piątek, 31 stycznia 2020

Czy masz czas na nudę?

Moje zaliczenia już zbliżają się ku końcowi. W sesji zostały mi tylko dwa egzaminy, a przy tym mnóstwo wolnego czasu. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale czy na pewno będzie go aż tak dużo?
Nie wiem jak Wy, ale ja mam ciągłą manię planowania. Gdy okazuje się, że mam jakiś dzień wolnego, wymyślam sobie tyle różnych rzeczy do zrobienia, że ten czas wolny tak naprawdę przestaje być czasem wolnym, a staje się napiętym grafikiem, z którego każdy punkt trzeba zrealizować na czas. No bo przecież czas wolny trzeba wykorzystać maksymalnie. Muszę zrobić zakupy, z kimś się spotkać, posprzątać, iść na zajęcia dodatkowe czy koncert... Można by tak wymieniać i wymieniać. W efekcie z tego dnia wolnego niewiele czasu zostaje na to, żeby tak zwyczajnie usiąść i się ponudzić. Pomyśleć o niebieskich migdałach, albo zwyczajnie wyłączyć się i nie myśleć o niczym.
Myślę, że taka chwila zatrzymania się i refleksji zawsze jest ważna i potrzebna. Bo zaczynamy żyć dopiero wtedy, gdy nadamy naszemu życiu sens i kierunek. A nie zrobimy tego ciągle dokądś biegnąc, bardzo często nie zastanawiając się nawet dokąd. Może warto zastanowić się do czego to, co robimy teraz, doprowadzi nas za kilka lat? Gdzie chcielibyśmy wtedy być?
Zauważyłam, że z tej ilości wolnego czasu, jaka pozostaje, dużo pochłaniają media społecznościowe. Biorę telefon do ręki tylko po to, żeby coś sprawdzić, a odkładam go po godzinie albo dwóch zła, że zmarnowałam tyle czasu na nicnierobienie. Ale przecież musiałam sprawdzić, co słychać na Instagramie, blogu i Facebooku, obejrzeć nowe filmiki na YouTubie, poczytać wiadomości z ostatniej chwili. Musiałam? Przecież nic nie może mnie ominąć. Przywiązujemy do tych wszystkich informacji taką wagę, jakby od nich zależało nasze życie. Tymczasem nawet jeśli internetu albo prądu zabrakłoby na kilka dni, nie stałoby się zupełnie nic. Wszystko byłoby dalej na swoim miejscu.
W jednej z książek, które ostatnio przeczytałam, bohaterowie znaleźli się w takiej właśnie sytuacji. Uwięzieni w domku na zupełnym odludziu, kilkanaście kilometrów od najbliższego sklepu, zasypani śniegiem, bez prądu i możliwości kontaktu ze światem. Jedyne, co mieli, to porządne zapasy jedzenia. Bez tego na pewno nie udałoby się przeżyć. Za to bez telefonów się udało i całkiem dobrze sobie poradzili. A nawet wpadli na kilka ciekawych pomysłów, które zapewne by się nie pojawiły, gdyby nie to, że przez kilka dni byli skazani na nudę. Nie raz myślę, co by było, gdyby mi się przytrafiło coś podobnego. Może to mogłoby zupełnie odmienić życie? Czas na nudę jest bardzo ważny, bo wtedy do głosu dochodzą różne ciekawe myśli.
Zdjęcie zrobione jeszcze przed świętami, gdy wracałam z uczelni. Teraz już nasze Kortowo nie wygląda tak uroczo, bo jest szaro, ponuro i pada deszcz. Na szczęście już niedługo się to zmieni

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Wystarczy tylko uwierzyć w Mikołaja

