sobota, 25 stycznia 2020

Kiedy mama pyta, co robisz na studiach...

Wybaczcie moją tygodniową nieobecność na blogu, ale to wszystko przez te studia. W minionym tygodniu miałam taką ilość zaliczeń, że dopiero teraz mogę z radością  mogę nadrobić zaległości w spaniu. Miałam też kilka sytuacji, które skłoniły mnie do przemyśleń na temat: co te studia robią z człowiekiem. Pisałam już o tym kilka razy, ale za każdym razem do tej niekończącej się listy dodaję jeszcze kilka punktów. Udało mi się też pozyskać kilka zdjęć będących świetną ilustracją do tego tematu, więc zapraszam.

1. Tu chyba będzie się odbywać krucjata...
Kolokwia kolokwiami, ale wraz z końcem semestru kumulują się też różnego rodzaju zaliczenia, najczęściej ze wszystkich przedmiotów na raz. i tak oprócz kilku zaliczeń  zeszłym tygodniu i kilku kolokwiów w obecnym (nawet do dwóch jednego dnia) miałam do oddania jeszcze dwa projekty i sprawozdanie (przed sesją życie jest piękne). Jeden obejmował dość skomplikowane obliczenia excelowe i był jak do tej pory najtrudniejszym projektem na tych studiach, ale na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem. 
Jeden z projektów robiliśmy w większych grupach i forma prezentacji była dowolna. My zrobiliśmy plakat z wycinankami z gazet, który tak się prowadzącej spodobał, że zrobiła mu zdjęcie. Ale chyba nawet sama pani prowadząca nie spodziewała się aż takiej kreatywności u swoich studentów. Nasi koledzy przedstawili swój projekt lepiąc figurkę z modeliny, a koledzy z równoległej grupy przebrali się w stroje rycerskie.
Gdy czekając przed zajęciami na wydziale, zobaczyłam ich paradujących w tych strojach, w mojej głowie pojawiło się jedno pytanie: „co te studia robią z ludźmi?". Uznałam, że ta scena to idealna odpowiedź na to pytanie, więc podeszłam i zapytałam, czy mogę zrobić im zdjęcie. Natomiast autor ludzika z modeliny trafnie skomentował swoją pracę – zrobił mu zdjęcie i opatrzył komentarzem: „kiedy mama pyta, co robisz na studiach…". Oj mamo, czasem lepiej nie wiedzieć za dużo.

2. PZM, WZB czy KKDW?
Niedawno miałam okazję być na świetnej komedii. Jeśli chcecie się porządnie pośmiać, to polecam – „Mayday". Niby banalna historyjka o mężczyźnie, który miał dwie żony, ale temu, kto wymyślił scenariusz, należą się wyrazy szacunku. Jak do tej pory to jedyny film, w ciągu którego przez dwie trzecie czasu poświęconego na oglądanie tarzałam się ze śmiechu. Genialne sceny 😂
Była tam taka scena, która mi się przypomina, gdy spoglądam w swój kalendarz na ten tydzień. I widzę w nim MWPG (metody wyceny projektów gospodarczych), EPW (ekonomika procesów wytwórczych) i wiele innych tego typu tajemniczych skrótów. W pewnym momencie główny bohater – Janek (ten, który miał dwie żony) jedzie samochodem ze swoim kumplem Staszkiem, który zwykle pokrętnymi metodami ratuje go z opresji, i rozmawiają. Staszek zagląda do kalendarza Janka i jesteśmy świadkami takiego oto dialogu:
– Powiedz mi, stary, co to znaczy PZM? – pyta Staszek.
– Poranek z Marią – wyjaśnia Janek.
– A co to jest WZB?
– Wieczór z Baśką.
– A powiedz mi jeszcze, co to KKDW.
(Janek chwilę się zastanawia)
– KOT, kurwa, do weterynarza.
Mając w pamięci tę scenę, nietrudno się domyślić, dlaczego było mi nadzwyczaj wesoło, gdy przed kolokwium otworzyłam zeszyt i musiałam się nauczyć kilkunastu wzorów zbudowanych głównie z trzyliterowych skrótów – JSO, ISB, ChZT, BZT5....

