Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2020

Gdy miasto zaleje fala zła...

Wbrew idealistycznym twierdzeniom, ludzie na ogół nie zmieniają się na lepsze, lecz rzadko zmieniają się również na gorsze. Choć robią dobre i złe rzeczy pod wpływem emocji, impulsu, chwili, okoliczności.
Po tę książkę sięgnęłam trochę sceptycznie. Jest to moje pierwsze spotkanie z autorem, co zresztą jest zrozumiałe, bo Powódź to debiutancka powieść Pawła Fleszara. Intrygujący opis i prawie same pozytywne recenzje, jakie się pojawiały, sprawiły, że bardzo chciałam ją poznać.
Kuba popełnia samobójstwo. Jego przyjaciel z młodości – Kris, gdy dowiedział się o tragedii, przyjechał do Krakowa, aby podążać śladami przyjaciela i poszukać odpowiedzi na najważniejsze pytanie: dlaczego? Znajdą się też chętni, który mu w tym pomogą – nieustraszona Marika oraz Kamil, któremu czeluści internetu oraz komputerowe zagadki są nieobce. Wraz z nimi Kris angażuje się w śledztwo, które nieraz sprawi, że zjeżą im się włosy na głowie...
Bał się. Bał się bardziej, niż widząc marniejącego z tygodnia na tydzień tatę. Bardziej niż gdy usłyszał od lekarza, że serce mamy zatrzyma się w ciągu kilku miesięcy. Bardziej, niż trzymając za rękę Natalię rodzącą Szymka i wyjącą, że wychodzące dziecko rozrywa ją na pół.
Chętnie sięgam po powieści z motywem samobójstwa. Zawsze liczę wtedy na ciekawie przedstawiony portret psychologiczny bohatera. Tutaj ten wątek moim zdaniem nie był wystarczająco rozwinięty, a tylko dotknięty. Kuba zostawia list pożegnalny i zdjęcie dziewczyny, które posłuży do dalszych poszukiwań, ale poza tym, gdzie pracował, niewiele się o nim dowiadujemy. Brakowało mi odpowiedzi na pytanie: jakim był człowiekiem i co nim kierowało w jego postępowaniu?
W powieści przewiną się różne nietypowe wątki jak darknet, handel ludźmi, nagrywanie nielegalnych filmów typu snuff – z prawdziwymi scenami morderstw czy gwałtów. Jest to dla mnie plus, ponieważ rzadko spotykam się z takimi motywami w książkach. Tutaj jednak były one moim zdaniem za mało rozwinięte. Miałam wrażenie, że czytając tylko się po tym prześlizgnęłam, o wszystkich kwestiach zostało tylko napomknięte. Chciałam zdecydowanie więcej. Zaś główny wątek kryminalny jest bardzo ciekawy i nawet można by się wciągnąć, gdyby nie to, że było zbyt krótko. Przemknęłam się tylko pomiędzy kolejnymi wydarzeniami, bez większego zaangażowania czy emocji.
Postaci bohaterów nie były dla mnie przekonujące. Kris – wiemy o nim, że jest zawodowym żołnierzem, ma żonę i syna. Marika – typowa zwariowana nastolatka lubiąca się nietypowo ubrać czy umalować, nosząca piercing posiadaczka niewyparzonego języka. Jest jeszcze Kamil, kolega Mariki. Poznajemy go jako speca od informatyki, trochę wycofanego introwertyka, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Odniosłam wrażenie, że postaci są takie powierzchownie skonstruowane, trochę zbyt schematyczne. Lubię, gdy w historii mam do czynienia z tak zwanymi bohaterami z krwi i kości, o których czyta się z takim zainteresowaniem, jakby istnieli naprawdę. Tutaj mi tego zabrakło.
Gdy dowiedziałam się, że akcja Powodzi będzie rozgrywać się w Krakowie, już nie miałam wątpliwości, że chcę ją przeczytać.W Krakowie byłam co prawda tylko raz, ale przekonałam się, że jest to piękne miasto, które ma niesamowity klimat. Książka ani trochę tego nie oddaje. Jakiekolwiek opisy są w ilościach śladowych. Nie czułam ani tego miasta, ani powodzi, która miała tam miejsce.
Jeśli szukacie czegoś lekkiego i niedługiego na jeden lub dwa wieczory, bądź szukacie powieści poruszającej nietypowe tematy, to nie zaszkodzi spróbować. Mi jednak nie przypadła do gustu.
Moja ocena: 4/10

Paweł Fleszar, Powódź
Liczba stron: 212
Wydawnictwo: Księży Młyn
Data premiery: 24.10.2019

poniedziałek, 2 września 2019

Czy pułapka okazała się doskonała?