Wyglądało na to, że Agnieszka po raz drugi w życiu będzie ratować brata swojej przyjaciółki i po raz drugi tenże brat będzie znajdował się przy niej w niekompletnym odzieniu albo, co gorsza, bez. Nie, ona nie mogła mieć normalnego życia. a jej przyjaciółka najwyraźniej nie mogła mieć normalnego brata. Widocznie w każdym pokoleniu musi zostać zachowana jakaś równowaga.
Przed świętami kusi nas ich szeroki wachlarz różnych świątecznych tytułów na wystawach w księgarniach. Słodkie, romantyczne historie, takie które szybko się czyta i równie szybko zapomina. Rzadko sięgam po książki typowo świąteczne. Jednak gdy dowiedziałam się o premierze najnowszej książki Magdaleny Witkiewicz, wiedziałam, że będę musiała zrobić wyjątek, ponieważ lubię książki tej autorki. Moją ciekawość dodatkowo podsycił fakt, że prawa do ekranizacji już zostały sprzedane. Czym zatem ta książka zasłużyła sobie, żeby przenieść ją na ekran?
Wielu bohaterów, każdy z nich miał spędzić święta na swój sposób. Zosia marzyła o wielkiej choince, takiej jaką widziała w centrum handlowym, gdy chodziła z mamą na zakupy. Agnieszka jak co roku miała pojechać do babci, ale wystarczył jeden telefon, by pokrzyżować jej plany. Krystyna miała spędzić je w domu seniora Happy End ze swoimi podopiecznymi, z którymi naprawdę trudno o nudę. Jej mąż zaś miał jak co roku spędzić święta w samotności. Podobnie jak pewien sympatyczny policjant. I pewnie wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie pewien zbieg okoliczności, który pociągnął za sobą jeszcze inny i jeszcze inny. Z pewnością nikt z nich nie spodziewał się takich świąt…

– A ty o czym marzysz, córeczko? – zapytała Zosię, gdy wracały z przedszkola.
– O wielkiej choince. Taaakiej wielkiej. – Podniosła rączki i podskoczyła. – Aż do sufitu!
– A mała nie może być? – Z nadzieją zapytała Anna.
Miała w piwnicy niewielką sztuczną choinkę, którą co roku przynosiła i stawiała na komodzie. Na żywe drzewko Arturowi szkoda było pieniędzy. Tej sztucznej też pewnie by nie kupiła, ale znalazła ją kiedyś na śmietniku. Przyczepiona była do niej karteczka z napisem: „Weź mnie. Może ci się przydam. Wesołych świąt!” Czasem chciałaby sobie przyczepić taką karteczkę. By ktoś ją wziął i po ludzku był dla niej dobry.

Czas spędzony z tą książką to był bardzo przyjemny czas, a historia na pewno na długo zostanie w mojej głowie, jak i niektóre śmieszne powiedzonka bohaterów. Choć nie lubię typowo romantycznych historii, to ta mnie usatysfakcjonowała. Nie czułam się przytoczona ilością miłości płynącej z tej książki i wszystko było dobrane w odpowiednich proporcjach.
Czytało się szybko, nietrudno było się całkowicie zatracić w tej historii. Podobał mi się szeroki przekrój wiekowy bohaterów tej powieści. Od pięcioletniej Zosi po studentki – Agnieszkę i Martę aż do seniorów z domu seniora Happy End. Każdy z nich ma swoje marzenia i każdy do czegoś dąży. Dzieciom łatwiej jest te marzenia dostrzec, a z wiekiem potrzebujemy na to nieco więcej czasu, ale święta to dobry moment, by zrobić krok ku ich realizacji. Nawet jeśli wydają się być bardzo daleko. Czasem los jest skłonny nam w tym pomóc, wystarczy tylko dobrze to wykorzystać i nie zmarnować szansy.
To kolejna przeczytana przeze mnie książka te autorki, która wywołuje mnóstwo emocji. Nie raz porządnie się uśmiałam. Na szczęście wtedy byłam w domu, bo na wykładzie mogłoby się zrobić trochę niezręcznie 😁Ta historia to nie tylko porządna dawka dobrego humoru, ale też ciepła, mądrości życiowej, nadziei na lepsze jutro i wiary, że marzenia maja wielką wartość. Jednak nie raz też doprowadzi Was do łez. Polecam ją każdemu, kto chce się razem z bohaterami uśmiechnąć do świata. Czy nawet uśmiechnąć przez łzy.
Moja ocena: 7/10

Magdalena Witkiewicz, Uwierz w Mikołaja
Ilość stron: 408
Wydawnictwo: Filia
Data premiery: 30.10.2019

sobota, 25 stycznia 2020

Kiedy mama pyta, co robisz na studiach...