3. Prędzej czy później i tak się puści
W tym semestrze mieliśmy taki przedmiot jak negocjacje. Dzieją się tam różne ciekawe rzeczy. Zwykle dostajemy ćwiczenia i negocjujemy w parach, co nie jest szczególnie zajmujące, gdy po dziesięciu minutach wyczerpiemy temat, a drugie tyle czasu musimy jeszcze siedzieć naprzeciwko siebie. Ostatnio jednak mieliśmy ciekawą odmianę. Podzieliliśmy się na kilka zespołów, każdy ustalił najlepszy jego zdaniem sposób na biznes, a potem negocjowaliśmy całą grupą, który projekt przyjąć do realizacji, bo możliwy był tylko jeden. Muszę przyznać, że to były bardzo wesołe ćwiczenia, a teksty to tam takie leciały, że można by tylko siedzieć z kartką i spisywać. Ostatecznie udało nam się dojść do porozumienia.
Na koniec prowadzący wyjaśnił jeszcze zależność miedzy długością czasu negocjacji a skłonnością do ustępstw. Zaprezentował też rysunek kobiety, która zwisała z gałęzi drzewa trzymając się dwiema rękami. Obok drzewa stał mężczyzna, który w jednej ręce trzymał strzelbę, a na nadgarstku drugiej miał zegarek, na który spoglądał. Naszym zadaniem było zastanowić się, czy lepiej będzie jeśli odstrzeli gałąź i kobieta spadnie, czy powinien poczekać. Prowadzący powiedział, że jeden ze studentów tak oto podsumował ten rysunek: „prędzej czy później i tak się puści". Myślę, że po tych ćwiczeniach każdy zapamiętał zależność między czasem negocjacji a wielkością poczynionych ustępstw 😂

4. Budowanie relacji jako heroizm
Każdy z nas wie, że kluczem do zbudowania właściwej relacji z drugim człowiekiem jest dialog. A kwestia dogadania się to nie raz sztuka kompromisu i wielu ustępstw. Każdy to wie, ale bywają momenty, że pomimo całej tej wiedzy i tak szlag nas trafia. Jednym z takich momentów jest sytuacja, gdy po całym dniu zakuwania kładziesz się spać z cichą nadzieją, że w końcu uda ci się nadrobić zaległości (przynajmniej w spaniu), ale przed siódmą rano zaczyna wyć budzik współlokatorki. I pomimo wyraźnych komunikatów nakazujących wyłączenie go, on przez dobry kawał czasu dzwoni dalej. To jest sytuacja, gdy słów naprawdę może zabraknąć. w takim przypadku pozostaje już tylko napisać list.

5. Nigdy więcej nie pij wódy!
Drugim przykładem takiego momentu, gdy cała wiedza teoretyczna dotycząca relacji idzie w diabły jest moment, gdy twój pokój w akademiku za chwilę ma nawiedzić ksiądz z wizytą duszpasterską, a na drzwiach jednej z szaf wisi taki oto komunikat:
Nie chcesz go zdejmować, bo jest ważny, ale chyba lepiej, by ksiądz nie musiał go oglądać…

6. Studia mogą uratować życie...
To teraz żeby nie było, że studia są całkowicie złe i można na nie tylko narzekać, pochwalę się, że na jednych zajęciach zdobyłam wiedzę, która być może uratuje mi życie. Na ćwiczeniach z ekonomiki konsumpcji oglądaliśmy prezentacje dotyczące szkodliwych substancji wykorzystywanych do produkcji żywności. Wyświetlane były też ciekawe filmy, które pozwoliły lepiej zapamiętać przekazane informacje. Od tej pory zawsze sprawdzam, czy parówki, które kupuję nie mają w składzie szkodliwych dla zdrowia difosforanów, czytam etykiety na dżemach szukając takiego, który nie zawiera gumy guar i uważam, by nie kupić nieświeżego mięsa, zaś plastikowe butelki po wodzie zawsze wyrzucam po jednym użyciu. 

Nie chcę już narzekać, ale ostatnio zdarza mi się kichać kilka razy dziennie, a wcale przeziębiona nie jestem. Zaczynam się obawiać, że to niezdiagnozowana i co gorsze – nieuleczalna alergia na studia... Także wystrzegajcie się póki czas 😁

PS. Od tej pory już w miarę możliwości będę na blogach na bieżąco 😊

piątek, 17 stycznia 2020

On wrócił i chce się bawić...

