazuje, że życie z CHAD to nie tylko pasmo cierpień, ale może być też piękne. Jako osoba z CHAD jest niezwykle wrażliwa i znacznie mocniej odbiera otaczający ją świat. Bywa to smutne, a zarazem niesamowite i pociągające. Książka napisana barwnym poetyckim językiem trafia prosto w serce. Będzie cenną lekcją, zarówno dla osób zmagających się z tą chorobą, jak i tych, którzy chcą zgłębić temat. 


Kay Redfield Jamison, Niespokojny umysł. Pamiętnik nastrojów i szaleństwa

Ilość stron: 312

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data premiery: 18 września 1995

środa, 7 października 2020

Wejdź do szafy!

Wraz z końcem przerwy wakacyjnej wracam do pisania. Sporo się u mnie ostatnio dzieje, ciężko znaleźć chwilę, żeby zebrać myśli. Nowe studia, nowe miasto, nowi ludzie. W pewnym sensie też nowa ja. Nieraz się zastanawiam, jak to jest, że w każdym miejscu zostawiamy cząstkę siebie. Jak to możliwe, że w każdym miejscu coś zostawiamy, a jednocześnie życie toczy się dalej. Ludzie, miejsca, wspomnienia i emocje, które nam towarzyszyły już na zawsze zostaną związane z tym miejscem. Niekiedy mam wrażenie, że czas biegnie zbyt szybko. Że to, co dobre, zbyt szybko mija i pozostaje pustka. Ale właśnie ta pustka jest potrzebna, by odkryć siebie na nowo. 

A co to znaczy odkryć siebie? Gdy pewnego razu przechodziłam wzdłuż rynku, zaczepił nas chłopiec. Robił wywiad, który potrzebny mu był do szkolnego projektu, i zadał mojemu znajomemu serię dziwnych i dziwniejszych pytań. Jedno z nich brzmiało: „Kim chcesz być w przyszłości?” Zazwyczaj wtedy nasze myśli wędrują ku różnym podniosłym ideom. Lekarzem, prawnikiem, architektem, księgowym. Chcę pomagać ludziom, chcę być sławny, chcę być szanowany. Ale czy te pragnienia nie przysłaniają nam czegoś istotnego? Tutaj, co mnie zastanowiło, padła po prostu odpowiedź: „sobą”. Można pomyśleć, ot nic nadzwyczajnego. Tylko kiedy tak naprawdę jesteśmy sobą? Przy rodzicach? Na uczelni? w pracy? Wśród znajomych? Każda sytuacja to pewien zestaw oczekiwań, pewna rola, jak w teatrze. Posłuszna córka, dobra koleżanka, pracownik starający się o awans, kumpel próbujący zaimponować znajomym. A gdzie jest miejsce na to „ja” prawdziwe? 

Nieżyjący już ks. Pawlukiewicz użył symbolicznego obrazu. Dopiero, gdy wejdziemy do szafy, pobędziemy sami w swoim towarzystwie i znajdziemy chwilę na refleksję, wtedy jesteśmy sobą. Często boimy się tego, bo mogą dojść do głosu rzeczy dawno zapomniane. W codziennym zabieganiu ciężko jest wygospodarować ten czas na „wejście do szafy". Ale może warto?