Wybaczcie moją tygodniową nieobecność na blogu, ale to wszystko przez te studia. W minionym tygodniu miałam taką ilość zaliczeń, że dopiero teraz mogę z radością  mogę nadrobić zaległości w spaniu. Miałam też kilka sytuacji, które skłoniły mnie do przemyśleń na temat: co te studia robią z człowiekiem. Pisałam już o tym kilka razy, ale za każdym razem do tej niekończącej się listy dodaję jeszcze kilka punktów. Udało mi się też pozyskać kilka zdjęć będących świetną ilustracją do tego tematu, więc zapraszam.

1. Tu chyba będzie się odbywać krucjata...
Kolokwia kolokwiami, ale wraz z końcem semestru kumulują się też różnego rodzaju zaliczenia, najczęściej ze wszystkich przedmiotów na raz. i tak oprócz kilku zaliczeń  zeszłym tygodniu i kilku kolokwiów w obecnym (nawet do dwóch jednego dnia) miałam do oddania jeszcze dwa projekty i sprawozdanie (przed sesją życie jest piękne). Jeden obejmował dość skomplikowane obliczenia excelowe i był jak do tej pory najtrudniejszym projektem na tych studiach, ale na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem. 
Jeden z projektów robiliśmy w większych grupach i forma prezentacji była dowolna. My zrobiliśmy plakat z wycinankami z gazet, który tak się prowadzącej spodobał, że zrobiła mu zdjęcie. Ale chyba nawet sama pani prowadząca nie spodziewała się aż takiej kreatywności u swoich studentów. Nasi koledzy przedstawili swój projekt lepiąc figurkę z modeliny, a koledzy z równoległej grupy przebrali się w stroje rycerskie.
Gdy czekając przed zajęciami na wydziale, zobaczyłam ich paradujących w tych strojach, w mojej głowie pojawiło się jedno pytanie: „co te studia robią z ludźmi?". Uznałam, że ta scena to idealna odpowiedź na to pytanie, więc podeszłam i zapytałam, czy mogę zrobić im zdjęcie. Natomiast autor ludzika z modeliny trafnie skomentował swoją pracę – zrobił mu zdjęcie i opatrzył komentarzem: „kiedy mama pyta, co robisz na studiach…". Oj mamo, czasem lepiej nie wiedzieć za dużo.

2. PZM, WZB czy KKDW?
Niedawno miałam okazję być na świetnej komedii. Jeśli chcecie się porządnie pośmiać, to polecam – „Mayday". Niby banalna historyjka o mężczyźnie, który miał dwie żony, ale temu, kto wymyślił scenariusz, należą się wyrazy szacunku. Jak do tej pory to jedyny film, w ciągu którego przez dwie trzecie czasu poświęconego na oglądanie tarzałam się ze śmiechu. Genialne sceny 😂
Była tam taka scena, która mi się przypomina, gdy spoglądam w swój kalendarz na ten tydzień. I widzę w nim MWPG (metody wyceny projektów gospodarczych), EPW (ekonomika procesów wytwórczych) i wiele innych tego typu tajemniczych skrótów. W pewnym momencie główny bohater – Janek (ten, który miał dwie żony) jedzie samochodem ze swoim kumplem Staszkiem, który zwykle pokrętnymi metodami ratuje go z opresji, i rozmawiają. Staszek zagląda do kalendarza Janka i jesteśmy świadkami takiego oto dialogu:
– Powiedz mi, stary, co to znaczy PZM? – pyta Staszek.
– Poranek z Marią – wyjaśnia Janek.
– A co to jest WZB?
– Wieczór z Baśką.
– A powiedz mi jeszcze, co to KKDW.
(Janek chwilę się zastanawia)
– KOT, kurwa, do weterynarza.
Mając w pamięci tę scenę, nietrudno się domyślić, dlaczego było mi nadzwyczaj wesoło, gdy przed kolokwium otworzyłam zeszyt i musiałam się nauczyć kilkunastu wzorów zbudowanych głównie z trzyliterowych skrótów – JSO, ISB, ChZT, BZT5....