Wydaje nam się, że chcemy poznać prawdę, ale w rzeczywistości interesuje nas tylko ta wersja, która nam pasuje. Taka już jest ludzka natura. Zadajemy pytania i mamy nadzieję, że usłyszymy odpowiedzi, które chcemy usłyszeć. Problem w tym, że prawdy nie można sobie wybrać. Prawda ma to do siebie, że po prostu jest. Można jedynie dokonać wyboru, czy w nią uwierzyć, czy nie.
Są takie książki, do których długo nie możemy się przekonać. Ale są i takie, które raz zobaczone w Empiku nie dają spokoju, dopóki się ich nie weźmie i nie przeczyta. „Kredziarz" należy do tych drugich właśnie. Taka miłość od pierwszego wejrzenia. Czy ta książka spełniła moje oczekiwania?
Ed ze swoimi kolegami i koleżanką ma specjalny szyfr, który zna tylko ich paczka. Gdy chcą sobie przekazać wiadomość, rysują ludzki kredą. Każdy uczestnik zabawy ma swój kolor. Ale pewnego dnia pojawiają się ludziki w kolorze, którego żadne z nich nie miało. Jedna zbrodnia goni drugą. Ludzki rysowane kredą to ich zapowiedź. Ed coraz częściej widzi nie tylko kredowe ludziki, ale też inne niepokojące rzeczy. Pytań pojawia się coraz więcej, ale odpowiedzi nie. Niektóre odpowiedzi będzie im dane poznać dopiero po upływie czasu. Niestety nie będą one takie, jakich by się spodziewali...
Nikt nie jest przygotowany na śmierć. Na jej ostateczność. Jesteśmy przyzwyczajeni do kontroli na własnym życiem. Wydaje nam się, że możemy je przeciągnąć w czasie. Ale ze śmiercią nie ma żadnych targów. Żadnych rozpaczliwych próśb, żadnego odwołania do wyższej instancji. Śmierć to śmierć i to ona trzyma w garści wszystkie atuty. Nawet jeśli uda się ją oszukać, drugi raz na ten sam blef się nie nabierze.
Gdy tylko zaczęłam czytać, zauważyłam, że Kredziarz jest podobny do „Szeptacza”, czy raczej odwrotnie, bo to Kredziarz powstał pierwszy. Jest to powieść utrzymana dokładnie w takim klimacie jaki lubię. I choć tutaj nie drżałam za każdym razem, gdy podczas mojego czytania ktoś niespodziewanie wchodził do pokoju, to i tak było dość niepokojąco. Potwornie. A nawet, co bardzo mi się spodobało - groteskowo. Narrator jest niezwykle bystrym i inteligentnym człowiekiem, niejednokrotnie czyni różne ciekawe spostrzeżenia, które na długo mogą utkwić w pamięci. Znalazłam tam mnóstwo cytatów, które sobie zapisałam, jeden z nich szczególnie mnie urzekł i pozwolę sobie go przytoczyć, bo jak żyję, to z takim zdaniem się jeszcze nie spotkałam – „Wielebny Martin wyglądał tak, jakby twarz miała mu się zsunąć z czaszki" Moim zdaniem opis idealnie pasujący do sytuacji, która miała miejsce w książce 😂 Ale oszczędzę Wam spoilerów.
Książka jest utrzymana w przyjemnym stylu. Gdy zaczyna się czytać, ciężko jest się oderwać. Jak już wspomniałam, pytań pojawi się dużo i każdy kolejny rozdział przynosi nową zagadkę. W tej książce nie ma miejsca na nudę. Trzeba jedynie uważnie czytać, bo wydarzeń jest dużo i zdarzało mi się trochę tam gubić.
Pod koniec akcja trochę siada, a zakończenie... Czegoś mi tam zabrakło. Takie bez fajerwerków i efektów specjalnych. Po prostu poznajemy odpowiedzi na pytania, których w trakcie akcji pojawia się mnóstwo. Chociaż była jedna scena, która mnie zupełnie rozłożyła na łopatki. I chociażby dlatego warto było przeczytać.
Co mi przyszło do głowy po przeczytaniu tej książki? Myślimy, że za każdą tajemniczą zbrodnią czy złem stoi potwór. Jakiś bliżej niezidentyfikowany obiekt, który może nie mieć nic wspólnego z tym światem. Ale uważajcie - najstraszniejsze jest to, że każdy potwór może mieć ludzką twarz. To może być ktoś, kto jest wśród nas. Bo przecież nigdy do końca nie poznamy ludzi, którzy nas otaczają.
Moja ocena: 7/10
  
C. J. Tudor, Kredziarz
Ilość stron: 382
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2017

środa, 15 stycznia 2020

Wieprz i inne chłopaki, czyli krótki antyporadnik podrywu

Z reguły nie chodzę do klubów. Jeśli już to jakiś klub z karaoke, gdzie można spokojnie posiedzieć, posłuchać muzyki i wypić piwo. W typowych klubach nie lubię tego tłoku, pijanych ludzi i facetów próbujących się silić na podryw, niestety z różnymi skutkami. Gdyby tak bywać w klubach regularnie, można by nawet napisać o tym porządnych rozmiarów rozprawę socjologiczną, bo swoją drogą to zjawisko jest dość interesujące. Te wszystkie misterne strategie, techniki i taktyki (przed chwilą skończyłam sprawozdanie z negocjacji i dalej się mnie trzyma ten naukowy bełkot😂) Nie zastanawiacie się czasem, skąd oni biorą na to pomysły?
Zastanówmy się najpierw, o co dokładnie chodzi z tym podrywem i po co to komu. Wikisłownik definiuje podrywanie jako kolokwialne określenie uwodzenia, zachowania dotyczącego budowania  międzyludzkich więzi emocjonalnych. Uwodzenie zaś zdefiniowane jest jako zachowanie mające na celu przyciągnięcie partnera/partnerki bez użycia przemocy. Może ono doprowadzić do stosunku płciowego lub utworzenia związku nieformalnego, niekiedy zakończonego małżeństwem. Definicja jest prosta, tylko czy wszystkie podrywy wyglądają tak jak powinny i owocują zbudowaniem międzyludzkich więzi emocjonalnych? Obawiam się, że zdecydowana większość, szczególnie tych w stanie upojenie alkoholowego, zdecydowanie temu nie służy. Niektóre nawet zamiast nawiązaniem rozmowy, mogą skończyć się poważnymi obrażeniami ciała. Zatem – jak podrywać, żeby odnieść sukces, czy może raczej jak nie podrywać?


