wtorek, 14 kwietnia 2020

Bo jak nie teraz, to kiedy?

Są rzeczy, których nie warto odkładać na później. To „później” może nigdy nie nastąpić. Szczególnie w dobie pandemii niczego nie można być pewnym. Może warto niektóre rzeczy z listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią zrealizować już teraz? Bo jak nie teraz, to kiedy? Czy warto czekać na lepszy moment?
Pisałam niedawno posta „A gdyby rzucić studia i zostać Marylą Rodowicz?", w którym zastanawiałam się, co by było gdybym rzuciła studia, kupiła gitarę i zaczęła robić karierę. Studiów nie rzuciłam (jeszcze), Maryli Rodowicz pewnie nie dorównam (nigdy), ale jedną rzecz z  tego zamierzenia udało mi się zrealizować, a  mianowicie – kupić gitarę. Chodziłam z tym zamiarem przez miesiąc, aż w końcu kwarantanna, której końca dalej nie widać, zmusiła mnie do znalezienia sobie zajęcia, więc pomyślałam – jak nie teraz to kiedy? Pojawiły się różne głosy typu: „co to w ogóle za chory pomysł?" czy „nie masz na co kasy wydać?” lub też „po co ci to?”, „co ty będziesz z nią robić?”. Ale czasem trzeba przestać słuchać głosów i zrobić swoje. Bo jak nie teraz to kiedy?
Ile razy tak niewiele nam brakuje, by w końcu robić to, co chcemy? Niekiedy to jest tak oczywiste, a mimo to trudno to dostrzec. Nauczyłam się, że z marzeń się nie rezygnuje. Nigdy. Choćby były trudne w realizacji (a to było i to bardzo – podczas nauki akordów barowych nie raz byłam bliska wyrzucenia gitary przez okno🤣), to przecież jest właśnie to, co daje siłę, żeby iść dalej. Szczególnie w tak ciężkim czasie.
Całe zamieszanie wywołane przez pandemię powoduje wiele refleksji, na które w codziennym zabieganiu nie starczało czasu. Jesteśmy zmuszeni do zmian. Uczymy się żyć na nowo. Na nowo też uczymy się budować relacje. Izolacja wymusza relacje na odległość, co nie jest łatwym zadaniem. Oby starczyło nam siły i nadziei, bo przecież wszystko, co złe, musi kiedyś minąć.
       Na dzisiaj tyle. Wybaczcie, że ostatnio tak krótko, ale jakoś to siedzenie w domu ani trochę nie działa na mnie twórczo. Też macie podobnie? 

środa, 8 kwietnia 2020

Wszyscy jesteśmy wariatami, tylko w różny sposób

To dziwne, jak szybko można się przystosować do osobliwego nowego świata zakładu psychiatrycznego. Czujesz się coraz bardziej komfortowo w obliczu obłędu – i to nie tylko cudzego, ale i swojego. Wierzę, że wszyscy jesteśmy wariatami, tylko w różny sposób.
Ta książka ciągle mi się gdzieś przewijała, jak nie na Instagramie to na półce bestsellerów w Empiku. W końcu sama postanowiłam sprawdzić, co takiego w sobie ma, że wszędzie się o niej mówi. Trochę się też jej obawiałam, bo wszystko, co jest powszechnie chwalone, zwykle mnie potem rozczarowuje, ale to na szczęście był wyjątek.
O Alicji Berenson pisano we wszystkich gazetach. Zabiła męża strzelając mu kilkakrotnie w głowę. I od tamtej pory milczy. Jako opowieść o tym, co się stało, może posłużyć jedynie namalowany przez nią zagadkowy obraz. Alicja trafia do The Grove – szpitala psychiatrycznego o podwyższonym rygorze. Wkrótce jej terapię zaczyna prowadzić Theo Faber – psychoterapeuta, który zabiegał o posadę w tym szpitalu, bo zainteresował go przypadek Alicji. Jest zdeterminowany, żeby jej pomóc i nakłonić ją, by przemówiła. Czy mu się uda? Czy uda się jeszcze znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego zabiła? I czy to na pewno ona?
Łapanie znikających płatków śniegu przypomina trochę chwytanie szczęścia. W miejsce posiadania natychmiast pojawia się pustka. Przypomniało mi to, że poza domem istnieje świat, świat ogromu i niewyobrażalnego szczęścia, świat, który na razie znajdował się poza moim zasięgiem. To wspomnienie wracało do mnie latami. Jakby nieszczęście otaczające tę chwilę wolności uczyniło ją tym jaśniejszą – drobiną światła zanurzoną w ciemności.
Książka wciąga od samego początku. Mamy tam zagadkę zabójstwa w tajemniczych okolicznościach, na którą do samego końca szukamy odpowiedzi. Myślimy, że każda kolejna strona przybliża nas do jej rozwiązania. Autor przez całą powieść daje nam złudne poczucie, ze jesteśmy coraz bliżej jej rozwiązania, a na koniec szykuje taką niespodziankę, że samemu można zaniemówić. Zakończenie było na swój sposób zaskakujące, jednak nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Na koniec znajdujemy jedynie krótkie i szybkie wyjaśnienie, podczas gdy chciałoby się jeszcze poczytać o tym, co dalej się działo w życiu bohaterów.
W powieści właściwa akcja przeplatana jest wpisami z pamiętnika Alicji. Rozdziały są krótkie. Styl jest oszczędny, nie znajdziemy tam zbyt wielu rozbudowanych opisów, ale nie znaczy to wcale, że język powieści jest ubogi. Autor bardziej skupia się na oddaniu przeżyć bohaterów. Zwięźle i na temat. Książkę czyta się szybko i przyjemnie.
Na szczególną uwagę zasługuje kreacja postaci, która jest w moim odczuciu najmocniejszą stroną tej powieści. Główni bohaterowie, Alicja i Theo są stworzeni w taki sposób, że czyta się o nich z dużym zainteresowaniem. Alicja, z którą mamy najwięcej do czynienia w tej historii jest przedstawiona tak, jakby miała duszę. Poznajemy trudne wydarzenia z jej życia, widzimy emocje, które jej w tych momentach towarzyszyły, możemy bez problemu postawić się na jej miejscu. Poznajemy jednak tylko niewielką część jej osobowości, niektóre rzeczy do samego końca pozostaną niewyjaśnione. Pod tym względem postać Alicji w niczym nie różni się od każdego z nas – każdy człowiek jest zagadką.
Jeśli ktoś szuka świetnego thrillera psychologicznego, naprawdę warto sięgnąć po tę pozycję. Ale polecam ją nie tylko fanom gatunku. Myślę. że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. 
Moja ocena: 8/10