3. Prędzej czy później i tak się puści
W tym semestrze mieliśmy taki przedmiot jak negocjacje. Dzieją się tam różne ciekawe rzeczy. Zwykle dostajemy ćwiczenia i negocjujemy w parach, co nie jest szczególnie zajmujące, gdy po dziesięciu minutach wyczerpiemy temat, a drugie tyle czasu musimy jeszcze siedzieć naprzeciwko siebie. Ostatnio jednak mieliśmy ciekawą odmianę. Podzieliliśmy się na kilka zespołów, każdy ustalił najlepszy jego zdaniem sposób na biznes, a potem negocjowaliśmy całą grupą, który projekt przyjąć do realizacji, bo możliwy był tylko jeden. Muszę przyznać, że to były bardzo wesołe ćwiczenia, a teksty to tam takie leciały, że można by tylko siedzieć z kartką i spisywać. Ostatecznie udało nam się dojść do porozumienia.
Na koniec prowadzący wyjaśnił jeszcze zależność miedzy długością czasu negocjacji a skłonnością do ustępstw. Zaprezentował też rysunek kobiety, która zwisała z gałęzi drzewa trzymając się dwiema rękami. Obok drzewa stał mężczyzna, który w jednej ręce trzymał strzelbę, a na nadgarstku drugiej miał zegarek, na który spoglądał. Naszym zadaniem było zastanowić się, czy lepiej będzie jeśli odstrzeli gałąź i kobieta spadnie, czy powinien poczekać. Prowadzący powiedział, że jeden ze studentów tak oto podsumował ten rysunek: „prędzej czy później i tak się puści". Myślę, że po tych ćwiczeniach każdy zapamiętał zależność między czasem negocjacji a wielkością poczynionych ustępstw 😂

4. Budowanie relacji jako heroizm
Każdy z nas wie, że kluczem do zbudowania właściwej relacji z drugim człowiekiem jest dialog. A kwestia dogadania się to nie raz sztuka kompromisu i wielu ustępstw. Każdy to wie, ale bywają momenty, że pomimo całej tej wiedzy i tak szlag nas trafia. Jednym z takich momentów jest sytuacja, gdy po całym dniu zakuwania kładziesz się spać z cichą nadzieją, że w końcu uda ci się nadrobić zaległości (przynajmniej w spaniu), ale przed siódmą rano zaczyna wyć budzik współlokatorki. I pomimo wyraźnych komunikatów nakazujących wyłączenie go, on przez dobry kawał czasu dzwoni dalej. To jest sytuacja, gdy słów naprawdę może zabraknąć. w takim przypadku pozostaje już tylko napisać list.

5. Nigdy więcej nie pij wódy!
Drugim przykładem takiego momentu, gdy cała wiedza teoretyczna dotycząca relacji idzie w diabły jest moment, gdy twój pokój w akademiku za chwilę ma nawiedzić ksiądz z wizytą duszpasterską, a na drzwiach jednej z szaf wisi taki oto komunikat:
Nie chcesz go zdejmować, bo jest ważny, ale chyba lepiej, by ksiądz nie musiał go oglądać…

6. Studia mogą uratować życie...
To teraz żeby nie było, że studia są całkowicie złe i można na nie tylko narzekać, pochwalę się, że na jednych zajęciach zdobyłam wiedzę, która być może uratuje mi życie. Na ćwiczeniach z ekonomiki konsumpcji oglądaliśmy prezentacje dotyczące szkodliwych substancji wykorzystywanych do produkcji żywności. Wyświetlane były też ciekawe filmy, które pozwoliły lepiej zapamiętać przekazane informacje. Od tej pory zawsze sprawdzam, czy parówki, które kupuję nie mają w składzie szkodliwych dla zdrowia difosforanów, czytam etykiety na dżemach szukając takiego, który nie zawiera gumy guar i uważam, by nie kupić nieświeżego mięsa, zaś plastikowe butelki po wodzie zawsze wyrzucam po jednym użyciu. 

Nie chcę już narzekać, ale ostatnio zdarza mi się kichać kilka razy dziennie, a wcale przeziębiona nie jestem. Zaczynam się obawiać, że to niezdiagnozowana i co gorsze – nieuleczalna alergia na studia... Także wystrzegajcie się póki czas 😁

PS. Od tej pory już w miarę możliwości będę na blogach na bieżąco 😊