Przed Wami krótki przegląd sytuacji „podrywowych”, które udało mi się zapamiętać. Gdybym zrobiła listę wszystkich, zapewne nie zmieściłaby się w tym poście, więc skupimy się na kilku. Widziałam i słyszałam już w swoim życiu naprawdę najróżniejsze rzeczy. Jednak tego, co usłyszałam w piątek nic nie jest w stanie przebić. Gdybym miała stworzyć listę Top 10 najdziwniejszych tekstów na podryw, to znalazłoby się to na pierwszej pozycji. Ale zacznijmy od początku.

Ja cię tu już kiedyś widziałem...
On podchodzi do stolika, gdzie siedzi Ona. „Ja cię tu już kiedyś widziałem” – mówi.
Nieźle, aczkolwiek trochę bym to udoskonaliła. Bo co jeśli ona jest w tym miejscu pierwszy raz? Gdzie ją widziałeś? Przyśniła ci się? Choć idąc tym tokiem myślenia, to nawet dobre.

Zadzwoniłem w środku lata nocy
Pierwsza w nocy. Ona już śpi, zapomniawszy o bożym świecie, gdy nagle budzi ją dzwonek telefonu. Dzwoni On.
Moment, gdy ktoś musi się przez ciebie zerwać z łóżka, zdecydowanie nie jest odpowiedni na budowanie relacji, przynajmniej w moim odczuciu. Nie lepiej pogadać o bardziej ludzkiej porze?

Pewnie jakieś niemoralne propozycje…
On: Co robisz?
Ona: (odrywając wzrok od ekranu telefonu) Odpisuję znajomym
On: A to pewnie jakieś niemoralne propozycje ci składają
Ona: (lekko poirytowana) Nie
On: A to dziwne…(patrzy wymownie)
Niemoralne propozycje? Doprawdy? Jeśli chodzi o zdobycie zainteresowania, to nie tędy droga. Ona tak się zirytowała, że ta sytuacja mogłaby się skończyć pobiciem… gdyby nie to, że On był dość wysoki, dobrze zbudowany, a Ona trochę się bała mu przyłożyć 😁

Michał jestem, zadzwoń!
Ona pracowała jako kelnerka w restauracji. On wychodząc zostawił na stoliku serwetkę z zapisanym na odwrocie numerem telefonu i dopiskiem „Michał jestem, zadzwoń
Oryginalne, nawet bardzo. Tylko pozostaje pytanie, na ile skuteczne?

A teraz pora na bohatera dzisiejszego posta

Gdybym mógł być zwierzęciem chociaż jeden dzień, pewnie byłbym... wieprzem
Tak tak, nie żartuję.
On: Mogę ci zadać pytanie z rozmowy kwalifikacyjnej?
Ona: Tak
On: Gdybyś mogła być zwierzęciem, jakim chciałabyś być?
Ona: (podaje swoją odpowiedź)
On: A ja chciałbym być wieprzem... bo orgazm u wieprza trwa 30 minut.
Pierwsza taka sytuacja, w której mówiąc szczerze zabrakłoby mi słów. W jakiś sposób to jest oryginalne i gdyby nie ten kontekst sytuacyjny, byłoby nawet ciekawe, ale… cóż On miał na celu dzieląc się taką ciekawostką?

Wydaje mi się, że nie ma jednej sprawdzonej i uniwersalnej recepty na podryw. Każdy przypadek jest inny i trzeba dobrać indywidualne podejście. Wracając do definicji – zainteresowanie płci przeciwnej można zdobyć naprawdę na różne sposoby. Jak to zaprezentował bohater dzisiejszego posta, który nie miał sobie równych – można nawet sprawić, że tej drugiej osobie na długi czas zabraknie słów, i w efekcie na pewno zapamięta to na bardzo długo. Tylko czy to aby na pewno nie jest przesada?
A to bezdyskusyjny przebój, który śpiewa się u nas na karaoke 😂