Alex Michaelides, Pacjentka
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: W.A.B
Data premiery: 13.03.2019

sobota, 4 kwietnia 2020

Kto tam gada siedząc w wannie?

Pierwszego kwietnia znalazłam informację, że w sprzedaży jest już dostępna nowa książka Remigiusza Mroza „Kwarantanna”. Miał to być mrożący krew w żyłach kryminał, który ukazuje, co się dzieje z psychiką ludzi zamkniętych w małej przestrzeni i jak odbija się to na ich wzajemnych relacjach. „Kto wie, jakie trupy skrywają jego współlokatorzy...” – niesamowicie mnie zaintrygowało to pytanie. Już miałam ją zamówić, ale okazało się, że to tylko primaaprilisowy żart.
O ile to był jeszcze żart, to kwarantanna, której obecnie jesteśmy świadkami żadnym żartem nie jest. I rzeczywiście można by analizować jak to zjawisko wpływa na psychikę ludzi. Nowa rzeczywistość, której sami doświadczamy zmusza nas do nauczenia się życia na nowo. Wszechobecne hasło „zostań w domu”, a co za tym idzie izolacja, kolejki do sklepów, ograniczenia. Ciągły lęk i niepewność. Poczucie tkwienia w miejscu. Mnożące się pytania o to, co będzie dalej. Pytania, na które nikt z nas nie jest w stanie odpowiedzieć. Na razie obserwujemy tylko niekorzystne zmiany – ogromna ilość zachorowań, straty finansowe w gospodarce, różnego rodzaju blokady i utrudnienia.
Jednym z przejawów dostosowania się do obecnej sytuacji jest zdalne nauczanie. Rewolucja zarówno dla uczących jak i uczonych, bo trzeba opanować nowe programy komputerowe i w zupełnie inny sposób rozplanować swój czas. Czy taka forma nauczania jest w stanie w pełni zastąpić normalne uczestnictwo w zajęciach? Platformy umożliwiające zdalne nauczanie pozwalają na przeprowadzenie wykładów, a nawet rozmowę i zadawanie pytań wykładowcy.


W tym tygodniu mieliśmy kilka takich spotkań. I – co zaskakujące – frekwencja w porównaniu z tradycyjnymi wykładami, ku uciesze naszych wykładowców, była prawie że wzorowa. Nasuwa się pytanie: co spowodowało aż tak radykalną zmianę? Plus jest taki, że nie trzeba pół godziny stać przed lustrem, żeby wyjść na wykłady. Nie trzeba też brać jedzenia na wynos, bo obiad można zjeść słuchając jednocześnie wykładu. Oczywiście pod warunkiem, że mamy wyłączony mikrofon, a nie wszyscy mają – ostatnio podczas wykładu słychać było chichoty, brzękanie talerzy i różne inne zastanawiające dźwięki... Prowadzący zażartował, że widzi nawet kogoś, kto gada siedząc w wannie. Nauczanie zdalne rządzi się własnymi prawami. Jednak pomimo tych wszystkich udogodnień, myślę, że niejeden student już tęskni za wykładami. Tak samo jak prowadzący za kontaktem z realnymi ludźmi zamiast mówienia do ekranu.

Już zawsze będzie mi towarzyszyć to wspomnienie – wykład przez internet, gdy zamiast twarzy kolegów i koleżanek na sali wykładowej widzę ikonki z pierwszymi literami imion i nazwisk na liście czatu. To najlepszy obraz tego, jak w czasach kwarantanny brakuje nam kontaktu z drugim człowiekiem. Chętnie wróciłabym już na uczelnię i do normalnego trybu życia, gdy wychodzenie w domu nie wiązało się z zagrożeniem. Zawsze doceniamy to, co jest nam dane dopiero, gdy to tracimy. Może potrzebowaliśmy takiej właśnie przerwy, by nauczyć się wdzięczności?