Tak, boję się. Ale jeśli nauczyłam się czegoś w ostatnim tygodniu i miesiącach, to właśnie tego: strach nie jest wystarczającym powodem, by z czegoś zrezygnować. Wręcz przeciwnie.
Gdy przeczytałam kilka zdań z okładki oraz zobaczyłam, że jest to książka z serii thrillerów psychologicznych od Wydawnictwa Czarna Owca, do której należą też książki mojego ulubionego autora, długo się nie zastanawiałam. Najgorętsza premiera 2016 roku - czytamy w opisie, więc książka raczej nie powinna być słaba. A jak było naprawdę?
Linda Conrad jest pisarką. Dwanaście lat temu ktoś zamordował jej siostrę. Morderca uciekając spojrzał jej w twarz. I ta twarz śniła jej się w koszmarach, aż pewnego dnia zobaczyła ją w telewizji. Czy pamięć jej nie zawodzi i znany dziennikarz może być tym, który przed dwunastu laty zamordował jej siostrę i nie został ukarany? Linda decyduje się z nim spotkać. Jak skończy się to spotkanie? Czy oboje wyjdą z niego cało? Czy znany dziennikarz, o którym wcześniej nie słyszała może mieć coś wspólnego z jej siostrą? A może to wszystko tylko wytwór wyobraźni pisarki?
     Ich spojrzenia się spotkały, to była tylko krótka chwila wahania, potem po prostu to zrobili. Przezwyciężyli dzielący ich dystans, odnaleźli się, trzymał ją i głaskał po włosach, bardzo ostrożnie, jak głaszcze się dzikie zwierzę, które dopiero zaczęło się oswajać, i wszystko, co nastąpiło potem, było piękne i mroczne, i oszałamiające, i purpurowe.
Zupełnie nie mogłam zrozumieć zamysłu autorki. Historia ani trochę mnie nie wciągnęła, od początku towarzyszyło mi przeczucie, że jest jakaś odrealniona. Bohaterka, która widziała twarz mordercy dwanaście lat temu nagle widzi go ponownie w telewizji, postanawia się z nim spotkać i zmusić, by przyznał się zamordowania jej siostry. Od początku miałam wrażenie, że podejrzany nie jest mordercą, a wymysły i postawa bohaterki tylko mnie irytowały. Atakowanie i straszenie bronią przeprowadzającego wywiad dziennikarza, którego podejrzewała o zabójstwo, choć wyglądało na to, że nie ma żadnych dowodów było dla mnie sporą przesadą. Usprawiedliwieniem może być to, że bohaterka cierpi na zaburzenia posttraumatyczne i depresyjne od śmierci siostry. Jednak jak dla mnie ten wątek choroby nie był wystarczająco przekonująco rozwinięty w książce. Minusem była dla mnie też konstrukcja powieści, bo na przemian z właściwą akcją, przewijały się fragmenty z książki bohaterki, które miały nam przybliżyć okoliczności wydarzeń sprzed lat. Nie jest to urozmaiceniem, a jedynie wprowadza chaos. Te dwie historie są bardzo podobne i można się pogubić, co się wydarzyło naprawdę, a co zostało przez bohaterkę opisane w książce.
 Mimo wszystko przeczytałam do końca, bo miałam przeczucie, że tak nudny początek może przynieść jakieś zaskakujące zakończenie, a jeśli nie to przynajmniej akcja trochę nabierze tempa.  Tym razem rozczarowałam się po całości. Jedynie przy końcówce tak na dobre się wciągnęłam, ale to za mało, by całość ocenić pozytywnie. Tak irytującej i nudnej zarazem książki jeszcze nie czytałam. Jedyny plus to postać domniemanego mordercy, która była chociaż trochę interesująca i na pewno mogłaby być bardziej, gdyby książka mnie choć trochę wciągnęła. Dopiero pod koniec dowiadujemy się o tej postaci ciekawych faktów, gdy akcja się rozwiązuje. Nie poleciłabym tej książki, ale jeśli mimo wszystko jesteście ciekawi, możecie spróbować.
Moja ocena: 4/10

Melanie Raabe, Pułapka
Ilość stron: 342
Wydawnictwo Czarna Owca
Rok wydania: 2016